Trudno tę książkę oceniać patrząc z perspektywy olbrzymiego postępu społecznego, jaki się dokonał od schyłku XIX w. Wobec potrzeby wystąpienia na kartach powieści z wołaniem o walkę z biedą, zapewnienie warstwom najniższym odpowiednich warunków sanitarnych, opieki medycznej czy edukacji na dalszy plan zeszły sprawy takie jak kompozycja czy piękno opowieści. Może to być dla Żeromskiego usprawiedliwienie, ale nie musi. Można przecież wymienić przykłady harmonijnego połączenia zaangażowania społecznego z walorami literackimi. Zdecydowanie lepiej wychodziło to - ograniczając się tylko do polskiego podwórka - Reymontowi.
"Ludzie bezdomni" to powieść zabałaganiona. Panoramiczny przekrój przez różnego rodzaju środowiska od biedoty miejskiej (Warszawa), przez wiejską (Cisy), skończywszy na wielkoprzemysłowej (Sosnowiec) sprawia wrażenie rdzenia, do którego starano się dolepić fabularne wątki związane z postacią doktora Judyma i całą masę wątków pobocznych, których postaci pojawiają się i znikają bez większego związku z głównym tokiem narracji.
Owszem, obecność Wiktora Judyma (brata doktora) i jego żony pozwala wprowadzić wątek migracji zarobkowej, ale w połowie książki autor porzuca ich losy i nigdy do nich nie wraca. Równie niedbale przyfastrygowane są do tej fabuły pamiętniki Joasi, opisujące walkę młodego pokolenia z trudami edukacji i wchodzenie w życie w sytuacji "biednego studenta". Joasia sypie imionami, nazwiskami, sytuacjami, które pojawiają się w tej powieści i znikają jak komety.
Ten chaotycznie poskładany szkielet wypełnia Żeromski czymś, co w literaturze polskiej trudne jest do zniesienia. Są to owe przepoetyzowane, quasi symboliczne opisy, nachalnie stosowana antropomorfizacja przyrody czy maszyn w fabryce. Milion razy bardziej wolę rzeczowe i wcale nienudne opisy Orzeszkowej.
Wreszcie wątpliwe wydaje się sławetne zakończenie. O ile zrozumiała i psychologicznie wcale wiarygodnie nakreślona jest postawa Judyma walczącego o poprawę bytu biedoty i jego poczucie konieczności spłacenia społecznego "długu", który zaciągnął sam będąc dzieckiem proletariatu, o tyle trudne do zrozumienia jest wyrzeczenie się szczęścia osobistego i odtrącenie osoby, która była gotowa do towarzyszenia doktorowi w jego ścieżce życiowej i jego zamiarach. To masochizm społeczny i postawa, której zapewne dziś nie dałoby się w żaden sposób obronić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz