Terezia Mora, Każdego dnia, Wołowiec 2006, wyd. Czarne
Ma mniej więcej 18 lat. W krótkim czasie znika bez śladu jego ojciec, młodzieńcza miłość mówi mu, że nie odwzajemnia jego uczuć, a jego kraj pogrąża się w wojnie domowej. Emigruje i choć jest ponadprzeciętnie uzdolniony językowo, w nowym kraju w zasadzie wegetuje. Historia Abla Nemy nie jest specjalnie spektakularna. Mimo to wciąga, a wielką zasługę w przyciągnięciu uwagi czytelnika mają zastosowane przez autorkę zabiegi językowe. Język zaś, obok Abla, jest tu chyba drugim głównym bohaterem.
Nie wiemy, jak w młodości wysławiał się Abel. Mówił zapewne w jednym z języków, którym posługiwali się mieszkańcy rozpadającej się Jugosławii. Kiedy go poznajemy, włada dziesięcioma językami. Można założyć, że posługiwanie się obcą mową wymaga od człowieka większej uwagi niż mówienie i słuchanie w języku, w którym jesteśmy zatopieni od urodzenia. Może się jednak zdarzyć, że rodzimy język nieustannie stawia wyzwania. Wydaje się, że Terezia Mora chce, by czytelnik poczuł się trochę jak obcokrajowiec zmuszony do nieustannej językowej czujności. Prowadzi więc rwaną, nielinearną narrację. Osoby, które wypowiadają się: trzecioosobowy narrator, Abel, jego znajomi, są dopuszczani do głosu przez autorkę na krótką chwilę i zmieniają się nieustannie jak w kalejdoskopie. Ich wypowiedzi czasem się urywają, dialogi trzeba wyławiać spomiędzy krótkich strumieni świadomości czy monologów wewnętrznych. Nie pomaga w tym przyjęty przez Morę jednolity dla wszystkich elementów narracji sposób zapisu. Żeby przez to przebrnąć, trzeba skupienia.
Ten pozornie chaotyczny sposób opowiadania jednak nie nudzi i nie męczy, autorka potrafi bowiem w odpowiednich momentach odsłonić przed czytelnikiem kolejne drobne szczegóły z dość tajemniczego życia bohatera. Taką lingwistyczno-narracyjną grę prowadzi z nami przez większą część książki.
I oto w momencie, kiedy w chwili emocjonalnego kryzysu w ręce Abla (choć może należałoby napisać: do jego organizmu) trafia przypadkiem mieszanka substancji psychoaktywnych, język opowieści staje się płynny, potoczysty, odkształceniom ulega za to świat przedstawiony. Opis delirium głównego bohatera jest wręcz poetycki, niekiedy filozoficzny i fascynujący.
Może się zdarzyć, że poliglota utraci zdolność posługiwania się jakimkolwiek językiem, nawet rodzimym. Tak się dzieje, kiedy Abel zostaje skatowany przez grupę wyrostków i zapada na afazję. Nie potrafi już nic powiedzieć poza jednym słowem: dobrze. To moment, żeby zamilknąć, skończyć opowieść, postawić ostatnią kropkę w tej książce. Oto błyskotliwy koncept Terezii Mory.
Językowe eksperymenty stanowią oczywiście tylko jedną z płaszczyzn tej wybitnej powieści. Inną jest próba wglądu w sytuację człowieka potrójnie straumatyzowanego (porzucenie przez ojca, nieszczęśliwa miłość, wymuszona i nielegalna emigracja), żyjącego w obcym otoczeniu. Autorka - Węgierka żyjąca w Niemczech z pewnością dobrze rozpoznała ten problem i w przekonujący sposób uczyniła z niego materię swojej powieści. Smutne, w pewien sposób zmarnowane życie Abla Nemy staje się przy tym kanwą intrygującej czytelniczej przygody.
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
Wynotowane cytaty
Są takie momenty, kiedy nagle człowiek staje się widoczny. [s. 118]
Co oznacza ta cisza? Że człowiek opuścił ziemię czy wręcz przeciwnie, rozwinął się tak bardzo, iż życie w miastach jest ciche jak szept. Może na zewnątrz snuje się trujący dym albo bezwonne atomy, a może pachnie tak, jak nie pachniało od bardzo dawna, albo jeszcze nigdy: czystym eterem. Może jest tam wielki ocean, tak mówią wszyscy, na którego brzegu jak na nieskończonym rzędzie ławek siedzimy niczym starzy ludzie, wystawiając twarze do słońca, szumu. Może jest tam wieczność, tylko tu, w środku, czas posuwa się swoim starym, powtarzającym się ruchem. A może zupełnie nic tam nie ma. Zanim nie będzie się absolutnie pewnym, to za duże ryzyko. Niewykluczone, że pewnego dnia przestanę istnieć. Otworzę okno i po nieskończenie krótkim spojrzeniu rzuconym na nicość sam stanę się jej częścią. [s. 355]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz