czwartek, 26 grudnia 2024

Elfriede Jellinek, Pianistka

Porównuje się Jellinek do Bernharda. Kalanie własnego gniazda itd. Proza Bernharda jest jednak bardzo rzeczowa, w swoich tyradach autor "Wycinki" wykłada niemal jak łopatą wszystko, co na dany temat chce powiedzieć. U Jellinek jest inaczej, trochę jak w "Auto da fe" Canettiego. Specyficzny portret trójkąta: Erika - matka - Walter oglądamy poprzez różnego rodzaju filtry. Jednym z nich jest niedzisiejsze, archaiczne wprost słownictwo, innym groteska. Ta groteskowość jest właśnie taka jak u Canettiego. U noblisty była ona jednak zabiegiem odautorskim. W "Pianistce" możemy mieć bardziej do czynienia ze złudzeniem groteski spowodowanym realnymi, acz dziwacznymi zachowaniami bohaterów. Zachowania Eriki, Waltera, a nade wszystko matki odbiegają bowiem od tego, co zwykliśmy określać normą. Zwłaszcza matka jest tu figurą przerysowaną (widzę podobieństwa do Teresy Kien). 

Spotykane dość powszechnie w literaturze rozliczanie się dziecka z toksycznym rodzicem nie jest w mojej ocenie najciekawszym motywem książki Jellinek. Tu bardziej przykuwa uwagę fatalna przemiana Waltera Klemmera. Nie żeby ten młodzieniec budził zrazu sympatię czytelnika. Jego nieczyste intencje - chce sobie "potrenować" na swej nauczycielce Erice zanim wejdzie w poważny związek z jakąś rówieśniczką - znamy od początku. Nie spodziewamy się jednak, że ten dobrze wychowany młody człowiek (fortepian, klarnet, politechnika) zdolny będzie do przemocy seksualnej. Okazuje się jednak, że odpowiednie okoliczności mogą zamienić dżentelmena w bestię. Jellinek, a raczej jej bohaterka Erika przygotowuje bowiem eksperyment a la Zimbardo. Walter ma być "złym policjantem", Erika ofiarą. Eksperyment wymyka się spod kontroli, bo Walter przyjmuje rolę, ale nie przyjmuje konwencji gry. Zapewne poczuł się w prawie, bo obiekt jego początkowo romantycznych marzeń okazał się zepsuty, a więc godzien kary. 

Można przeczuwać w tym głębszą metaforę: uważaj, komu przekazujesz władzę nad sobą. Bądźcie czujni, Austriacy, dyplom szkoły artystycznej i politechniki nie jest świadectwem cnót moralnych. Wiele spraw, wiele dzieł literackich zdaje się wciąż przypominać o tym społeczeństwu, które wciąż woli udawać, że jego to nie dotyczy.

@@@@@@@@@@@@@@

wynotowane cytaty

E. Jellinek, Pianistka, Warszawa 2004 [wyd. W.A.B]

Motłoch nie tylko zawłaszcza sztukę bez najmniejszych po temu uprawnień, o nie, on w dodatku wprowadza się do wnętrza artysty. [s. 27]

Instynkt stadny w ogóle przecież najwyżej ceni przeciętność. Wychwala to jako coś cennego. Uważają, że są silni, bo tworzą większość. W warstwie średniej nie ma żadnych obaw, żadnych lęków. Tłoczą się dla złudzenia ciepła. W przeciętności człowiek z niczym nie bywa samotny, a już na pewno nie sam ze sobą. [s. 85]

niedziela, 15 grudnia 2024

Madeline Miller, Pieśń o Achillesie

Patroklos, młodzieniec, który nie słynął z siły ani waleczności, przywdziewa zbroję swego druha Achillesa i staje naprzeciw Trojanom. Jak to się kończy - wiadomo. Próbować przełożyć "Iliadę" na język współczesnej prozy to właśnie porwać się jak Patroklos na czyn, któremu sprostać mogą tylko najwięksi herosi. Czy sprostała Miller?

Kiedy Achilles wybiera Patroklosa na swego nieodłącznego towarzysza, Peleus pyta syna, czemu właśnie Patroklos. - Bo jest zaskakujący - odpowiada Achilles. Niestety w tej powieści przyjaciel i kochanek (ale należałoby raczej powiedzieć boyfriend) Szybkonogiego zaskakuje dopiero swoim ostatnim czynem, zabijając przed śmiercią z rąk Hektora jednego z najgroźniejszych trojańskich wojowników, Sarpedona. Trudno więc zrozumieć skłonność Achillesa ku temu mdłemu chłopcu bez właściwości. Może ów nieciekawy wizerunek to wynik skromności narratora, bo to wszak Patroklos snuje tę opowieść? Czy nie lepiej więc byłoby oddać stery narracji komu innemu, by ten mógł przydać Patroklosowi więcej barw?

Nie będziemy się znęcać nad anachronizmami w tej powieści. Odnotujmy jednak, że niektórzy herosi bywali zmęczeni jak po przebiegnięciu maratonu.

Ratuje tę powieść przed całkowitą klęską tematyka mitologiczna i akcja dość wiernie trzymająca się wyśpiewanych przez Homera zdarzeń. To i tak wartość dla czytelnika, którego zraziłby homerycki heksametr.

sobota, 14 grudnia 2024

Orlando Figes, Europejczycy

Książka, która zgodnie z notą na okładce miała odpowiedzieć na pytanie, jak to się stało, że w 1900 roku był już ukształtowany kanon dzieł literackich, muzycznych i plastycznych powszechnie uznany w Europie. Jest to założenie z pewnością na wyrost. Figes stworzył panoramę epoki w oparciu o biografię Pauliny Viardot-Garcii i Turgieniewa. Ta dwójka bohaterów (trzeci - Louis Viardot - pozostaje tu personą drugoplanową) wybrana została z pewnością z racji ich rozległych kontaktów w ówczesnym świecie kultury. Przez salon Viardot przeszli chyba wszyscy znaczni artyści od czasów monarchii lipcowej po schyłek XIX w. Tugieniew zaś był łącznikiem między elitami zachodu a rosyjską artystyczną awangardą.
Nie wychodzi z tego ani wnikliwa biografia, ani wyczerpujące dzieło kulturoznawcze. Wiele spraw przedstawiono tu dość pobieżnie. I choć na kartach książki pojawiają się nazwiska Schopenhauera, Nietzschego czy Marksa, a nawet Taine'a to w zasadzie praca Figesa ignoruje niejako fakt, że dzieła rządzące wyobraźnią ówczesnych odbiorców kultury miały często podglebie filozoficzne i odnosiły się do tak znaczących nurtów jak pozytywizm, socjalizm czy nacjonalizm.
Dużo tu wyliczeń, jakby ilość tytułów, artystów, cen, miejsc miała świadczyć o wartości pracy czy erudycji autora. Niektórzy pojawiają się tylko z samego nazwiska, O Rossinim dowiemy się niewiele ponad to, że przyjaźnił się z Pauliną i cierpiał na rzeżączkę. Wiadomo, że pisząc takie dzieło, trzeba było selekcjonować wątki i tematy. Chochla Figesa przepuściła chyba jednak wiele smaków.
Wartością książki na pewno jest dość dobrze zarysowana sprawa walki o prawa autorskie, których na początku XIX w. praktycznie nie egzekwowano. Nieźle ilustruje autor położenie artystów walczących o przetrwanie. Pokazuje też wpływ wydarzeń politycznych w wymiarze powszednim na egzystencję takich postaci jak np. Chopin. Wiemy, że ciosem było dla kompozytora rozstanie z Sand, ale kto z nas zastanawiał się nad tym, że rewolucja 1848 ograniczyła mocno jego możliwości zarobkowania (w ogarniętym walkami Paryżu nie zamarło życie kulturalne, mocno ograniczono nauczanie)? Podróż do Anglii nadszarpnęła i tak wątłe siły Fryderyka...
Lektura daje wiele przyjemności, ale też niedosytu. Zainteresowani XIX wiekiem muszą koniecznie sięgnąć po więcej tytułów. "Europejczycy" Figesa mogą być tylko jednym z nich.

niedziela, 8 grudnia 2024

Hotel ZNP, Teatr Nowy w Łodzi, 7.12.2024

Łyżka miodu w beczce dziegciu

Farsa à rebours. Spektakl utrzymany jest bowiem w stylistyce tego wciąż niezwykle popularnego teatralnego gatunku, ale tematyka jest tu zdecydowanie cięższego kalibru (przepracowywanie traum rodzinnych, wiwisekcja nieudanych związków, męska przemoc symboliczna). Owszem, jest śmiesznie, choć przecież wiemy, że tu w zasadzie nie ma się z czego śmiać, a humor w spektaklu Kuby Kowalskiego jest właśnie tą łyżką miodu.

Można podzielić ten spektakl na 3 części. Pierwsza, zdominowana monologami Belci, ma nas wprowadzić w całą historię, jest zdecydowanie najsłabszym ogniwem całości. Razi tu i sam tekst, i brak teatralnego pomysłu na to wprowadzenie, i wreszcie gra aktorów, którzy nie do końca wiedzą, co z sobą na scenie zrobić.

I potem - mniej więcej od momentu, kiedy opowieści zamkniętej w łazience Belci zmieniają się w sceniczną akcję - spektakl nabiera wiatru w żagle. Jest więcej aktorskiego zaangażowania i pozytywnego teatralnego szaleństwa w odjechanych i typowo farsowych scenach jak epizod z pedantyczną cioteczką (rozkoszny Piotr Seweryński), bijatyka Belci i psiej niańki okraszona dźwiękami Etiudy Rewolucyjnej Chopina czy (hit!) porwanie Belci przez beduinów z wjeżdżającym na scenę wypchanym wielbłądem.

I wreszcie - kropka nad i - zakończenie, w którym zrywamy z estetyką farsy, bo po serii gagów i kabaretowych wręcz scenek twórcy serwują nam gorzką pigułkę. Ta część umownie zaczyna się od stwierdzenia, że prawdziwym piekłem jest zobaczyć siebie bez maski. Na potwierdzenie wypowiedzianych przez siebie słów matka Belci (świetna Katarzyna Żuk) rezygnuje z kpiarsko-ironicznej maniery i zmienia się w bezsilną starszą kobietę. Również Belcia musi zejść na ziemię i porzucić marzenia o księciu z bajki, bo te wciąż będą ją pchać w ramiona nieudaczników, których cały przegląd mamy w tym spektaklu. Dobrze, że rozbawionego widza twórcy zostawiają z tego rodzaju refleksjami.

Na koniec parę słów o grze aktorskiej. Pomimo że to farsa, nikt z obsady nie pozwolił sobie na sztampowe podejście do swoich ról. Owszem, mamy grę z manierą (niańka, czy wspomniane wcześniej matka i cioteczka), ale w odpowiednich proporcjach. Najtrudniejsze zadanie spoczywało na odtwórczyni głównej roli (Belci), Paulinie Walendziak. Udało jej się nakreślić postać w kryzysie emocjonalnym bez uciekania się do takich środków jak płacz czy rozpacz. Jej kreacja jest tym bardziej przejmująca, że widzimy bohaterkę niemal immunizowaną na wykorzystanie, przemoc i manipulacje, którym jest poddawana. Uwagę trzeba również zwrócić na wspomnianą tu już matkę oraz ducha Belci (Antoni Włosowicz), na którego barkach przez większość czasu spoczywała muzyczna oprawa spektaklu (fortepian, różnego rodzaju "przeszkadzajki", do tego brawurowo zaśpiewane "Amazing Grace").

Spektakl pozostawia dobre wrażenie pomimo ewidentnie nieudanego początku. Szkoda również, że nie zadbano lepiej o mikroporty, których używali aktorzy. Za dużo było tu trzasków i zanikającego głosu.


_______________________________________________________

Autorka:

Izabela Tadra

Reżyseria:

Kuba Kowalski

Adaptacja | dramaturgia:

Małgorzata Maciejewska

Scenografia | kostiumy:

Maks Mac

Muzyka:

Olo Walicki

Improwizacje muzyczne:

Antoni Włosowicz

Choreografia:

Krystian Łysoń

Reżyseria światła:

Damian Pawella

Inspicjentka | asystentka reżysera:

Agnieszka Choińska

Identyfikacja graficzna:

Ola Jasionowska

Prapremiera:

19 października 2024 r, Duża Scena

poniedziałek, 25 listopada 2024

Michael Crummey, Sweetland

Kawałek bardzo przyjemnej prozy, w której krzyżują się dwa motywy. Bardziej wyeksponowany jest wątek dotyczący odchodzącego świata i "ostatniego Mohikanina", który nie może się z tą sytuacją pogodzić. Drugi to chętnie podejmowany temat "Robinsona" jednostki zdanej wyłącznie na własne siły. Moses Sweetland jest podobny do takich postaci jak Santiago z hemingwayowskiego "Starego człowieka i morza", tytułowy Szaman Egona Bondy'ego, czy bezimienna kobieta ze wznowionej niedawno powieści "Ściana" Marlen Haushofer. Z tą ostatnią wiąże go właśnie owa robinsonowska walka o przetrwanie, a różni fakt, że samotny los był wynikiem jego własnego wyboru. Wyboru tragicznego w skutkach, bo surowe warunki wybrzeży Nowej Fundlandii nie pozwalają Mosesowi na żadną słabość. 

Owa wyjątkowość miejsca, tak malowniczo przeniesiona na karty powieści, jest zdecydowanie największą zaletą książki Crummeya. Nie znajdziemy tu wszakże niczego, czego nie znalibyśmy już z innych dokonań literatury "morskiej". Autor idzie utartymi ścieżkami i nie schodzi z nich, co w tym przypadku jest zaletą, bo miło jest przecież od czasu do czasu poczuć po otwarciu książki powiew oceanicznej bryzy, słony smak sztormowego powietrza czy mróz północnych zim.

czwartek, 21 listopada 2024

Edouard Louis, Koniec z Eddym

Swoją debiutancką książkę Edouard Louis zadedykował Didierowi Eribonowi. Nie sposób nie dostrzec podobieństw w życiorysach obu autorów i w historiach opowiedzianych w "Koniec z Eddym" oraz "Powrocie do Reims". Obaj z północy Francji, urodzeni w biednych, robotniczych rodzinach, odstający od rodziny i otoczenia. Obaj zdołali z sukcesem zawalczyć o siebie. Można zauważyć, że książka Eribona jest znacznie bardziej wielopłaszczyznowa, skupia się dość wnikliwie na historii rodzinnej, stosunkach społecznych, polityce. Louis tymczasem pisze prawie wyłącznie o swojej homoseksualności. Można z tego uczynić zarzut, ale można również dostrzec, że "Powrót do Reims" jest pisany z pełnej życiowego doświadczenia perspektywy dojrzałego mężczyzny, zaś "Koniec z Eddym" to dzieło dwudziestolatka. 

Największą zaletą książki Louisa jest zdecydowanie szczerość i prostota wypowiedzi. Docenić trzeba odwagę, z którą autor odsłania bolesne i intymne szczegóły swojego dorastania. Pierwszym odruchem ofiary przemocy byłyby zapewne wstyd i chęć ukrycia traumatycznych przeżyć, tymczasem Louis spowiada się przed czytelnikiem jasnym i czytelnym tekstem niepozostawiającym żadnych dwuznaczności. 

Jako rozprawa z rodziną, przeszłością i okresem dojrzewania "Koniec z Eddym" ustawia się na tej samej półce co "Dojrzewanie błazna" Gardella, "Włoskie szpilki" Tulli, czy nawet - toutes proportions gardées - "Wymazywanie. Rozpad" Bernharda.

środa, 20 listopada 2024

Vlastimil Třešňák, To, co najistotniejsze o panu Moritzu

Niewielka książeczka. W z pozoru nieciekawy opis wypełnionej rytuałami (poranne obtłukiwanie jajka na twardo o maszynę do pisania) codzienności dwóch artystów na emigracji autor wplata wciągający, choć bynajmniej nie sensacyjny wątek quasi detektywistyczny. Jest i wątek uczuciowy, pojawia się bowiem w życiu obu panów pewna atrakcyjna brunetka.
Dziełko Třešňáka (pisarza, ale i muzyka) jest na wielu płaszczyznach polifoniczne Dotyczy to wspomnianych wyżej wątków fabularnych, które przeplatają się i przecinają co jakiś czas. To samo można powiedzieć o dialogach. Bohaterowie rozmawiają prowadząc niezależne "linie melodyczne". Pytanie Moritza może napotkać odpowiedź Praga po dłuższej chwili. W międzyczasie obaj równolegle monologują na różne tematy.
Pełno tu błyskotliwych konceptów narracyjnych i językowych. Imaginacje bohaterów na chwilę stają się rzeczywistością. Kiedy jednak pan Prag za bardzo buja w obłokach, pan Moritz bezceremonialnie potrafi sprowadzić go na ziemię. Zakończenie wydaje się otwarte i zaprasza czytelnika do własnej interpretacji. Warto spróbować!

niedziela, 17 listopada 2024

Jewgienij Wodołazkin, Laur, Poznań 2015 [wyd. Zysk i S-ka]



"Rosyjski Umberto Eco"? Nie, raczej opowieść o Stirlitzu w średniowiecznym anturażu. Tylko zamiast szpiega mamy jurodiwego i uzdrowiciela w jednym. Ten, podobnie jak legendarny bohater "Siedemnastu mgnień wiosny", wychodzi z wszelkich przygód bez szwanku, zaś mądrości pojawiające się na kartach powieści głębią swą przypominają pointy popularnych niegdyś dowcipów o Stirlitzu. Oto próbka:

W średniowieczu nie znano papierowych pieniędzy.

Pod koniec XV wieku Austriacy jeszcze dokładnie nie wiedzieli, czy różnią się od Niemców, a jeśli tak, to czym.

Jechali szybko. Nie dlatego, że gdzieś się spieszyli (Arsenij jechał w wieczność, więc dokąd miałby się śpieszyć?)

Docierając do Oświęcimia (akcja toczy się w XV w.) jeden z bohaterów wygłasza takie słowa:

Zaufaj mi, Arseniju, po upływie stuleci to miejsce budzić będzie grozę. Lecz jej ciężar czuje się już teraz.

Nagromadzenie tego typu złotych myśli i natłok różnego rodzaju anachronizmów czyni z lektury doświadczenie dość przykre. Do tego dochodzi kiepskie tłumaczenie i redakcja (zakłócające logikę opowieści błędy w datach!).

Książka zdobyła w Rosji najważniejsze nagrody literackie...

11.11.2024 Juhani Karila, Polowanie na małego szczupaka

Autor inspirował się rzekomo "Nie przed zachodem słońca" Johanny Sinisalo. Oto jak z inspiracji kiepską literaturą fantasy może powstać naprawdę wybitna powieść, którą można śmiało umieścić w nurcie realizmu magicznego.
Chyłki, warwasy, wodniki pojawiają się niemal niepostrzeżenie, ale i bardzo naturalnie w opisywanym przez Karilę krajobrazie wschodniej Laponii. Autor pisze na samym wstępie, że w tym zakątku Finlandii nie ma nic ciekawego, po czym zabiera nas w czytelniczą podróż, od której trudno się oderwać.
Kapelusze z głów przed tłumaczem. Sebastian Musielak, by oddać dialekt mieszkańców owej nękanej przez komary, prawie odludnej krainy, zaproponował dość syntetyczny, ale wiarygodny i dobrze brzmiący język, czerpiący wprawdzie z polskich gwar, ale nieosadzony w całości w żadnej z nich.
Świetnie się czyta i chce się jechać do Laponii.

Jacek Malczewski / Lech Majewski, Muzeum Narodowe w Poznaniu

Wideoarty Majewskiego inspirowane twórczością Malczewskiego można podzielić na odnoszące się ściśle do malarstwa młodopolskiego artysty (pierwsze 8 filmów) oraz inspirowane Malczewskim, ale osadzone w teraźniejszości (4 ostatnie). Pomiędzy nimi jest film, który nazwać można "przejściowym". To swoista alegoria historii Polski w XX w. Widzimy biesiadę wśród pól, zaraz po żniwach. Tę sielankową scenę zakłóca przybycie hitlerowców, którzy ucztującym urządzają krwawą łaźnię. Wyzwolenie przez czerwonoarmistów wcale nie przynosi ulgi i spokoju po wojennej hekatombie. Piękne kadry i konieczne uproszczenia dają niemalże efekt kiczu. Wydaje się jednak, że cezura w postaci tego wideoartu była nieodzowna jako przejście pomiędzy światami tak odległymi od siebie jak Polska przełomu XIX i XX w. oraz Polska współczesna.
W tej pierwszej życie codzienne wypełniają symbole religijne i historyczne. Jest popowstaniowa żałoba, melancholia, Tanatos, kościelne proporce. Siłą rzeczy owo swoiste katolicko-narodowe imaginarium znikło z codziennego widoku dzisiejszym Polakom. Jest jednak obecne "podskórnie", zapisane w polskim DNA. Niełatwo mu jednak przebić się do świadomości dzisiejszych mieszkańców ziem między Odrą a Bugiem. Czasem jakiś zniekształcony odprysk dawnej symboliki wydostaje się z tych odmętów i trafia np. na tatuaż.
Klamrą kompozycyjną jest nawiązanie do obrazów "Na etapie (Aresztanci)" i "Śmierć na etapie". W wideoarcie otwierającym wystawę mamy próbę wiernego przeniesienia scen z płócien na ekran. W filmie zamykającym cykl widzimy wyobrażenie tej samej sceny z udziałem Polaków z trzeciej dekady XXI wieku. Dawni Polacy sami stanowią "obrazek", współcześni nam zaś potrzebują obrazów, zatopieni w urządzeniach elektronicznych nieustannie przesuwają przed oczami jakieś obrazy.
Ponoć tym zatopionym w świecie cyfrowym ludziom trudno skupić dłużej uwagę na jednym obiekcie. Obserwowałem grupę odwiedzającą wystawę w Muzeum Narodowym, w której zdecydowaną większość stanowili nastolatkowie. Wszyscy w wielkim skupieniu kontemplowali niekrótkie przecież wideoarty Majewskiego. Dobra sztuka potrafi więc skutecznie przykuć uwagę.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/4/4a/Malczewski_Prisoners.jpg 

 

niedziela, 10 listopada 2024

Matka, 8.11.2024, Teatr Nowy w Poznaniu

na podst. Witkacego, reż. Radek Stępień

Bardzo ciekawa plastycznie inscenizacja. W pierwszej części mamy mieszczańskie wnętrze, w którym rezyduje tytułowa matka z synem i służącą. Obrazeczek rodem z dwudziestolecia międzywojennego, który jednak (zwłaszcza pod względem analizy relacji rodzinnych) zachowuje dużą aktualność. Jesteśmy świadkami próby sił matka - syn. W tym toksycznym układzie bohaterowie prezentują nam czytelny repertuar wzajemnych manipulacji. Nie sposób sprzyjać synowi - niedojrzałemu, rozpieszczonemu i nieudolnie pretendującemu do roli patris familias bubkowi (Leon to trochę taki prototyp Artura z "Tanga"). Trudno też żywić sympatię do matki płynnie przechodzącej od pochwał i zachwytów nad jedynakiem do bezlitosnej krytyki i torpedowania jakichkolwiek inicjatyw syna.

Druga odsłona jest grana na prawie pustej scenie. Tylko projekcje rzucane na ściany wspomagają akcję dramatu. To pomysł inscenizacyjny dobrze "wymyślony", wszak trafiamy na narkotykową orgię. W odurzeniu można nawet przegapić (i to o dwa lata) śmierć własnej matki.

Synowsko-matczyne układy w sposób niejako "naturalny" powinny rozwiązywać się z chwilą odejścia rodzicielki. Wiemy jednak, że matka potrafi oddziaływać na potomka nawet wtedy, kiedy nie ma jej już na tym padole, zaś syn może szukać "kontynuacji" matki w innych kobietach. Te znane, nieustannie odtwarzane przez ludzi mechanizmy zgrabnie wplatają się w treść sztuki.

Spektakl ogląda się bardzo dobrze. Pomimo, że dużo w nim monologowania, mało akcji, to jednak zachowuje on dobrą proporcję pomiędzy "dzianiem się" a "ekspozycją problematyki".

Jest wreszcie dobre aktorstwo. Antonina Choroszy pokazuje bardzo szeroką paletę środków wyrazu, choć świadomie, odrzuca jaskrawości. Można, uciekając się do terminologii muzycznej, powiedzieć, że zrezygnowano tutaj z emocjonalnej dynamiki forte i fortissimo. Dzięki temu właśnie udało się wykreować postać silną, choć przecież zmęczoną i niepozbawioną ułomności. Te zaś barwy, których nie ma w matce, możemy odnaleźć w synu. Bohater kreowany przez Tomasza Mycana porusza się niejako w innych rejestrach (więcej tu młodzieńczej egzaltacji, jest w dobrych proporcjach płaczliwość i rozpacz). Te dwie postaci, tak odmiennie zbudowane, dobrze współbrzmią.

Kolejny niezły spektakl "Nowego".

środa, 6 listopada 2024

Barbara Demick, Światu nie mamy czego zazdrościć

Otwiera oczy na KRLD. Wiadomo, że parę obiegowych stwierdzeń funkcjonuje w świadomości przeciętnego zjadacza chleba. Że głód, że powszechna inwigilacja, że wieś potiomkinowska w Pjongjangu, że kilku szczęściarzom udało się uciec.
Demick opiera swoje reportaże przede wszystkim na relacjach uciekinierów, bo to źródła najwiarygodniejsze z dostępnych. Mnie uderzyła rzecz dosyć oczywista, na którą jednak sam nie wpadłem - długie przerwy w dostawach prądu. Korea to kraj pogrążony w ciemnościach.
Rażą pewne niekonsekwencje. Bieda, jedzą korę, trawę, korzonki jakieś, znikły żaby i psy (wyjedzono) i w tych okolicznościach jedna z bohaterek decyduje się w końcu zabrać się za spekulację. Nie wiadomo skąd bierze świnie do hodowania (trzeba je wszak karmić!), podobnie rzecz ma się z 200 kg workami ryżu, który i przed okresem głodu był rarytasem...

poniedziałek, 4 listopada 2024

Drezno




Stary katolicki cmentarz w Dreźnie odwiedzany w Dzień Zaduszny nijak nie przypomina polskich cmentarzy, choć jego "mieszkańcy" to wszak w dużej mierze osoby polskiego pochodzenia. O tym, że na zachodnich nekropoliach w takie dni nie odnajdziemy klimatu polskich cmentarzy, pisał choćby Bobkowski w "Szkicach piórkiem" odnosząc się do swoich spacerów po Pere Lachaise.
Wybraliśmy się tu, bo mieliśmy blisko z hotelu, a wśród pochowanych wiele ciekawych osób. Wśród nich Carl Maria von Weber, Schlegel, GB Casanova (brat tego sławnego), Jan Dismas Zelenka, rzeźbiarz Permoser, a z naszych Kazimierz Brodziński.

*

Kulinarnie udało nam się, bo trafiliśmy do czegoś w rodzaju gospody. Filety z matiasa (Niemcy potrafią je zrobić), ziemniaczki smażone i świetna sałatka z ogórków. Panie obsługujące w typie maskulinistyczno-NRDowskim, przy tym miłe i pełne uroku.

*

Wieczór to "Salome" w Semperoper. B. po raz pierwszy stwierdził, że podobało mu się w operze (choć już byliśmy kiedyś na Salome w Berlinie).
Inscenizacja Michaela Schulza jest jakoś tam pomysłowa. Salome jest małą dziewczynką, a scena to pokój pełen zabawek. Niektóre z nich śpiewają (Narraboth to miś pluszowy, a paź to Pierrot). Głowę Jochanaana nasza dziewczynka otrzymuje zapakowaną jak prezent, a jej odpakowywanie podczas końcowej sceny to najmocniejszy dramaturgiczny moment i pomysł inscenizacyjny.
Minusem są dziwne pomysły z uruchamianiem całej maszynerii scenicznej, scena w górę, scena w dół, do tyłu, do przodu itp. Duet z Jochanaanem Salome śpiewa gdzieś z głębi sceny, przez co jej głos znika i tu przechodzimy do najsłabszego punktu spektaklu czyli pracy dyrygenta.

Widząc, co knuje reżyser, Juraj Valčuha powinien tak poprowadzić orkiestrę, by śpiewacy byli słyszalni. Ponadto partytura Straussa aż się skrzy od różnych dźwiękowych błyskotek i niuansów. Niestety wysłyszeć tego się nie dało, bo pomysłem naszego kapelmistrza było łubudu. Grajta chopaki, ino głośno! Szkoda tej partytury na tak bezmyślne prowadzenie orkiestry.

Całość ratowali soliści. Tytułową bohaterkę śpiewała dysponująca mocnym głosem Amanda Majeski. Najwyższe dźwięki miała trochę wykrzyczane i off-key, ale całość mogła się podobać. Show zdecydowanie ukradł Thomas Blondelle jako Herod. Ten facet to wulkan energii, niezły aktor i całkiem dobry śpiewak. Wokalnie jednak najbardziej podobał mi się Markus Marquardt jako Jochanaan. Zrobił co do niego należało, czyli wszedł, huknął tyle razy ile trzeba (dźwięcznym, szlachetnie brzmiącym bas-barytonem) i zszedł. Herodiada to chyba niezbyt odpowiednia rola dla Evelyn Herlitzius, ale i tak miło było zobaczyć tę legendarną śpiewaczkę zarówno na scenie, jak i później przypadkiem na ulicy.

*

Odwiedzony przez nas dzień wcześniej cmentarz umieścił na jednym ze swoich płócien Caspar David Friedrich. To znany obraz, a cmentarz dziś przypomina nawet trochę, to co namalował sławny malarz. Na wystawie w Albertinum widzieliśmy także sławnego "Wędrowca" i inne dzieła. Ciekawym zabiegiem było umieszczenie obrazów Friedricha w otoczeniu dzieł współczesnych mu malarzy niemieckich. Pokazuje to olbrzymi przekrój możliwości i stylów panujących w malarstwie niemieckim doby romantyzmu. Mieliśmy tu sceny figuralne jakby wzięte żywcem z renesansu, np. od Rafaella (alegorie Italii i Germanii) aż po śmiałe kolorystycznie propozycje pokrewnych Fredrichowi artystów (Dahl).

*

Obiad zjedliśmy w lokalu, który reklamował się wprawdzie kuchnią regionalną, ale okazał się jakimś melanżem hiszpańsko-marokańskim z kotletami i modrą kapustą. Miło, choć nie tak, jak w tej gospodzie z poprzedniego dnia.

Kiedy byliśmy sierotami

Główny bohater jest detektywem, ale wiadomo od razu, że książka nie będzie kryminałem. Bliżej temu do obyczajowej powieści z czasów wiktoriańskich (choć rzecz toczy się głównie w pierwszej połowie XX w., od schyłku Belle Epoque do przedednia II wojny światowej).

Kto oglądał "Od zmierzchu do świtu" Roberta Rodrigueza przeżył zapewne zaskoczenie, kiedy w pewnym momencie nieoczekiwanie zmienia się konwencja i z obyczajowo-przygodowej historii wpadamy bez zapowiedzi w środek horroru. Podobną niespodziankę szykuje Ishiguro. Tu z narracji pełnej angielskich konwenansów nieoczekiwanie wkraczamy w ponury quasi kafkowski labirynt, który udaje nam się razem z głównym bohaterem po pewnym czasie opuścić, ale i tak zadajemy sobie pytanie: "co to było?"

Kafkowskie klimaty znamy wszak z twórczości tego noblisty. O ile jednak np. w "Niepocieszonym" groteskowa konwencja towarzyszy nam przez cały czas, o tyle w "Kiedy byliśmy sierotami" stanowi zaledwie epizodyczną odmianę. Po co ta odmiana? Tropem może być bezsens wojny, podczas której zawieszone zostają "normalne" reguły współżycia społecznego. Wszak owo kafkowskie zapętlenie następuje w tej powieści, kiedy bohater poszukując rodziców przechodzi przez front walk pomiędzy Japończykami i Chińczykami (lata 30-te w Azji).

Cóż my tu jeszcze mamy? Dość poprawną politycznie (tj. bez nadmiernego atakowania Brytyjczyków) krytykę kolonializmu (angielskie kompanie uzależniały Chińczyków od opium, ale nie brakowało dzielnych i szlachetnych jednostek, które się temu sprzeciwiały). Mamy też - życiowe doświadczenie autora (?) - opis rozdarcia i poszukiwania własnej przynależności u osób związanych z kulturą jednego kraju, a żyjących w innym.

Jakieś to wszystko wygładzone i nie do końca przemawiające do mnie...

@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@

Kazuo Ishiguro, Kiedy byliśmy sierotami, Warszawa 2000 [wyd. Prószyński i S-ka]

— Nos-tal-gicz-ny — powtórzył Akira, jakby to było słowo, którego szukał. Potem powiedział jedno słowo po japońsku, być może właśnie znaczące „nostalgiczny”. — Nos-tal-gicz-ny. Dobrze być
nostalgiczny. Bardzo ważne.
— Naprawdę?
— Ważne. Bardzo ważne. Nostalgiczny. Kiedy człowiek nostalgiczny, on pamięta. Kiedy my mali, poznajemy lepszy świat od ten Świat. Pamiętamy i chcemy, by dobry świat wrócił. Więc bardzo ważne. [s. 275]

wtorek, 29 października 2024

Biesy, Fiodor Dostojewski

Nie jest zapewne odkrywcze, że spostrzeżenia Dostojewskiego na temat Rosji zachowują aktualność. Biorąc pod uwagę ów ironiczny stosunek do społeczeństwa, które tak wnikliwie portretował, można potraktować autora "Biesów" jako prekursora względem takich zjawisk literackich jak Proust czy Musil w "Człowieku bez właściwości". Zwłaszcza w tym ostatnim dziele bezcelowa ruchawka i moralna dekadencja przypomina to, z czym stykamy się na kartach Dostojewskiego.
Autor wyśmiewa rewolucjonistów, tu słusznie nazywanych "nihilistami", bo ich działania zdają się nie mieć pozytywnego programu lub programu w ogóle. Trudno ocenić, czy programem ich jest wyłożona przez Szigalewa doktryna, wedle której należy ludzkość w całości upodlić, radykalnie równać w dół, by potem czynniki kierujące mogły zaprowadzić nowy ład. Dla niektórych - jak Piotr Stiepanowicz Wierchowieński - całym programem jest działanie rozumiane jako spiskowanie. Dokąd ma prowadzić, niekoniecznie wiadomo. Z tego wszystkiego wynika, że najpierw trzeba wywołać chaos, by potem ów chaos w glorii zbawcy opanować.
W wywoływaniu chaosu osiąga dziś Rosja poziom wysoce zaawansowany.
Lepiej byłoby (wtedy i dziś), gdyby jakiś mesjasz wpędził owe tytułowe biesy w stado wieprzów, które potopiłyby się w jeziorze [Mt 8, 28-34]. Niestety na taki obrót spraw nie ma co liczyć, chyba że chce się przeżyć żywot w całkowitym odrealnieniu jak Stiepan Trofimowicz Wierchowieński.
Ta postać porusza mnie chyba najbardziej. A opis jego "ostatniej wędrówki" to literatura najwyższej próby. 

Przez meandry spisków stawroginowsko-wierchowieńskich brnie się nieco ciężej.

***************

Wynotowany Cytat:


Wolność nastąpi wtedy dopiero, gdy już będzie wszystko jedno: żyć czy umierać. [s. 116]

Fiodor Dostojewski, Biesy, Warszawa 2015 [wyd. MG]

poniedziałek, 28 października 2024

Mille Affetti, Bruno de Sá, Wrocław NFM, 27.10.2024

Wykonawcy:

Jarosław Thiel – wiolonczela, prowadzenie
Bruno de Sá – sopran
Wrocławska Orkiestra Barokowa

Jakkolwiek unikam recitali będących mieszanką wyrywków z dzieł różnorakich, znalazłem się jakoś we Wrocławiu w towarzystwie znajomych, którzy myśleli, że sopranista nazywa się Mille Affetti.

Tegoż tysiąca uczuć nieco mi zabrakło, bo choć de Sá warunki wokalne ma wspaniałe, emisję, że "klękajcie narody" i niesłychaną giętkość głosu, to jednak poszczególne interpretacje pozbawione były raczej swoistego nerwu dramatycznego. W utworach sakralnych Exultate Jubilate to jest wszak niepotrzebne, a wręcz nie na miejscu, ale u takiego Cherubiniego czy Carusa chciałoby się wulkanów i emfazy jak u, dajmy na to, Callas.

Tak czy owak, fenomen wokalny i pewnie też anatomiczny. Bo o ile u kontratenorów da się jednak wysłyszeć tę barwę niezbicie dowodzącą po zamknięciu oczu, że do czynienia mamy ze śpiewem męskim, o tyle sopranista taki jak Bruno Bruno de Sá byłby w stanie wyprowadzić w pole każdego słuchacza.

Wspaniale, że NFM wiąż zaprasza gwiazdy tego formatu.

Niewolnica Isaura, Teatr im. Szaniawskiego Wałbrzych, Queer Fest Poznań

tekst: Agnieszka Wolny-Hamkało, Martyna Majewska

reżyseria: Martyna Majewska

scenografia i kostiumy: Krystian Szymczak

muzyka: Dawid Majewski

choreografia: Madlen house of Revlon

wideo: Konrad Śniady

obsada: Angelika Cegielska, Mateusz Flis, Mikołaj Krzeszowiec, Ireneusz Mosio, Wojciech Świeściak

 

Spektakl w formule Biblioteki Narodowej, czyli tekst dzieła plus opracowanie. Poszczególne "odcinki" autorki inscenizacji przeplatają tu komentarzami wygłaszanymi w formie dialogów między aktorami.

Czasami jest śmiesznie, ale przeważnie przaśnie. Nie wyważają otwartych drzwi analizą prowadzącą do konkluzji, że "Isaura" jest o męskiej przemocy, dominacji, patriachacie (bo że o piekle niewolnictwa to jakby oczywiste). Mogliśmy tego nie zauważyć w latach 80-tych, kiedy serial leciał na telewizorach "Rubin". Ale po 40 latach trudno uwierzyć, by ktoś nie zetknął się z pojęciem machismo.

Ogląda się to przyjemnie, narracja nie męczy, ale też niespecjalnie angażuje i nie siedzi w głowie po wyjściu z teatru. 

Nawet niezłe aktorstwo ze wskazaniem na Angelikę Cegielską i Ireneusza Mosio (Isaura - brawo za voguing!) i Mikołaja Krzeszowca. Ten ostatni zwłaszcza, pomimo niepozornych warunków, ma swoistą plastykę i naturalność, która tego typu aktorom pozwala zagrać każdą rolę.

poniedziałek, 21 października 2024

2024-10-19 Giecz-Poznań

 W Gieczu duże szczęście nas spotkało, bo przy kościele św. Mikołaja "dyżurowała" harcerka, która otwierała ciekawskim drzwi, a nawet podziemia, w których widać było relikty XI-wiecznego kościoła. Grodziszczko ciche i spokojne, na grobli jesień, a wewnątrz grodu jakieś prace ogrodowo-porządkowe. Chodzimy wewnątrz przez nikogo nie niepokojeni. W Gieczu wszystko po staremu. Przy "tylnym" wyjściu wita turystów stary obalony pień, a wokół grodu na rowerach śmiga dzieciarnia i wielkopolskim zwyczajem pozdrawia nieznajomych prastarym"dzień dobry".
Na drodze do Gułtów w lasku z jezdni widać wielkie uschnięte prawdziwki. Park pałacowy mieni się kolorami. Piękne jesienne słońce dodaje temu uroku.
W zagajniku na drodze do Klonów jemy śniadanie. Atakuje mnie - po raz ostatni chyba tego roku - osa. W Klonach oglądamy dwór i park. Ktoś tam podjechał pod sam budynek. Nowy właściciel? Nie przegania nas.
Polną drogą zmierzamy do Czerlejna. Do kościoła nie udaje nam się zajrzeć. Kręcimy się dookoła i podziwiamy sąsiedni pałac myśliwski. Wystawiony na sprzedaż trochę podupada. Na drodze do Gowarzewa obelisk. Z jednej strony MB Częstochowska, z drugiej upamiętnienie powstańców wielkopolskich.
W Gowarzewie nic ciekawego, do Tulec jedziemy polną drogą, mijając samotne gospodarstwo. Z dala witają nas gęganiem śnieżnobiałe gęsi. W Tulcach remont w kościele. Wszystko owinięte folią. Sylwina głodnieje, ratujemy się wizytą w "Bambaryle". Takich knajp już prawie nie ma. Nic wege. Nawet pierogów. Więc żurek, który potem będzie nam się odbijał do końca dnia. Nie podjąłem ryzyka i nie zamówiłem czerniny.
Śpieszymy się potem, żeby zjechać do Poznania przed zamknięciem "Społemu", bo koniecznie musiałem kupić żółty ser. 



wtorek, 15 października 2024

Karol Marks, Fryderyk Engels, Manifest komunistyczny

Wydanie z 2011 r. [jirafa roja] zawiera oprócz tytułowego tekstu również liczne przedmowy do kolejnych historycznych wydań oraz wcześniejsze od "Manifestu" "Zasady komunizmu" Engelsa. Z racji, że wiele spostrzeżeń prekursorów myśli robotniczej przeniknęło do nauk społecznych, lektura tych tekstów powinna wywołać w czytelniku poczucie obcowania z tezami dobrze znanymi i to pomimo rugowania lewicowych treści z programów nauczania na wszystkich możliwych szczeblach edukacji. 

Ponieważ "Manifest" jest odezwą nawołującą do aktywacji mas robotniczych sprawia wrażenie bardziej bezkompromisowego i radykalnego niż "Zasady", które czyta się jakoś przyjemniej, również dzięki większemu uporządkowaniu treści w nich zawartych. 

Poza środowiskami lewicującymi, dla których źródłowe teksty komunizmu są niezmiennie ważne, ogół, jak się zdaje, ma bardzo powierzchowne pojęcie o tej doktrynie, a myśli Marksa czy Engelsa sprowadza do kilku haseł. Uproszczenia te wydają się dość kolokwialne. Maksyma: "Byt określa świadomość" została w "Manifeście" wyrażona w sposób znacznie bardziej elegancki:

 Czy potrzeba szczególnej przenikliwości, by zrozumieć, że wraz z warunkami życia ludzi, ich stosunkami społecznymi, bytem społecznym, zmieniają się także ich wyobrażenia, poglądy i pojęcia - słowem, także ich świadomość?

 Przenikliwość niektórych prognoz M. i E. zdumiewa. W połowie XIX wieku rozpoznali, że świat wszedł na ścieżkę prowadzącą w stronę globalizmu. 

***********

Burżuazja, tam gdzie doszła do władzy, zburzyła wszystkie feudalne, patriarchalne, idylliczne stosunki. Pozrywała bezlitośnie wielorakie węzły feudalne, które przywiązywały człowieka do jego "naturalnego zwierzchnika” i nie pozostawiła między ludźmi żadnego innego węzła, prócz nagiego interesu, prócz wyzutej z wszelkiego sentymentu "zapłaty gotówką”. Świątobliwe porywy zbożnego marzycielstwa, rycerskiego zapału, mieszczańskiego sentymentalizmu zatopiła w lodowatej wodzie egoistycznego wyrachowania. Godność osobistą zamieniła w wartość wymienną, a na miejsce niezliczonych, uwierzytelnionych dokumentami, uczciwie uzyskanych wolności, postawiła jedyną, pozbawioną wszelkich skrupułów wolność handlu. Słowem, na miejsce wyzysku, osłoniętego złudzeniami religijnymi i politycznymi, postawiła wyzysk jawny, bezwstydny, bezpośredni, nagi. 

Pozostaje zastanowić się, kto w najlepiej rozwiniętych społeczeństwach zastąpił burżuazję w dualistycznym układzie wyzyskiwani - wyzyskujący i na czym ten wyzysk polega dziś.



niedziela, 13 października 2024

Lukas Bärfuss, Koala

Narrator traci brata. Nie byli sobie bliscy, ale jednak samobójstwo skłania osobę snującą tę opowieść do refleksji, próby docieczenia motywów. Próbując rozwikłać tę zagadkę, narrator przypomina sobie przezwisko brata, które ten otrzymał w harcerstwie. Koala. 

Czy takie "imię" może zdeterminować losy tego, który je nosi? Co wspólnego miał brat z australijskim torbaczem? Opowieść snuje się tu i płynnie przechodzi od teraźniejszości do wspomnień z dzieciństwa i do historycznych wydarzeń z kolonizacji Australii i odkrycia żyjących w koronach eukaliptusowych drzew zwierząt. 

Samobójca jest pochowany za cmentarnym murem. Koale z racji leniwego trybu życia uznano za zwierzęta pośledniejszego rodzaju i godne tępienia. W trakcie polowań czy pożarów nie były w stanie uciekać. Zarówno ci, co targają się na własne życie, jak i powolne, niezdarne ssaki z Australii nie wpisują się w dominujący paradygmat aktywności, witalności, wiecznego ruchu. 

Bärfuss zdaje się pytać, czy nie powinniśmy życiowego wycofania traktować z akceptacją. 

Książka szwajcarskiego autora jest godna uwagi z powodu narracyjnej sprawności autora, obrazowego języka i ciekawego konceptu pozwalającego połączyć na pozór odległe tematy. Odczuwam jednak niedosyt, kiedy wydaje mi się, że historia zamieszczona na ledwie 100 stronicach, jest szkicem zaledwie i materiałem na wielkie epickie dzieło. Odkrywanie Australii, ho ho! Do tego ciekawy wątek współczesny. Nic z tego! Czuję, jakby tę książkę napisała właśnie taka wycofana koala. I oto złapano mnie w pułapkę. Przecież i takie "skromne" książki powstają, a ja żądam przygód i sześciuset stron...

Należy jednak pamiętać, że treść "Koali" Bärfuss oparł na własnych doświadczeniach rodzinnych. Książkę można zaś klasyfikować również jako esej. Jeśli więc, jako dzieło epickie, nie spełnia być może oczekiwań, to jako utwór z dziedziny eseistyki powinna zaspokoić wyrobionego czytelnika.

wtorek, 8 października 2024

Rober Walser, Jakob von Gunten

Ciekawe, co się czyta o tej książce. Niektórym kojarzy się z "Akademią Pana Kleksa". Mnie, jeśli już, to ewentualnie z "Niepokojami wychowanka Törlessa". 

Trudno mi zagłębić się w tę powieść, lepiej poznać Jakoba. Oczywiście, nie sposób nie zauważyć głównej cechy jego charakteru - przekory i erotycznego napięcia pomiędzy nim a panną i panem Benjamentą. Ale wnikać w wgłąb tej postaci nijak się nie da. Jest jak bombka ozdobiona jakimś rysunkiem. By dostać się do niej do środka, trzeba by ją stłuc...

Są wszakże jakieś tropy, drzwi do wnętrza tej bombki: uwielbienie dla matki i mania niższości. Doskonalenie się w byciu nikim, dążenie do bycia nikim, niewybijanie się, podporządkowanie się. Idealny lokaj taki być powinien i tego oczekuje nauczyć się u Benjamentów Jakob. Decyzja o pójściu za Benjamentą po śmierci jego siostry, jest również w jakimś stopniu przeżywana jako pójście na zatracenie. 

Po co, dlaczego? Nie umiem dziś odpowiedzieć.

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Wynotowane cytaty:

Kraus posiada zasady, mocno siedzi w siodle, jedzie na zadowoleniu, a to wierzchowiec, który nie nadaje się do jazdy galopem. [s. 5]

poniedziałek, 7 października 2024

Malcolm XD, Edukacja

Błyskotliwy i przenikliwy obraz Polski pierwszych dwóch dekad XXI wieku. Specyfika systemu szkolnictwa wyższego wymieszana z wejrzeniem w świat drobnego (jednak!) biznesu. Dostało się trzeciemu sektorowi, klerowi i mieszkańcom małych miejscowości. Wszystko na wesoło, ale z gogolowskim: sami z siebie się śmiejecie. 

Fajna rozrywka. Za 20 lat czytelnik z pewnością będzie musiał dostać wersję z przypisami tłumaczącymi co niektóre zjawiska.  

Radu Jude, Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata

Formuła filmu bardzo podobna do tej, którą znamy z "Niefortunnego numerka". W filmie z 2021 mieliśmy pieszą wędrówkę bohaterki przez Bukareszt, kolaż rumuńskich reklam i właściwą akcję czyli wywiadówkę w szkole. 

W najnowszym obrazie główna bohaterka znów przemierza stolicę Rumunii, ale tym razem samochodem. Zamiast reklam mamy uspokajające interludium złożone z kilkudziesięciu ujęć przydrożnych krzyży, upamiętniających śmiertelne wypadki drogowe. Sama akcja zaś dotyczy castingu, a potem realizacji filmu / kampanii społecznej na temat wypadków w pracy.

O ile wcześniejszy z filmów można było potraktować jako bardzo uniwersalny (hipokryzja i cancel culture ma się dobrze zarówno w Rumunii, Polsce, jak i wybranym innym miejscu na świecie), o tyle "Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata" odczytywałbym bardziej jako odniesienie do warunków i mentalności specyficznie rumuńskiej. Na naszych oczach dokonuje się manipulacja i oszustwo na pracowniku poszkodowanym w wypadu przy pracy. Pracownik przeczuwa, że coś jest nie tak, ale daje się zrobić na szaro zagranicznym pracodawcom. Naiwność nie do pomyślenia w Polsce. Tak czy owak, jest to kolejny film, w którym widzimy bezwzględność przedstawicieli zagranicznego (zwykle niemieckojęzycznego) kapitału względem tutejszych pracowników, brak poszanowania dla środowiska itd. itp.

Film może więc uwierać zarówno publiczność zachodnią, jak i tubylczą. 

Majstersztykiem jest ostatnia scena, kręcona na jednym ujęciu kilkunastominutowa, jeśli nie dłuższa sekwencja dubli nagrania do filmu promującego noszenie kasku w pracy. Ustawienie planu, precyzja gry aktorskiej, wejścia (i wjazdy samochodów) spoza kadru. Szwajcarska precyzja!

Film dobry, ale efekt świeżości był 3 lata temu na "Numerku". Powtarzalne triki Jude nie robią już tak piorunującego wrażenia, stąd wrażenie, że "Niefortunny numerek" był filmem lepszym niż "Nie obiecujcie sobie...".

piątek, 4 października 2024

Język bohaterem

Terezia Mora, Każdego dnia, Wołowiec 2006, wyd. Czarne

Ma mniej więcej 18 lat. W krótkim czasie znika bez śladu jego ojciec, młodzieńcza miłość mówi mu, że nie odwzajemnia jego uczuć, a jego kraj pogrąża się w wojnie domowej. Emigruje i choć jest ponadprzeciętnie uzdolniony językowo, w nowym kraju w zasadzie wegetuje. Historia Abla Nemy nie jest specjalnie spektakularna. Mimo to wciąga, a wielką zasługę w przyciągnięciu uwagi czytelnika mają zastosowane przez autorkę zabiegi językowe. Język zaś, obok Abla, jest tu chyba drugim głównym bohaterem.

Nie wiemy, jak w młodości wysławiał się Abel. Mówił zapewne w jednym z języków, którym posługiwali się mieszkańcy rozpadającej się Jugosławii. Kiedy go poznajemy, włada dziesięcioma językami. Można założyć, że posługiwanie się obcą mową wymaga od człowieka większej uwagi niż mówienie i słuchanie w języku, w którym jesteśmy zatopieni od urodzenia. Może się jednak zdarzyć, że rodzimy język nieustannie stawia wyzwania. Wydaje się, że Terezia Mora chce, by czytelnik poczuł się trochę jak obcokrajowiec zmuszony do nieustannej językowej czujności. Prowadzi więc rwaną, nielinearną narrację. Osoby, które wypowiadają się: trzecioosobowy narrator, Abel, jego znajomi, są dopuszczani do głosu przez autorkę na krótką chwilę i zmieniają się nieustannie jak w kalejdoskopie. Ich wypowiedzi czasem się urywają, dialogi trzeba wyławiać spomiędzy krótkich strumieni świadomości czy monologów wewnętrznych. Nie pomaga w tym przyjęty przez Morę jednolity dla wszystkich elementów narracji sposób zapisu. Żeby przez to przebrnąć, trzeba skupienia.
Ten pozornie chaotyczny sposób opowiadania jednak nie nudzi i nie męczy, autorka potrafi bowiem w odpowiednich momentach odsłonić przed czytelnikiem kolejne drobne szczegóły z dość tajemniczego życia bohatera. Taką lingwistyczno-narracyjną grę prowadzi z nami przez większą część książki.

I oto w momencie, kiedy w chwili emocjonalnego kryzysu w ręce Abla (choć może należałoby napisać: do jego organizmu) trafia przypadkiem mieszanka substancji psychoaktywnych, język opowieści staje się płynny, potoczysty, odkształceniom ulega za to świat przedstawiony. Opis delirium głównego bohatera jest wręcz poetycki, niekiedy filozoficzny i fascynujący.
Może się zdarzyć, że poliglota utraci zdolność posługiwania się jakimkolwiek językiem, nawet rodzimym. Tak się dzieje, kiedy Abel zostaje skatowany przez grupę wyrostków i zapada na afazję. Nie potrafi już nic powiedzieć poza jednym słowem: dobrze. To moment, żeby zamilknąć, skończyć opowieść, postawić ostatnią kropkę w tej książce. Oto błyskotliwy koncept Terezii Mory.

Językowe eksperymenty stanowią oczywiście tylko jedną z płaszczyzn tej wybitnej powieści. Inną jest próba wglądu w sytuację człowieka potrójnie straumatyzowanego (porzucenie przez ojca, nieszczęśliwa miłość, wymuszona i nielegalna emigracja), żyjącego w obcym otoczeniu. Autorka - Węgierka żyjąca w Niemczech z pewnością dobrze rozpoznała ten problem i w przekonujący sposób uczyniła z niego materię swojej powieści. Smutne, w pewien sposób zmarnowane życie Abla Nemy staje się przy tym kanwą intrygującej czytelniczej przygody.

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Wynotowane cytaty

 
Są takie momenty, kiedy nagle człowiek staje się widoczny. [s. 118]

Co oznacza ta cisza? Że człowiek opuścił ziemię czy wręcz przeciwnie, rozwinął się tak bardzo, iż życie w miastach jest ciche jak szept. Może na zewnątrz snuje się trujący dym albo bezwonne atomy, a może pachnie tak, jak nie pachniało od bardzo dawna, albo jeszcze nigdy: czystym eterem. Może jest tam wielki ocean, tak mówią wszyscy, na którego brzegu jak na nieskończonym rzędzie ławek siedzimy niczym starzy ludzie, wystawiając twarze do słońca, szumu. Może jest tam wieczność, tylko tu, w środku, czas posuwa się swoim starym, powtarzającym się ruchem. A może zupełnie nic tam nie ma. Zanim nie będzie się absolutnie pewnym, to za duże ryzyko. Niewykluczone, że pewnego dnia przestanę istnieć. Otworzę okno i po nieskończenie krótkim spojrzeniu rzuconym na nicość sam stanę się jej częścią. [s. 355]

niedziela, 22 września 2024

Warszawska Jesień, koncert inauguracyjny 20.09.2024,

Czytam, że hasłem tegorocznego festiwalu jest przenikanie. Jak wytłumaczono na stronie festiwalowej, chodzi o przenikanie się różnych styli muzycznych. W samym koncercie inauguracyjnym inspiracje miały pochodzić z baroku, hip-hopu, muzyki ludowej, klasycyzmu i audiowizualności. Jest to jednak moim zdaniem założenie nieco naciągane. Użycie instrumentów (suka biłgorajska, fidel płocka), które wyszły z użytku jeszcze w XIX w., to dość okrężna i bardzo pośrednia droga inspiracji twórczością ludową. Na tej samej zresztą zasadzie wytęp miksującej na żywo gramofonistki podciąga się pod hip-hop. Audiowizualności nie dostrzegłem nigdzie. Klasycyzm - owszem, najbardziej w utworze Heleny Tulve, który można czytać jako kontynuację schubertowsko-mahlerowskiej niemieckiej tradycji pieśniarskiej.

Mnie podczas koncertu wykonywane utwory ułożyły się według innego, wyraźnego klucza, który można by za Białoszewskim kolokwialnie określić jako "Szumy, zlepy, ciągi". Zwłaszcza pierwsza część koncertu mogłaby świadczyć o bardzo starannym i przemyślanym doborze wykonywanych dzieł. Wspólna dla nich była umiarkowana dynamika utrzymana w przeważającej części w zakresie od ppp do p. Można również doszukać się pierwszych trzech utworach swoistej oddechowej pulsacji i konsekwentnej metryczności.


Christian Winther Christensen Koncert fortepianowy (2018)*

Rei Nakamura fortepian

Bardzo ciekawy utwór, w którym preparowany fortepian nie wychodzi w zasadzie poza dynamikę pianissimo (pianistka najczęściej trąca klawisze bez ich wciskania). Kompozytor dopasował do niego całą orkiestrę wykorzystaną całkowicie sonorystycznie. Co ciekawe, muzycy oscylują jednak wokół harmonicznych rdzeni, a docierający do słuchacza dźwiękowy konglomerat jest bardzo uporządkowany. Daje się również zauważyć swoisty porządek rytmiczny i frazowy. Christensen chętnie stosuje wielokrotne, jakby ostinatowe powtórzenia, swoiste "ciągi". Kompozytor prowadzi nas poprzez rozrzedzenie rytmu i natężenia dźwięku do absolutnej ciszy. Zanim muzycy umilkną zupełnie, publiczność czeka na coraz rzadsze, coraz bardziej oddalone od siebie uderzenia fortepianowych klawiszy, a cisza na sali staje się równoprawnym elementem utworu.

Helena Tulve Geh bis an deiner Sehnsucht Rand (2024)** na fidel płocką, sukę biłgorajską i oktet wokalny do słów Rainera Marii Rilkego (zamówienie Fundacji Polihymnia)
Maria Pomianowska fidel płocka, suka biłgorajska OKTET WOKALNY SIMULTANEO:
Magdalena Łaszcz sopran
Alicja Giętkowska-Liguz sopran
Ksenia Sawczenko alt
Jagoda Staruch alt
Krzysztof Lorek tenor
Adam Kupper tenor
Paweł Nodzak baryton
Mateusz Kempa bas
Karol Kisiel dyrygent Oktetu Wokalnego Simultaneo

Drugi z utworów również utrzymany w spokojnej dynamice. Oktet wokalny wspomaga tu tylko jeden instrument - fidel, zamieniona w środkowej części utworu na sukę i w końcu znów fidel. Widzę tu - w warstwie wokalnej - chętnie wykorzystywane metryczne "ciągi", powtórzenia. Dominuje jak w poprzednim utworze artykulacja staccato. Lirycznie i melodycznie brzmi - w krótkich frazach, kiedy przedostaje się na pierwszy plan - fidel płocka. Nieco bardziej prymitywnie - suka. Co ważne, widać było u wykonawców, radość ze wspólnego muzykowania.

Paweł Szymański it’s fine, isn’t it? (2020)** koncert na flet i orkiestrę (zamówienie Fundacji Piąta Esencja)

W swoim utworze Paweł Szymański zastosował zabieg odwrotny do zauważalnego w koncercie fortepianowym Christensena "rozrzedzenia dźwięku". Tu mamy do czynienia z jego zagęszczaniem. Dość wspomnieć, że koncert zaczyna się od niewychwytywalnych ludzkim uchem brzmień fletu, w którego stroik flecista dmucha z dużej odległości. Precyzyjnie i koronkowo skonstruowana warstwa orkiestrowa także i tutaj utrzymuje miarowy "puls". 

W utworze Szymańskiego mamy wszakże swoiste "przenikanie". Do partytury wkradła się bowiem polityka. W finale utworu usłyszymy (elektronicznie zmodulowany) sławny cytat o tym, że nikt nie przekona nas, że "czarne jest czarne, a białe jest białe". Ta kompozytorska zuchwałość zaowocowała niespotykaną w muzyce klasycznej od siedemdziesięciu lat ingerencją cenzury. Prawykonanie musiało czekać na lepsze czasy, po tym, jak dzieło usunięto z programu festiwalu Eufonie przed trzema laty. Nie wiadomo, czy ta manifestacja polityczna była potrzebna. Dzieło znakomicie broni się bez wspomnianych słów. W mojej ocenie był to wszak najciekawszy utwór koncertu.

Żaneta Rydzewska Fire (2024)** na orkiestrę

Po przerwie zaś mielimy do czynienia z utworem najmniej chyba wyrazistym. Z wcześniejszymi utworami pokrewne było sonorystyczne potraktowanie instrumentarium. Dużo "Szumów" i "ciągów". Odmienna za to była głośna, wyrazista dynamika.


Mariam Rezaei gramofony

Matthew Shlomowitz, Mariam Rezaei Six Scenes for Turntables and orchestra (2023)* na improwizującą gramofonistkę i orkiestrę
1. Scena pierwsza
2. Screech
(recytacja)
3. Dźwięki organów
4. Milford Graves w niebie
5. Beat juggle shuffle
6. Harp Whip
(recytacja i chór)

To dzieło z zupełnie innego bieguna. Orkiestra w końcu mogła huknąć, były elementy jazzu, heavy metalu, brzmienia jakby z Glenna Millera. Mariam Rezaei wplatała w to gramofony, modulowane tak, że w najlepszym razie porównać je można z brzęczeniami i pohukiwaniem wodnego ptactwa gdzieś na rozległych moczarach północy. Bardzo energetyczne zakończenie świetnego, ciekawego koncertu.

NARODOWA ORKIESTRA SYMFONICZNA POLSKIEGO RADIA W KATOWICACH
Yaroslav Shemet dyrygent

Michael Chabon, Poświata


Zbiega się tu wiele tropów i motywów. Dwa najwyraźniej widoczne:
1. Wnuk odtwarza, odkrywa historię dziadka / babci.
2. Wątek łotrzykowski w ogarniętej wojną Europie. Tu Dziadek autora tropi samego Wernhera von Brauna i jego rakiety V2, stając się trochę literacką kopią Tyrone'a Slothrope'a ("Tęcza Grawitacji" Pynchona). Przy czym autor utrzymuje, że Slotrope był całkowicie zmyślony, a historia jego dziadka prawdziwa.
To książka w istocie wspomnieniowa. Chabon nie stara się tu zatkać dziur w opowieściach dziadka literacką fantazją (o co podejrzewam np. Pasewicza w świetnym skąd inąd "Pulverkopfie"). Ale ta szczerość i surowość relacji (np. spore braki w historii babki) pozostawiają wszakże pewien niedosyt, czego jednak nie można traktować w kategoriach zarzutu. Trudno przecież narzucać autorowi, jak ma opowiadać dzieje własnej rodziny, a już zupełnie nie sposób sugerować mu, by luki wypełniał zmyśleniami.
Ciekawe postaci, zwłaszcza babki.

niedziela, 8 września 2024

Sandor Marai, Żar

Głos ma tylko generał. To on czterdzieści lat czekał na ponowne spotkanie z Konradem i to on w głowie układał całą historię oraz to, co powie, przy ponownym - i ostatnim - spotkaniu. Nawet jeśli padają w powieści słowa Konrada, to one tu nic nie znaczą. Znaczy tylko jego gest - odmowa odpowiedzi na pytanie, czy Krystyna, żona Generała, wiedziała, że Konrad na polowaniu, po którym wyjechał na zawsze, chciał zabić jej męża. Pytanie Generała sugeruje niejako wspólnictwo żony w niedoszłym zamachu. Milczenie Konrada dowodzi dwóch rzeczy:
1. Krystyna wiedziała. Gdyby nie wiedziała, nie byłoby powodu do milczenia. Po czterdziestu latach i śmierci Krystyny Konrad mógł to bez obaw wyjawić.
2. Gdyby zatem Konrad potwierdził, że Krystyna wiedziała, Generał mógłby to odczytać, jako próbę częściowego zrzucenia winy na żonę.
Milczenie było szlachetnym sposobem przekazania pytającemu prawdy. Pozwalało uniknąć zarówno kłamstwa jak i obarczenia winą ukochanej kobiety.
Wyznanie Krystyny zapewne tkwiło w jej żółtym notatniku. Wrzucając go w żar kominka, Generał zapewne domyślił się prawdy.
Generał może czytelnika drażnić. To osoba raczej prosta, o mocnych, niewzruszonych poglądach i silnej wierze w swoje ideały. Nie dopuszcza zapewne i nie potrzebuje innej wersji niż jego własna. Przebija się z jego słów wyniosłość, ale i szczerość.
Drażni także Konrad tym, że nic nie mówi, a jeśli mówi, to powtarza rzeczy, które już powiedział (komunały o tropikach).
Można założyć, że Marai stawia w książce pytanie, czy możliwa jest idealna, bezinteresowna przyjaźń, znosząca bariery wielorakich różnic (pochodzenia, majątku, wrażliwości). Czy przyjaźń taka trwa na zawsze. Paradoksalnie Generał odpowiada twierdząco. Konrad, skryty i uciekający, wydaje się rozumieć, że jest ona mrzonką.
Sytuację powieściową Marai utkał bardzo misternie, tworząc rzecz niezwykle efektowną i skłaniającą zapewne czytelnika do refleksji nad własnymi przyjaźniami.

*************

Wynotowane cytaty


Młodość zawsze spodziewa się ofiary od tych, w których pokłada swoją nadzieję. [s. 34]

To najdotkliwszy cios, jaki fatum może zadać człowiekowi. Pragnienie bycia kimś innym niż tym, kim jesteśmy; silniejsze pragnienie nie może zapłonąć w ludzkim sercu. Bowiem życia nie można znosić w inny sposób niż ze świadomością, że godzimy się z tym wszystkim, co znaczymy dla siebie i dla świata. Trzeba zgodzić się z tym, że jesteśmy tacy lub inni, i wiedzieć - kiedy się z tym godzimy - że za tę mądrość nie otrzymamy pochwały od życia, nie przypną nam do piersi orderu, kiedy wiemy i znosimy to, że jesteśmy próżni, samolubni albo łysi i brzuchaci – nie, należy wiedzieć, że za nic nie otrzymamy nagrody ani pochwały. Musimy to znosić, oto i cała tajemnica. Musimy znosić nasz charakter, naszą naturę, ponieważ doświadczenie i zdolność rozumienia nie zmienią jej wad, samolubstwa, chciwości. Trzeba znosić i to, że nasze pragnienia nie znajdują odzewu w świecie. Że ci, których kochamy, nie kochają nas albo że nie kochają tak, jak się spodziewamy. Trzeba znosić zdradę i niewierność, i to, co liczy się między najtrudniejsze zadania każdego człowieka, trzeba znosić wybitność charakteru lub umysłu drugiego człowieka. [s. 104]

piątek, 6 września 2024

Jesmyn Ward, Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie

Bohaterowie tej książki widzą duchy. Leonie, czarnoskórej narkomance z delty Missisipi, pojawia się jej zamordowany przez białych brat. Żeby się ukazał, Leonie musi być na haju. Inny zabity - niejaki Bogaś - pojawia się jej synowi Jojo. Na końcu duchy widzą wszyscy, cała rodzina Jojo i Leonie: tatko, mamcia, Kayla. Pogubić się można w tym, czego pragną te "duszeczki", aby się dostać do nieba i kto może je odkupić. Ta warstwa książki była dla mnie bardzo męcząca.

Nieco bardziej wciąga wątek obyczajowo-społeczny. Obrazek biednej rodziny z Południa, uzależnienia, rasizm, więzienie. Nie wydaje się wszakże, by proza Ward była tu w jakiś sposób odkrywcza.

Nie przekonuje mnie też tłumaczenie. Jędrzej Polak zaproponował polsko brzmiące ksywki i imiona: Zrzeki, Bogaś itp. brzmiące jakoś sztucznie. Do tego "tatko" i "mamcia" też jakoś drażnią.Może nie drażniłyby, gdyby ta proza była wybitna. Niestety jest tylko przeciętna.

środa, 4 września 2024

Arundhati Roy, Bóg rzeczy małych

Ta objętościowo nieduża książka (300 str.) porusza - czasem wręcz niepostrzeżenie - całą gamę tematów ważnych. Dowodzi to zapewne społecznej wrażliwości autorki, która wszak w swej działalności literackiej skupia się przede wszystkim na publicystyce. 

Na pierwszy plan wysuwa się w moim odczuciu kwestia wciąż żywych w Indiach ograniczeń wynikających z podziału społeczeństwa na kasty. Najsympatyczniejszy z dorosłych bohaterów tej książki - Welutha - jest też postacią najbardziej pokrzywdzoną. Człowiek o złotym sercu, nieprzeciętnych zdolnościach jest jednocześnie pogardzany, bo należy do "parawanów", czyli - jak powiedzielibyśmy dzisiaj - pariasów lub niedotykalnych. Wykluczenie Weluthy - bohatera wszak drugoplanowego - jest jednak osią, wokół której rozgrywa się tragedia stanowiąca główny wątek powieści. 

Ważny jest równie problem toksycznych relacji pomiędzy rodzicami a dziećmi. Świetnie nakreślone postaci bliźniąt Esthy i Rahel mierzą się z psychiczną i fizyczną przemocą ze strony matki. Ich reakcje obronne, przerażenie, próby poradzenia sobie z fundowaną przez dorosłych huśtawką emocjonalną również mają niemałe znaczenie dla rozwoju fabuły.

Roy potrafi zgrabnie wpleść pomiędzy te podstawowe treści cały wachlarz pobocznych wątków i charakterystycznych postaci. Dostaje się religijnym hunwejbinom  za obłudę (Baby Koćamma - była zakonnica, wyjątkowo odrażająca ciotka-intrygantka). Jest kwestia pedofilii (sprzedawca oranżady z kina). Jest dużo poetyckiego kolorytu lokalnego. Opisując bałagan w pokoju Chacka, Roy używa przymiotnika "barokowy". Tę "barokowość" można wszak przenieść na całe Indie i na opowieść autorki. W tej obfitości Roy potrafi jednak zaprowadzić porządek i przeprowadzić czytelnika od początku do końca. Dokąd zmierzamy razem z narratorką mniej więcej wiemy, bo sygnalizuje się nam na początku, że wydarzy się tragedia. Ale jej dokładny przebieg i konsekwencje poznamy na samym końcu.

Roy stworzyła wielce misterną literacką konstrukcję, dowodząc swego nieprzeciętnego talentu.

środa, 28 sierpnia 2024

Julian Barnes, Arthur & George

Wielka Brytania miała swoją sprawę Dreyfusa. George Edalji, Angielski prawnik o parsyjskich korzeniach, trafia do więzienia po pełnym błędów procesie. Działania policji, sądu i najwyższych władz opierały się w tej sprawie na rasowych uprzedzeniach i stereotypach. Dreyfusa wziął w obronę Zola, w sprawę Edaljiego zaangażował się inny gigant literatury - Arthur Conan-Doyle. 

Sprawa uwięzienia, a potem rehabilitacji Edaljiego nie jest jednak jedynym tematem powieści Barnesa. Pisarz rozszerza opowieść o liczne wątki z życia sir Arthura. W mojej ocenie ze szkodą dla książki. Wątki spirytystyczne nie mające związku ze sprawą sądowej pomyłki czy sercowe rozterki twórcy Sherlocka Holmesa rozwlekają narrację i mogą czytelnika znudzić.

Straszny dwór, Chopin i jego Europa

 20. Chopin and his Europe International Music Festival 

SUNDAY 25.08, 7.00 PM Teatr Wielki – Polish National Opera, Moniuszko Auditorium Opera in Concert Performers: 

KAREN GARDEAZABAL soprano (Hanna) 

AGATA SCHMIDT mezzo-soprano (Jadwiga) 

AGNIESZKA REHLIS mezzo-soprano (Chamberlain’s wife, Old woman) 

PETR NEKORANEC tenor (Stefan) 

ARTUR RUCIŃSKI baritone (Sword-bearer) 

PAWEŁ KONIK baritone (Zbigniew) 

MARIUSZ GODLEWSKI baritone (Maciej) 

RAFAŁ SIWEK bass (Skołuba) 

KRYSTIAN ADAM tenor (Damazy) 

ZUZANNA NALEWAJEK mezzo-soprano (Marta) 

PAWEŁ CICHOŃSKI tenor (Grześ) 

PODLASIE OPERA AND PHILHARMONIC CHOIR VIOLETTA BIELECKA choir director EUROPA GALANTE FABIO BIONDI conductor

Mówił w wywiadzie dla Róży Światczyńskiej Fabio Biondi, że Straszny Dwór gra się za szybko. Że lepiej dla tej muzyki, jeśli zwolnić tempa. I tak zagrał, dostarczając bardzo przejrzystą, klarowną muzykę. Choć - gwoli sprawiedliwości - nie widzę tu wielkich różnic tempowych w porównaniu do mojego ulubionego nagrania Jana Krenza. 

Chciałoby się, żeby udało się w końcu komuś zebrać tak równy zespół, jaki miał Krenz na przełomie lat 70 i 80. W najnowszym wykonaniu Biondiego niektórzy błyszczą, a inni zawodzą.

Cudowne kreacje tworzą Agata Schmidt (Jadwiga) i Paweł Konik (Zbigniew), oboje liryczni, z kantyleną jak płynny miód, dobrze eksponującą piękno brzmienia tych głosów. Agnieszka Rehlis to pierwsza od lat godna wszelkich pochwał Cześnikowa (z ostatnich pamiętanych: nie przekonała mnie Toczyska, rozśmieszyła Rappe, zawiodły Walewska i Cortes). Ruciński - świetny Miecznik, choć z chrypką pod koniec. Ciekawy Godlewski w roli Macieja. Siwek i Krzeszowiak nieźli, ale tylko tyle.

Zabrakło dwóch mocnych ogniw: Hanny i Stefana. O ile wokalnie Petr Nekoranec pomimo nieco za małego głosu byłby akceptowalny, to niestety jego kreację w moich uszach zniweczyło kaleczenie tekstu i dykcja (po części obcokrajowców można rozgrzeszyć, ale są granice). Karen Gardeazabal zaś nie dysponuje głosem, który pozwala wykonywać partię Hanny. Tak przyciężkawych koloratur w tej roli nie słyszałem chyba nigdy. Barwa głosu też daleka od ideału piękna. Zdziwiły mnie niesłychanie frenetyczne owacje po arii "Któraż to która". Ale ta sama publiczność przerwała w środku oklaskami arię z kurantem...

piątek, 23 sierpnia 2024

Stefan Żeromski, Ludzie bezdomni

Trudno tę książkę oceniać patrząc z perspektywy olbrzymiego postępu społecznego, jaki się dokonał od schyłku XIX w. Wobec potrzeby wystąpienia na kartach powieści z wołaniem o walkę z biedą, zapewnienie warstwom najniższym odpowiednich warunków sanitarnych, opieki medycznej czy edukacji na dalszy plan zeszły sprawy takie jak kompozycja czy piękno opowieści. Może to być dla Żeromskiego usprawiedliwienie, ale nie musi. Można przecież wymienić przykłady harmonijnego połączenia zaangażowania społecznego z walorami literackimi. Zdecydowanie lepiej wychodziło to - ograniczając się tylko do polskiego podwórka - Reymontowi. 

"Ludzie bezdomni" to powieść zabałaganiona. Panoramiczny przekrój przez różnego rodzaju środowiska od  biedoty miejskiej (Warszawa), przez wiejską (Cisy), skończywszy na wielkoprzemysłowej (Sosnowiec) sprawia wrażenie rdzenia, do którego starano się dolepić fabularne wątki związane z postacią doktora Judyma i całą masę wątków pobocznych, których postaci pojawiają się i znikają bez większego związku z głównym tokiem narracji. 

Owszem, obecność Wiktora Judyma (brata doktora) i jego żony pozwala wprowadzić wątek migracji zarobkowej, ale w połowie książki autor porzuca ich losy i nigdy do nich nie wraca. Równie niedbale przyfastrygowane są do tej fabuły pamiętniki Joasi, opisujące walkę młodego pokolenia z trudami edukacji i wchodzenie w życie w sytuacji "biednego studenta". Joasia sypie imionami, nazwiskami, sytuacjami, które pojawiają się w tej powieści i znikają jak komety. 

Ten chaotycznie poskładany szkielet wypełnia Żeromski czymś, co w literaturze polskiej trudne jest do zniesienia. Są to owe przepoetyzowane, quasi symboliczne opisy, nachalnie stosowana antropomorfizacja przyrody czy maszyn w fabryce. Milion razy bardziej wolę rzeczowe i wcale nienudne opisy Orzeszkowej. 

Wreszcie wątpliwe wydaje się sławetne zakończenie. O ile zrozumiała i psychologicznie wcale wiarygodnie nakreślona jest postawa Judyma walczącego o poprawę bytu biedoty i jego poczucie konieczności spłacenia społecznego "długu", który zaciągnął sam będąc dzieckiem proletariatu, o tyle trudne do zrozumienia jest wyrzeczenie się szczęścia osobistego i odtrącenie osoby, która była gotowa do towarzyszenia doktorowi w jego ścieżce życiowej i jego zamiarach. To masochizm społeczny i postawa, której zapewne dziś nie dałoby się w żaden sposób obronić.

wtorek, 20 sierpnia 2024

Olga Tokarczuk, Księgi Jakubowe

Imponujących rozmiarów, ale nie mogło być inaczej przy tak panoramicznym ujęciu całej epoki od czasów saskich po wojny napoleońskie.
Frank wyłania się niejako z naddniestrzańskich mgieł. Na początku na pierwszym planie są inni: Kossakowska, x. Chmielowski, Nachman z Buska, Elisza Szor, Elżbieta Drużbacka. Rzekomy mesjasz znany nam z opowieści innych, wyraźnieje powoli i dopiero pod koniec opowieści staje się jakby namacalny. Opada tajemnica, zostaje człowiek i jego wady. Poznajemy dość jednak okropne indywiduum i zastanawiamy się, czym pociągnął za sobą tak licznych wyznawców. Nie mogąc w nakreślonej przez Tokarczuk sylwetce Franka znaleźć cech, które skłaniałyby wiernych do podążenia za nim, szukamy odpowiedzi w przemożnym pragnieniu poprawy świata przez obiecanego mesjasza, tak mocno nasilonym w owym miejscu i czasie. Wszak południowo-wschodnie kresy Rzplitej Obojga Narodów wydały nie tylko Jakuba, ale także Sabataja Cwi i Beszta.
Żywot niesłychanie ciekawy i wart opowiedzenia, a jednak moją uwagę przykuwają bardziej poboczni aktorzy tego theatrum.
Chciałoby się, żeby Tokarczuk napisała powieść o Drużbackiej, nie o Franku. Chciałoby się poznać lepiej losy lekarza Aschera i jego żony Gitli.
Robi wrażenie ogrom studiów, które dla potrzeb książki musiała podjąć autorka. Kto przeczytał Księgi Jakubowe, może mieć niejakie pojęcie o schyłku Rzeczypospolitej bez zaglądania do literatury historycznej. Jest to również piękny obrazek tygla w którym mieszały się narodowości, religie i ich rozmaite denominacje. Są zapachy przypraw, jest wszechobecne polskie błoto, są teologiczne niuanse judaizmu, chrześcijaństwa i islamu.


Wynotowane cytaty

Otóż żeby stworzyć świat, Bóg musiał się cofnąć sam z siebie, pozostawić w swym ciele pustkę, która stała się przestrzenią dla świata. Z tej przestrzeni Bóg zniknął. Słowo "znikać" pochodzi od rdzenia "elem", a miejsce zniknięcia nazywa się "olam" - świat. Więc nawet w nazwie świata mieści się historia zniknięcia Boga. Świat mógł powstać tylko dlatego, że Bóg go opuścił. Najpierw było coś, a potem tego zabrakło. To jest świat. Świat cały jest brakiem. [s. 811]

Są rzeczy zewnętrzne i wewnętrzne. Zewnętrzne to pozór i my żyjemy w rzeczach zewnętrznych, w pozorze, jak ludzie we śnie, i prawa tego pozoru musimy brać za prawdziwe, choć one takie nie są. Kiedy się żyje w miejscu i czasie, w którym obowiązują jakieś prawa, to trzeba tych praw przestrzegać, ale nigdy nie zapominać, że to są tylko porządki względne. Bo prawda jest inna i jeśli kto nie jest przygotowany, żeby ją poznać, może mu się wydać przerażająca i straszna, i będzie przeklinał dzień, kiedy się jej dowiedział. [s. 541]


I w jakimś sensie życie jest taką ciągłą utratą. To, że coś zdobywamy, że stajemy się bogatsi, to największe złudzenie. W rzeczywistości najbogatsi jesteśmy w momencie swego urodzenia, potem już tylko tracimy. [ss. 291-290]


środa, 31 lipca 2024

Nikos Kazantzakis, Ostatnie kuszenie Chrystusa, Poznań 1992

W przedmowie Kazantzakis napisał, że interesował go Jezus jako człowiek. Mamy w powieści ciekawie nakreśloną postać Mateusza, który podążając za Jezusem spisuje każde jego słowo, ale ostatecznie historię upiększa, prowadzony - jak twierdzi - przez anioła.

Kazantzakis chce więc być przeciwieństwem ewangelisty i oddać czytelnikom historię człowieka pełnego pokus, dość słabego, który jednak odnajduje w sobie tyle siły, by doprowadzić do końca misję, którą powierzył mu Bóg. 

W istocie nie jest Kazantzakisowy Jezus postacią pomnikową: trwożliwy, kolaborujący z Rzymianami, pogardzany przez ziomków, epileptyk, zakochany beznadziejnie w Marii Magdalenie i niepotrafiący tego uczucia urzeczywistnić w ludzki sposób. Aż dziw, że z takimi cechami przeistacza się w Rabbiego pociągającego za sobą tłumy. 

Wydaje się, że historia opowiedziana w czterech ewangeliach jest atrakcyjniejsza. Może gdyby autor znał aktualne dokonania badaczy z zakresu chrystologii prowadzonych metodą historyczno-krytyczną (np. uniwersum pierwszych chrześcijan wg Tomasza Polaka) wyszłoby coś ciekawszego. Tu niektóre rozwiązania (np. to ze św. Mateuszem) są wręcz śmieszne.

Można było również liczyć na jakiś bardziej kontrowersyjny obraz cieśli z Nazaretu. Autor nie wykroczył jednak poza chrześcijański kanon, pomimo że zarzucano mu herezje, a film Scorsese na motywach powieści nigdy nie wszedł na ekrany kin w Polsce. 

**********

Wynotowane cytaty:

*

- Miłość nie jest bezbronna - odrzekł Jezus, przyglądając sie zimnym, niebieskim oczom centuriona, jego gładko wygolonym policzkom i grubym dłoniom o krótkich palcach. - Miłość też wojuje i zwycięża. 

- Wtedy to już nie jest miłość – odpowiedział centurion. [s. 344]

*

Życie na ziemi to utrata skrzydeł. [s. 446] 



poniedziałek, 29 lipca 2024

Świdnica 27-28 lipca 2024

Cel wycieczki to festiwal bachowski. Ale przed koncertami zdążyliśmy zwiedzić pobieżnie miasto, tj. katedrę, która pięknie łączy gotycką monumentalność z barokowym przepychem. Potem spacer wokół Kościoła Pokoju i obiad w 7 Niebie, a przy sąsiednim stoliku sam Ian Bostridge. 

-Are you a musician?

-Yes.

-So you have a discount.

Dla nas zniżki nie było. Dobra przystawka ze śledzi, taka sobie pomidorowa na słodko i pieczony camembert z frytkami i ohydnym coleslaw. Obsługa chaotyczna.

Udał nam się za to hotel - Karczma Zagłoba. Niby w starym stylu, ale ze smakiem i dość luksusowa. Dobre śniadanie serwowali. Pycha smalczyk z ogórami i niezłe naleśniki z serem.

Wróćmy do festiwalu

AKADEMIA BACHOWSKA
KANTATY 154 & 59
Kościół Pokoju 18:00
1h
Johann Sebastian Bach: kantata Mein liebster Jesus ist verloren BWV 154
Johann Sebastian Bach: Koncert klawesynowy d-moll BWV 1052
Allegro – Adagio – Allegro
Johann Sebastian Bach: kantata Wer mich liebet,
der wird mein Wort halten BWV 59*
AKADEMIA BACHOWSKA
Antonina Ruda sopran
Ewa Zeuner alt
Jonas Finger tenor
Sebastian Szumski bas
Gilles Vanssons obój
Tomasz Wesołowski fagot
Marian Magiera Paweł Gajewski trąbka
Tomasz Sobaniec kotły
Agnieszka Świątkowska Seojin Kim skrzypce
Natalia Reichert altówka
Monika Hartmann wiolonczela
Anna Bator kontrabas
Marcin Świątkiewicz klawesyn/kierownictwo muzyczne

Bardzo dobry klawesyn, ale smyczki pozostawiły niedosyt. Wykonanie zapewne wierne historycznie, ale bez nerwu. Co mnie zaskoczyło, druga część koncertu klawesynowego była z towarzyszeniem wokalistów.

IAN BOSTRIDGE
SASKIA GIORGINI

SCHUBERT BEETHOVEN
Kościół Pokoju 20:00
35’+15’ przerwa+35’
Franz Schubert: Schwanengesang | Łabędzi śpiew

W sumie zawód, ale też zbyt wiele nie oczekiwałem po ostatniej pasji z udziałem Bostridge'a, kiedy to widać było wyraźnie, że jego głos stracił wiele z dawnego blasku. Płasko i siłowo brzmi zwłaszcza górny rejestr, tam, gdzie Bostridge potrafił wycyzelować niegdyś brzmienie pomiędzy falsetowym niemal piano a miękkim czołowym rejestrem. 

Robił wrażenie bardzo zblazowanego. Takie okoliczności: Kościół Pokoju, zapadający zmrok, cisza - idealne warunki do muzycznej magii, która nie zaistniała. Nie było w tym radości ze śpiewu i obcowania z publicznością. Był zimny profesjonalizm, miejscami jednak monotonnie używający zgranych środków wyrazu. 

Owszem były momenty. Wykonanie "In der Ferne" wręcz wstrząsające i wokalnie wybitne - te długie wytrzymane dźwięki! Po powrocie odtworzyłem sobie jednak nagranie z Pappano (sprzed 15 lat) i różnica była widoczna. Próbowałem porównywać z innymi - Padmorem, Fischer-Dieskauem i Pregardienem. I to Bostridge był niedościgniony. Szkoda, że w czasie przeszłym.

W niedzielę byliśmy na nabożeństwie luterańskim wzbogaconym kantatą.

Johann Sebastian Bach: kantata Wer mich liebet,
der wird mein Wort halten BWV 59
AKADEMIA BACHOWSKA
Antonina Ruda sopran
Ewa Zeuner alt
Jonas Finger tenor
Sebastian Szumski bas
Tomasz Wesołowski fagot
Marian Magiera Paweł Gajewski trąbka
Tomasz Sobaniec kotły
Agnieszka Świątkowska Seojin Kim skrzypce
Natalia Reichert altówka
Monika Hartmann wiolonczela
Anna Bator kontrabas
Marcin Świątkiewicz klawesyn/kierownictwo muzyczne

(uwagi do kantaty podobne do odbioru z dnia poprzedniego). 

Po kantacie jak przystało na bachowską tradycję kazanie pastora Pawła Mellera. Intelektualne z odwołaniami do samego Bacha, ale i Victora Hugo. Zachęcał pastor do szerszego spojrzenia na świat, nie tylko przez pryzmat własnego "ja". Wszyscyśmy proch i równi (a może to z lektur? - aktualnie czytane "Ostatnie kuszenie Chrystusa"), jeśli o tym będziemy pamiętać i nie będziemy kierować się tylko egoistycznymi potrzebami, świat może być piękniejszy.

Ogólnie wzruszające nabożeństwo z jakże odmienną od rozpolitykowanych i intelektualnie płaskich nabożeństw i kazań w katolickich parafiach. A i sam duchowny przygotowany niezwykle do pełnionej funkcji od znakomitej retoryki poprzez emisję głosu, intonację itd.

poniedziałek, 22 lipca 2024

Magda Szabo, Zamknięte drzwi, Warszawa 1993

To jest lektura niemal wstrząsająca. Za tytułowymi zamkniętymi drzwiami zamknięte jest co najmniej dwieście lat historii, ale o tym, co naprawdę skrywa niedostępny dla nikogo pokój Emerenc, czytelnik dowie się na samym końcu książki. Magda Szabo odsłania tajemnice starej służącej po kawałeczku, w takim tempie na jaki pozwala na to sama Emerenc. 

Postać dozorczyni - służącej fascynuje zarówno silną osobowością, jak i całą masą dziwactw. Mnie oczywiście przywodzi na myśl tak podobną do niej ciocię Marysię. Jak ciocia w ogrodzie, tak Emerenc w swoim nigdy nie otwieranym mieszkaniu zamknęła przeszłość. Stworzywszy swój mikroświat mogła doskonale ignorować teraźniejszość, choć przecież w tej teraźniejszości była zatopiona. 

Nakreśliwszy osobliwy świat Szabo udaje się wciągnąć czytelnika. To powoduje, że trudno się od tej książki oderwać. I kiedy jesteśmy ju w tej fabule zatopieni, pisarka zmusza nas do przeżycia czegoś, co trudne byłoby zapewne do przejścia, gdybyśmy nie zżyli się z Emerenc - do historii jej niełatwego, dramatycznego wręcz odchodzenia. 

O czym jest ta książka? O tym, jak trudno jest poznać drugą osobę, jak łatwo oceniać po pozorach, jak niełatwo otworzyć się przed kimś naprawdę. Filozofia Emerenc jest prosta: pomagać słabszemu. Niezależnie czy to uciekający przed nazistami Żyd, niemiecki czy radziecki ranny żołnierz, porzucone koty, chora sąsiadka... Jest to też rzecz o wstydzie. Emerenc nie jest w stanie znieść świadomości, że inni widzą ją w chwili słabości. Rzecz o zderzeniu dwóch odległych światów: Emerenc i Magda są z innych planet, a mimo to dzięki gotowości jednej i drugiej, widzialnym kompromisom wewnętrznym Magdy i niewidzialnym, ale oczywistym kompromisom Emerenc mogą się do siebie zbliżyć. Ich świty mogą się przeniknąć. Można by wywieść z tej książki naukę, że warto otworzyć się na drugą osobę, choć będzie to zapewne doświadczenie bolesne, bowiem tylko bliskie osoby są w stanie nas zranić i nieuchronnie ranią nas.

Zakończenie jest bardzo metaforyczne. Pisarka Magda dziedziczy zawartość tajemniczego pokoju. Zanim jednak Emerenc odejdzie, jej spadkobierczyni łamie wyznaczone przez staruszkę zasady. Trudno ich nie złamać stając przed wyborem niemal jak z antycznego dramatu: pozwolić Emerenc umierać w straszliwych warunkach albo w dobrej wierze naruszyć wyznaczone przez staruszkę granice. Decyzja zapada. Musi jednak nastąpić symboliczna kara - dziedzictwo ukryte w pokoju rozpada się w proch.

Wspaniała powieść.

środa, 17 lipca 2024

Kathryn Harrison, Focza Dama, Poznań 2003

Egzotyka: surowy klimat Alaski i nietypowy związek Amerykanina z rdzenną kobietą to z pewnością powody, które powinny zainteresować ewentualnych czytelników. Dają również pole do popisu pisarzowi. Niestety takie atuty w rękach K. Harrison nie przyniosły oszałamiającego efektu. Świat przedstawiony jest w zasadzie tylko tłem dla historyjki o meteorologu Bigelowie, w której autorka skupia się przede wszystkim na obsesjach seksualnych młodego człowieka. Troszkę miejsca poświęca też jego pasji naukowej i na tym koniec. 

Nawet owe obsesje potraktowane są bardzo powierzchownie. Nie potrafi też Harrison opowiadać tak, by uruchomić wyobraźnię czytelnika. Czasem trudno mi nadążyć za narracją, zobrazować sobie akcję powieści. Trudno było mi np. wyobrazić sobie latawiec Bigelowa i jego sposób uruchamiania, co było kluczowe w epizodzie z zerwaniem się linki latawca z utrzymującego ją wału (?). 

Wielu rzeczy trzeba się domyślać, bo nie są dość jasno wytłumaczone. Trudno zrozumieć powody wygnania sklepikarza Getza i jego córki Miriam - jąkały. Wszak nie uszkodzenie latawca przez Miriam było tego powodem.

Gdyby ta książka była grubsza, z pewnością miałbym problemy z dobrnięciem do końca.

Ocena: 4

niedziela, 14 lipca 2024

Zośka Papużanka, Kąkol, Warszawa 2021

Wciąga od pierwszych linijek bogatym językiem i kolorowymi skojarzeniami. Opowiadana z perspektywy dwunastolatki, a więc skupiona na rzeczach ważnych dla człowieka w takim wieku: owadach, kwiatach, ale też członkach rodziny i najbliższego otoczenia. Nawet jeśli to otoczenie rodzinno-sąsiedzkie jest mniej przyjazne niż świat roślin i zwierząt. 

Myślę, że książka Papużanki może być głosem pokolenia urodzonych w ostatnich dekadach PRL-u. Wielu z nas ma zapewne doświadczenie z takich wakacji na wsi w towarzystwie dorosłych, którzy na nic nie pozwalają i uważają generalnie ludzi w wieku dziecięcym za kłopot (znamienne, że żaden z dziecięcych bohaterów, w odróżnieniu od dorosłych, nie ma imienia. Nie znamy imienia narratorki, jej rodzeństwo to Trutnie, a kuzyn Dziubasek). Czuję zatem wiele empatii dla narratorki, która stara się lawirować w świecie zaludnionym przez wielce antypatycznych ludzi, na których tle tylko trochę sympatyczniejsze wydają się dwie postaci: matka, choć i ona potrafi wymierzyć policzek oraz - z innych zupełnie powodów - ciotka Aurelia (rzucająca wulgaryzmami bezpośrednia kobieta, która - jak się okazuje w toku narracji - ma przeszłość AK-owską). 

Być może jest to jakaś próba przepracowania dzieciństwa. Wydaje się, że jest to też rozprawa z modelem wychowawczym, który będąc dawniej mainstreamowym, przeszedł aktualnie - i na całe szczęście - do niszy.

Uwaga dotycząca kompozycji utworu. Wydaje się, że ma on dwie kulminacje. Obie związane z buntem matki wobec panującego w w letnim domu drylu. Pierwsza to rozwalenie kopki z sianem i ostentacyjne pakowanie walizek, po którym nie następuje jednak wyjazd. Druga to spalenie starego dywanu bez zgody dziadka. Moim zdaniem wyrazistsza, silniejsza byłaby narracja z jedną kulminacją, po której nastąpiłoby jakieś rozwiązanie. Tego jednak nie ma, bo być może w życiu najczęściej nie ma żadnych kulminacji, a my dostosowujemy się co i rusz do niewygód, także tych psychicznych. Więc może prawda wygrywa z atrakcyjnością formalną. Dla mnie jednak zakończenie książki trochę się rozłazi, choć całość ocenić trzeba jako prozę wybitną.

piątek, 12 lipca 2024

2024-07-10 Jacek Dehnel, Lala

Wiadomo, jak bardzo irytują mnie wszelkie pretensje do "herbowości", poszukiwanie szlacheckich korzeni, apologia ziemiaństwa itd. itp. Mówię sobie jednak: nie zamykaj się w bańce, czytaj krytycznie. 

Warto było tę książkę przeczytać, bo Dehnel dobrze włada piórem. Cudnie snuje babcine opowieści, których wszakże atrakcyjność spada, im bardziej zbliżamy się do naszych czasów. Tytułowa Lala, Helena Bieniecka jest postacią nietuzinkową, jednoznacznie w tej narracji bohaterską i pozytywną. Jako szlachcianka przejawia jednak głęboki szacunek do chłopstwa i niekoniecznie duże przywiązanie do ziemiańskiego pochodzenia.

Najmniej ciekawe momenty to wtrącenia odautorskie, niekiedy skrajnie egzaltowane. Wprowadzane postaci przyjaciół narratora, które jakoby pomagają popychać narrację do przodu, jednak w rzeczywistości nic nie wnoszą, a odnosi się wrażenie, że Dehnel wstawił je tam specjalnie ku uciesze tychże przyjaciół. 

A więc trącąca manierą, ale jednak solidna, dobra warsztatowo proza, bez udziwnień frazeologicznych tudzież eksperymentów narracyjnych. 

Oceniłem na 5

2024-06-28 Kurt Vonnegur, Rzeźnia numer pięć

 Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć, Poznań 2018 [wyd. Zysk i S-ka]

I żonie Lota oczywiście zapowiedziano, że ma się nie oglądać tam, gdzie zostali wszyscy ci ludzie i ich domy. Ona jednak obejrzała się i za to ją kocham, bo to było tak bardzo ludzkie. [s. 30]

Ja jestem Tralfamadorczykiem i patrzę na czas tak, jak wy moglibyście patrzeć na łańcuch Gór Skalistych. Czas to jest czas i nie ulega zmianie. Żadne ostrzeżenia ani wyjaśnienia nie mają wpływu na czas. On po prostu jest. Jeśli przyjrzy się pan poszczególnym chwilom, to przekona się pan, że - jak już wspomniałem - wszyscy jesteśmy owadami w bursztynie. [s. 100]

sobota, 29 czerwca 2024

Samuel Beckett "Czekając na Godota", Gniezno, 28.06.2024

Bardzo klasycznie wystawiona sztuka Becketta. Nie dałoby się chyba zanadto ingerować w tekst Irlandczyka, co już samo świadczy o wartości tego dramatu.

Względność czasu i miejsca. Byt niezmienny, zanurzony w powtarzalności i bezsensie. Widzę tu dużo podobieństw do czytanej równolegle "Rzeźni numer pięć". Zastanawiałem się też, co ludzie tak lubią w wysokich górach. I chodzi chyba najbardziej o tę niezmienność. Pojadą tam i zastaną to co znali. Wszelkie inne krajobrazy ulegają erozji od stanu zapamiętanego do tego, co zobaczymy po ponownym widzeniu.

Sztuka ma swe źródło zapewne w odkryciach XX wieku, teorii Einsteina itd. 

Dobrze zagrane. To teatr wiele wymagający od autora, bardzo fizyczny, a cała czwórka daje popis dużego kunsztu aktorskiego.

Samuel Beckett "Czekając na Godota"
 

Przekład- Antoni Libera

Reżyseria- Paweł Łysak

Asystent reżysera- Maciej Synowiec (AT Warszawa)

Scenografia, kostiumy - Robert Rumas

Światło, wideo- Artur Sienicki

Fonosfera - Maciej Szymborski

Konsultacje ds. plastyki ruchu – Klaudia Strzelczyk

OBSADA:

Pozzo- Marcin Jędrzejewski (gościnnie)

Lucky- Michał Karczewski

Vladimir- Roland Nowak

Estragon- Wojciech Siedlecki

Wideo: Chłopiec – Nikodem Staszkiewicz

Inspicjent- Jolanta Skawina

27.06.2024 Marcel Proust, W stronę Swanna, tłum. K. Rodowska, Łódź 2020

Powrót do młodzieńczej lektury. Czytało się ją te  ćwierć wieku temu o wiele łatwiej. Wówczas bardziej ciekawiła, teraz nieco bardziej nuży, choć nie rozczarowuje (tak jak np. "Człowiek bez właściwości" Musila. Ma mocne momenty - te, w których narrator obnaża się emocjonalnie i nie ukrywa tego, czego wielu by się wstydziło - owej egzaltacji, afektowania, miękkości. 

Poszukuje się tu utraconego czasu. Najpierw narrator próbuje przywołać "kraj lat dziecinnych", Combray, ową krainę nie do odzyskania. Każdy coś takiego ma i to nas zbliża do autora. Potem Swann poszukuje czułości i intensywności początków swojej miłości do Odetty. Ten wzorcowy przykład niesymetrycznej, uzależnieniowej relacji również budzi irytację czytelnika. Zwłaszcza zaś budzi ją zachowanie Swanna. 

Później wyobrażona młodzieńcza miłość Marcela do Gilberty. Irytuje mnie ten Proust, bo przypomina mi mnie samego z młodości. 

Czekam na kolejne tomy. Może będą lepsze.

*******************************

Wynotowane cytaty

  • Możliwość przeżycia takiej chwili nigdy więcej dla mnie się nie odrodzi. Od niedawna jednak, gdy wytężę słuch, znowu zaczynam słyszeć tamten, w obecności ojca siłą powstrzymywany szloch, którym wybuchałem dopiero wtedy, gdy znalazłem się sam na sam z mamą. W istocie bowiem ten szloch nigdy nie ustał i jedynie dlatego że życie wokół mnie milknie coraz bardziej, słyszę go ponownie, niczym dzwony klasztorne, których bicie zagłuszają w dzień hałasy miasta, lecz które rozbrzmiewa donośnie w ciszy wieczoru. [s. 69]
  • Miejsca, które znaliśmy, nie należą do świata przestrzeni, w którym dla naszej wygody je sytuujemy. Tworzą jedynie cienką warstewkę pośród zazębiających się wrażeń, które składały się na nasze ówczesne życie; wspomnienie jakiegoś obrazu jest tylko żalem za pewną chwilą, a domy, drogi, aleje, ulotne są, niestety, jak lata. [s. 463]

piątek, 21 czerwca 2024

2024-06-20 Królestwo zwierząt



reż. Thomas Cailley

Zapytała mnie Ola S, czy to horror? Nie. S-F? Może, ale czas akcji to właściwie dziś, tylko realia trochę inne, bo nagle mamy epidemię choroby, która zamienia ludzi w jakieś zwierzęco-ludzkie hybrydy. Zdecydowanie nie o efekt i nie o rozrywkę tu chodzi. Gdyby to było kino obliczone na hit kasowy, mielibyśmy pewnie na ekranie całą plejadę dziwacznych stworów, a tu jednak realizatorzy dość oszczędnie szafują pomysłami, stroniąc na początku od pokazywania poczwar z bliska. Najbliżej poznamy Fixa, człowieka - ptaka, reszta przemyka przed ekranem, bo przemykać musi. Trwa obława, trzeba uciekać.
Mistrzostwo tego scenariusza polaga między innymi na tym, że trzymamy stronę poczwar, nie ludzi. Jest dziwnie, ale nie kiczowato. Jest głębokie przesłanie, ale nie ma łopatologicznego moralitetu.
Oczywiście widać tu oskarżenie pod adresem naszej zachodniej cywilizacji. Na sztandarach mammy piękne hasła, ale każdą inność, której jeszcze nie oswoiliśmy, musimy osaczyć, kontrolować, a najlepiej wyeliminować. Oskarżenie także można skierować w stronę naszego stosunku do przyrody, którą traktujemy bez szacunku, przedmiotowo i z wyższością. Trzecie, jest chyba specyficznie francuskie. Odzwierciedlają się w tej historii stosunki społeczne wspólnoty podzielonej na rdzennych i imigrantów, militaryzacja i bunt dzisiejszej Francji.
Wsaniałe aktorstwo wymagające od aktorów, zwłaszcza Durisa (ojciec) i Kirchera (syn) zaprezentowania ekstremalnych stanów emocjonalnych, no i oczywiście wymagające fizycznie - taplanie się tarzanie, gryzienie. Mocno fizyczne aktorstwo, wierygodna psychologia postaci. Brawo!
Film dający do myślenia i wkurza mnie znowu, jak widzę na serwisach filmowych ocenę 6,7 (na 10).
Tu zdecydowanie 8.

Prime Video: Le règne animal

wtorek, 11 czerwca 2024

9.06.2024 Coco, czyli bałkańska operetka

Reżyseria
Paweł Miśkiewicz
Scenariusz i dramaturgia
Joanna Bednarczyk i Daria Kubisiak 
 
Trzeba przebrnąć przez pierwszy akt, który może wydać się nużący, zwłaszcza jeśli miało się do czynienia z teatrem Witkacego. Widz uczestniczy bowiem w orgii narkotykowej. Głos mają elity, bowiem, to one mają dostęp do środków odurzających. Pojawia się na scenie przedstawiciel proletariatu, Sajetan Tempe, ale on jeszcze nie może w pełni dojść do głosu. A więc orgia w stylu witkacowskim, kabotyńska, przeplatana jednak celnymi przemyśleniami "Wariata z Krupówek". Orgia, która jest celem samym w sobie, bo zblazowane elity celu innego nie potrafią już znaleźć. Eskapizm, ucieczka od świata. Widzieliśmy to na scenie w inscenizacjach Witkacego wielokrotnie, a Miśkiewicz nie bardzo odbiega tu od konwencjonalnego odczytywania Stacha. Ówczesne lęki, które próbowano 100 lat temu uśmierzać kokainą, wydają się nam znajome, choć dziś są zdecydowanie bardziej spotęgowane, bo i "mechanizacja życia" znacznie bardziej zaawansowana, a i automatyzacja twórczości coraz realniejsza.

Ale o tym dobitniej przekonamy się po przerwie. Po niej dopiero następuje erupcja tekstów, tricków teatralnych, a widz wpada razem z bohaterami w emocjonalny rollercoaster. Genialny dialog ze sztuczną inteligencją obnaża wtórność tego tak popularnego dziś wynalazku, ale jednocześnie pokazuje niezbyt odkrywczy fakt, że stanowi on zagrożenie dla społeczeństw. Czas na bunt - woła do nas Miśkiewicz ustami Tempe. Ale kto ma się zbuntować? Chyba jeszcze tylko starzy wiedzą, jak to się robi. Młodzi rozproszą się, bo nie mogą utrzymać uwagi dłużej na żadnym temacie, albo uciekną w wirtualny świat. Utopieni w wirtualu nie zauważą totalitaryzmów, eko katastrofy... Pesymistyczna wizja i wezwanie do buntu.

Chciałoby się, żeby ten spektakl miał nieco lepszych aktorów, trochę bardziej finezyjny scenariusz. Trzymałby wówczas w napięciu - jak inne spektakle Miśkiewicza - niemal od pierwszej do ostatniej minuty. Powstało wszak widowisko ciekawe, zdecydowanie warte obejrzenia, jedno z lepszych na scenie Teatru Polskiego od dłuższego czasu.

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...