"Znachor" reż. Jakub Roszkowski, Teatr im. J. Słowackiego
"Znachor" jako propozycja na dzień zakochanych? Historia opowiedziana przez Dołęgę - Mostowicza nadaje się jak najbardziej, choć wątek romansowy jest tu wątkiem pobocznym. Sam prof. Wilczur nie ma szczęścia w miłości, ale jego córka - jak najbardziej. Dzieje lekarza dzięki filmowej adaptacji Jerzego Hoffmana weszły do kanonu polskiej kultury. Roszkowski na deskach Słowackiego opowiada swojego "Znachora" także w sposób filmowy, krótkimi scenami, nie bojąc się filmowych cięć i skrótów. Akcję uzupełnia hitami muzyki pop, tworząc coś na kształt musicalu. Wydawać by się mogło, że jest to materiał skazany na sukces, bo "Znachor" to właściwie samograj. A jednak otrzymujemy produkt będący kiepską, "chińską" podróbką, a największym jego mankamentem jest niezaangażowane, będące niejako obok tekstu, aktorstwo. Uwidacznia się to już w pierwszej scenie i trwa do samego końca, z wyjątkiem może wspomnianych wcześniej piosenek, bo aktorzy Słowackiego świetnie śpiewają (zwłaszcza Mateusz Bieryt). Cóż z tego, że miłość spełniona, kiedy widz niezadowolony.
Henry Purcell, The Fairy Queen, Festiwal Opera Rara
Będąca luźną adaptacją "Snu nocy letniej" semi-opera Purcella również nadaje się na walentynkowy wieczór. Wszak wszystko powinno tu zmierzać do połączenia kochanków (u Szekspira aż trzy pary). Kto wybierał się na wyreżyserowany przez Cezarego Tomaszewskiego i poprowadzony muzycznie przez Anę Liz Ojeda Hernandez spektakl, powinien jednak zapomnieć o szekspirowskiej czy purcellowskiej historii. Twórcy prezentują bowiem swoją własną wersję i już na początku wiadomo - scena z rozbitym samochodem - że nie będzie to sielankowa opowieść o miłości. A jednak miłość jest silniejsza od śmierci i przerwana przez śmierć jednego z kochanków historia trwa dalej. Mamy więc spektakl o tęsknocie, o uczuciu, które w innych okolicznościach może by wygasło, ale po tragedii trwa i nie pozwala o sobie zapomnieć.
W tę ciekawą interpretację Tomaszewski umiejętnie wplata motywy towarzyszące nam w kulturze europejskiej od stuleci. Jest tu taniec ze śmiercią i śmierć z miłości (wybrzmiewa zaaranżowana na orkiestrę barokową "Liebestod" Wagnera!). Tomaszewski w poetyckiej, ale nowoczesnej inscenizacji oddaje hołd wszystkim niespełnionym miłościom. Wyobrażam sobie, że widz, jeśli takową miłość sam przeżył, może doświadczyć na tym przedstawieniu czegoś w rodzaju katharsis. O ileż silniej oddziałuje na słuchacza przy takim inscenizacyjnym założeniu sławny lament Tytanii "O Let Me Weep"!
Warto dodać, że spektakl stał na wysokim poziomie muzycznym, a twórcy zaangażowali zarówno świetnych śpiewaków, jak i tancerzy.
Utamaro, Drzeworyty japońskie z kolekcji Muzeum Narodowego w Krakowie
Miłość jest jednym z motywów najsilniej zaznaczonych w drzeworytach prezentowanych na trwającej właśnie wystawie czasowej. Odnosząc się do tytułu niniejszego wpisu, miłosne historie utrwalone na papierze przez japońskiego mistrza Kitagawę Utamaro należałoby zaliczyć do miłości niespełnionych. Jedna z wyróżnionych części kolekcji skupia się na historiach miłości zakazanych. Takich, które wykluczone są przez społeczny konwenans lub oczekiwania rodzin. Kończą się one zazwyczaj podwójnym samobójstwem. Inna część, zdecydowanie lżejsza w odbiorze, prezentuje kunsztowne rysunki owadów. Każdy z nich opatrzony jest tłumaczonym z japońskiego wierszem. Utwory te mówią zwykle o nieudanych zalotach. Olbrzymia estetyczna przyjemność.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz