poniedziałek, 4 listopada 2024

Drezno




Stary katolicki cmentarz w Dreźnie odwiedzany w Dzień Zaduszny nijak nie przypomina polskich cmentarzy, choć jego "mieszkańcy" to wszak w dużej mierze osoby polskiego pochodzenia. O tym, że na zachodnich nekropoliach w takie dni nie odnajdziemy klimatu polskich cmentarzy, pisał choćby Bobkowski w "Szkicach piórkiem" odnosząc się do swoich spacerów po Pere Lachaise.
Wybraliśmy się tu, bo mieliśmy blisko z hotelu, a wśród pochowanych wiele ciekawych osób. Wśród nich Carl Maria von Weber, Schlegel, GB Casanova (brat tego sławnego), Jan Dismas Zelenka, rzeźbiarz Permoser, a z naszych Kazimierz Brodziński.

*

Kulinarnie udało nam się, bo trafiliśmy do czegoś w rodzaju gospody. Filety z matiasa (Niemcy potrafią je zrobić), ziemniaczki smażone i świetna sałatka z ogórków. Panie obsługujące w typie maskulinistyczno-NRDowskim, przy tym miłe i pełne uroku.

*

Wieczór to "Salome" w Semperoper. B. po raz pierwszy stwierdził, że podobało mu się w operze (choć już byliśmy kiedyś na Salome w Berlinie).
Inscenizacja Michaela Schulza jest jakoś tam pomysłowa. Salome jest małą dziewczynką, a scena to pokój pełen zabawek. Niektóre z nich śpiewają (Narraboth to miś pluszowy, a paź to Pierrot). Głowę Jochanaana nasza dziewczynka otrzymuje zapakowaną jak prezent, a jej odpakowywanie podczas końcowej sceny to najmocniejszy dramaturgiczny moment i pomysł inscenizacyjny.
Minusem są dziwne pomysły z uruchamianiem całej maszynerii scenicznej, scena w górę, scena w dół, do tyłu, do przodu itp. Duet z Jochanaanem Salome śpiewa gdzieś z głębi sceny, przez co jej głos znika i tu przechodzimy do najsłabszego punktu spektaklu czyli pracy dyrygenta.

Widząc, co knuje reżyser, Juraj Valčuha powinien tak poprowadzić orkiestrę, by śpiewacy byli słyszalni. Ponadto partytura Straussa aż się skrzy od różnych dźwiękowych błyskotek i niuansów. Niestety wysłyszeć tego się nie dało, bo pomysłem naszego kapelmistrza było łubudu. Grajta chopaki, ino głośno! Szkoda tej partytury na tak bezmyślne prowadzenie orkiestry.

Całość ratowali soliści. Tytułową bohaterkę śpiewała dysponująca mocnym głosem Amanda Majeski. Najwyższe dźwięki miała trochę wykrzyczane i off-key, ale całość mogła się podobać. Show zdecydowanie ukradł Thomas Blondelle jako Herod. Ten facet to wulkan energii, niezły aktor i całkiem dobry śpiewak. Wokalnie jednak najbardziej podobał mi się Markus Marquardt jako Jochanaan. Zrobił co do niego należało, czyli wszedł, huknął tyle razy ile trzeba (dźwięcznym, szlachetnie brzmiącym bas-barytonem) i zszedł. Herodiada to chyba niezbyt odpowiednia rola dla Evelyn Herlitzius, ale i tak miło było zobaczyć tę legendarną śpiewaczkę zarówno na scenie, jak i później przypadkiem na ulicy.

*

Odwiedzony przez nas dzień wcześniej cmentarz umieścił na jednym ze swoich płócien Caspar David Friedrich. To znany obraz, a cmentarz dziś przypomina nawet trochę, to co namalował sławny malarz. Na wystawie w Albertinum widzieliśmy także sławnego "Wędrowca" i inne dzieła. Ciekawym zabiegiem było umieszczenie obrazów Friedricha w otoczeniu dzieł współczesnych mu malarzy niemieckich. Pokazuje to olbrzymi przekrój możliwości i stylów panujących w malarstwie niemieckim doby romantyzmu. Mieliśmy tu sceny figuralne jakby wzięte żywcem z renesansu, np. od Rafaella (alegorie Italii i Germanii) aż po śmiałe kolorystycznie propozycje pokrewnych Fredrichowi artystów (Dahl).

*

Obiad zjedliśmy w lokalu, który reklamował się wprawdzie kuchnią regionalną, ale okazał się jakimś melanżem hiszpańsko-marokańskim z kotletami i modrą kapustą. Miło, choć nie tak, jak w tej gospodzie z poprzedniego dnia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...