Mikołajewski przyrównuje tę książkę do "Pana Tadeusza", ja widzę raczej podobieństwa do "Anny Kareniny". Mamy tu bowiem bardzo szeroki obrazek z życia arystokracji. Brakuje jednak w "Wicekrólach" takich postaci jak Lewin czy Kitty Szczerbacka, jednoznacznie pozytywnych i wzbudzających sympatię. Uzedowie di Francalanza oraz ich pociotkowie są antypatyczni i przeważnie z gruntu zepsuci. Jedynym wyjątkiem mogłaby tu być Teresa, ale jej dewocja i uległość czynią z niej postać mdłą i rozczarowującą.
Trzeba sobie zadać pytanie, dlaczego De Roberto tak właśnie sportretował sycylijską elitę II poł. XIX wieku. Roi się tu hedonistów, zawistników, skąpców. Na porządku dziennym jest bezduszne traktowanie członków rodziny, unieszczęśliwianie małżonków i dzieci. Ci, których przeznaczono do stanu duchownego, kompromitują kościół rozwiązłością i antychrześcijańską postawą. Jeden z najsmutniejszych wątków opisywał niedopuszczenie do profesji wieczystej kandydata, który podpadł współbraciom benedyktynom (wśród których było aż dwóch Uzedów) tym, że miał zbyt pospolite pochodzenie. Portret arystokracji jest tu zdecydowanie negatywny, choć nie widać też u de Roberto fascynacji socjalizmem. Być może taka właśnie postawa skutkowała tym, że w Polsce jego twórczość nie jest zbyt znana. Wyraźne opowiedzenie się za którymś z głównych nurtów społeczno-politycznych zapewne dodałoby autorowi rozpoznawalności.
Narracja poprowadzona znakomicie. Zabrakło mi jednak punktu kulminacyjnego, wydarzenia, które mogłoby zamknąć całą historię rodu Francalanza. Tym różnią się "Wicekrólowie" od "Lamparta". Historia najmłodszego z Uzedów, Consalva może dopiero nabrać skrzydeł, ale tego już się z kart tej książki nie dowiemy, będziemy musieli zajrzeć do "Imperium", powieściowej kontynuacji "Wicekrólów".
wtorek, 16 czerwca 2026
Federico De Roberto, Wicekrólowie
sobota, 30 maja 2026
Teodor Parnicki, Srebrne Orły
Gdyby uczyć historii z powieści Teodora Parnickiego, może by Polacy zrozumieli, że Polska nie jest i nie była izolowaną od reszty świata wyspą, lecz elementem skomplikowanej mozaiki. Czasy, w których zapominano, że nie żyjemy w próżni i nie oglądano się na to, co dzieje się za miedzą, zawsze prowadziły do skutków dla Polski fatalnych.
Srebrne Orły są o potędze młodego państwa, którego władcy umieli się w skomplikowanej europejskiej układance odnaleźć. Niewiele zresztą mówi Parnicki o "Polakach". Z samym Chrobrym spotykamy się dopiero na samym końcu. Kto inny gra w tej powieści pierwsze skrzypce. Jest tu Otto III, Sylwester II, ich dworzanie i pomniejsi gracze europejskiej polityki. Poznajemy najpierw perspektywę cesarza i papieża, ale dowiadujemy się później, że spojrzeń na dzieje może być wiele, zależy kto i z jakiej pozycji patrzy. Pięknie napisana, ciekawa powieść. Moje trzecie spotkanie z Parnickim. Nieco mniej sensacyjna niż "Tylko Beatrycze", ale dorównująca jej językową elegancją, i świetnym historycznym przygotowaniem.
środa, 20 maja 2026
Petr Čornej, Rewolucja husycka
To bardzo ciekawy temat: zakończony niepowodzeniem ruch odnowy kościoła, swoisty falstart przed późniejszą o stulecie reformacją. Čornej zaczyna od rzetelnego, ciekawego wyłożenia przyczyn i przechodzi do opisu tego, co nazwał rewolucją (choć sam termin "rewolucja" jest wszak znacznie późniejszy niż wystąpienia husyckie). Nie starczyło już miejsca lub chęci na opis skutków wydarzeń w XV-wiecznych Czechach i - co szczególnie mnie zawiodło - niemal nie oddano głosu bohaterom tej książki.
O co poszło? Owszem, wymienia się w książce 4 artykuły praskie, ale streszczenie ich do zaledwie kilku zdań to chyba jednak za mało. Dowiadujemy się, że ruch nie był jednolity. Prawie nic na temat przyczyn podziału i tego, w jaki sposób przebiegał. Troszkę o taborytach, "sierotkach", potem znienacka wyskakują kalikstyni i de facto nie wiadomo, skąd się wzięli. Szczerze mówiąc, wolałbym, żeby takie rzeczy naświetlił mi autor zamiast opisywać kolejne bitwy, podawać daty i liczby zabitych.
Urzeka w książce to, że wykazano w niej, iż już w XV wieku istniał tak lubiany w Polsce bezpretensjonalny czeski humor.
Książkę Čorneja trzeba traktować jako wstęp do historii husytyzmu i, jeśli ktoś chce się dowiedzieć więcej na temat czeskiej reformacji, zdecydowanie powinien poszukać innych lektur.
wtorek, 5 maja 2026
Ákos Kertész, Makra
Ciekawie jest obcować z powieścią osadzoną w realiach tzw. demokracji ludowej, w środowisku robotniczym, które autor opisuje bez upiększeń, "po męsku". Może niektórych razić seksizm, androcentryzm, ale tytułowy bohater jest człowiekiem tamtych czasów, robotnikiem, a książka ma oddawać jego patrzenie na świat.
Wiadomo, że nie należy czytać notek wydawniczych na okładkach, ponieważ w większości naprowadzają czytelnika na mylne tropy. Trudno zgodzić się ze stwierdzeniem, że "Makra" to opowieść o człowieku, którego życiowa uczciwość doprowadza do przegranej.
Można darować sobie roztrząsanie kwestii uczciwości Makry. Lepiej do tej postaci pasowałyby określenia: nieprzystosowany, osobny, odrębny. Bohater przez całe życie musi wybierać pomiędzy życiowym maksymalizmem a kompromisami. Pierwsza opcja jest ryzykowna, bardziej egoistyczna, druga pozornie bezpieczniejsza, ale uniemożliwiająca osiągnięcie pełni szczęścia.
Jest być może Makra swoistym odbiciem Obłomowa, przy czym przegrana tego drugiego wynikała z gnuśności, zaś porażka Makry jawi się jako suma świadomości własnych ograniczeń oraz poczucia odpowiedzialności za innych.
Radykalna, konsekwentna postawa życiowa jest prawdziwą rzadkością. W powieści Kertésza realizuje ją Vali, która jednak pochodzi z burżuazyjnej rodziny i proletariacki lęk o jutro jest jej obcy. Stąpający mocno po ziemi Makra jest w mojej ocenie bliższy zwykłym zjadaczom chleba i może budzić sympatię pomimo swojej gwałtowności i surowości.
Zaskakuje zakończenie. Makra wydawał się silną osobowością. Być może zignorowałem sygnał, jakim była jego ucieczka z rodzinnych okolic i całkowite odcięcie się od dawnego życia. Druga ucieczka Makry była ucieczką ostatnią i przerażająco skuteczną.
sobota, 2 maja 2026
Jon Fosse, Nowe imię. Septologia 6-7
Stary malarz, który właśnie doszedł do wniosku, że namalował w swoim życiu wszystko co miał do namalowania, patrzy na morze. Jego myśli powracają jak fale i przeplatają się z modlitwą. Dopiero, gdy wyrywa się ze stuporu i wyrusza z sąsiadem do jego siostry na świąteczną kolację, gdzieś po drugiej stronie fiordu, narracja traci swoją falową regularność i rozpada się w końcowym, mistrzowsko napisanym monologu, w którym jednak swego rodzaju boją ratunkową pozostaje modlitwa.
W zakończeniu Septologii Fosse zatacza krąg, powraca do wspomnianych w pierwszych częściach osób (chłopiec, który zatonął wypadłszy z kutra) i motywów (Asle staje się obiektem niechcianego zainteresowania seksualnego). Jednocześnie finał ma charakter otwarty.
Jak to jest, że proza Fossego, medytacyjna, ascetyczna w warstwie fabularnej, stroniąca od eksperymentów formalnych (poza konsekwentną rezygnacją z interpunkcji innej niż przecinki) może tak wciągnąć czytelników i cieszy się - co widać po ocenach w serwisach czytelniczych - tak wielkim uznaniem? Wydaje się, że to właśnie swoista skromność, skupienie na rzeczach najprostszych i najważniejszych jest dla sukcesu norweskiego pisarza decydująca. Można w "Septologii" odnaleźć to, czego brakuje większości ludzi w dzisiejszym świecie: regularność, ukryte w powtarzalności bezpieczeństwo, umiejętność wsłuchania się w siebie.
Zabiegi, które Fosse stosuje, by ów efekt maksymalnego skupienia osiągnąć, to, według mnie, różnego rodzaju redukcje. W większości powieści autorzy unikają powtarzania tych samych imion. Fosse świadomie wybiera dla swoich postaci te same lub podobne imiona. Dwóch Asle, Asleik, Ales i Alice, Herdis i Hjordis, dwie Guro. Możemy przyjąć - dowolnie - że to ci sami bohaterowie, którzy wiodą równoległe życia lub, że to imiennicy, których losy się splatają. Inna redukcja dotyczy przestrzeni. Istnieje w zasadzie dom artysty, gdzieś na norweskim pustkowiu, parę punktów pomiędzy domem i miastem Bjorgvin (czyli Bergen). A w mieście, w którym bohater wciąż się gubi, istnieje dla niego (i dla nas) tylko kilka miejsc. Trafimy z Aslem do galerii Beyera, kościoła św. Pawła, hotelu Dom, Wąskiego Zaułka, kawiarni czy szpitala. Reszta przestrzeni niejako znika, a w wyobraźni zostaje nam coś tak sterylnego jak obrazy Edmunda Hoppera. Skoro zaś przy obrazach jesteśmy, warto wspomnieć, że Asle używa w pracy palety zaledwie kilku barw, wśród których dominuje szarość. To kolejna z redukcji.
Można podsumować tę twórczość kolokwialnym: mniej znaczy więcej. Wszak niewiele tworzywa wystarczyło do utkania siedmiu tomów wciągającej prozy.
@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@
wynotowane cytaty
Jon Fosse, Nowe imię. Septologia 6-7, Warszawa 2025 [wyd. ArtRage]
jeśli Bóg nie jest Bogiem wszechmocy, tylko raczej niemocy, to i tak jest obecny we wszystkim, co istnieje i we wszystkim, co się wydarza [s. 56]
niedziela, 26 kwietnia 2026
Do Czempinia
Słonecznie, wietrznie i zimno. Najbardziej wiało na moście Edwarda Raczyńskiego w Rogalinku. Za mostem pojawiła się nowa droga rowerowa, która - zdaje się - prowadzi aż do samej Mosiny. My jednak odbiliśmy w lewo nad Kanał Mosiński, gdzie mieliśmy mały popas. Zeszliśmy po skarpie na piaszczysty brzeg. Zza kanału dochodziły do nas przedziwne dźwięki. Rozpaczliwe zawodzenie okazało się odgłosem drona na wietrze.
W Sowińcu zastanawialiśmy się nad maścią pasących się tam koni. Karogniade, kasztany, gniade? Potem odbiliśmy w las. Wszędzie sucho, dość piaszczysto, wreszcie dojechaliśmy do szosy na Żabno. Zwiedzanie kościoła, potem cmentarza ewangelickiego, a potem przez las za cmentarzem. Cudny ten las, miejscami taka świetlista dąbrowa. Odbijamy na Górkę i Przylepki. Na skraju lasu pole konwalii dopiero co wyrosłych z cebulek. Długa aleja lip doprowadza nas prawie do samej wsi.
W zakrzaczonym parku ruina pałacu. Stamtąd równie przyjemną drogą zmierzamy do Brodnicy. Szary Nepomucen wita nas na początku wsi, dobrze się wkomponowuje w szary betonowy płot. Oglądamy pałac, kościół, grób Wybickiego, a potem położony w innej części wsi cmentarz. Jego osobliwością jest spora górka położona w środku tej nekropolii. Na szczycie same groby dziecięce i jeden stary grobowiec Kazimierza Sedlaka, dyrektora dóbr brodnickich.
Droga na Kopyta. Wąska, przyjemna. Samotny żuraw podrywa się do lotu. Po drodze dwa domki ukwiecone tulipanami we wszystkich kolorach. Mijamy szosę śremską, stare tory kolejowe. Ani śladu prac nad przywróceniem ruchu. Kawałek dalej przy kapliczce upamiętniającej koniec wojny (1945) odbijamy w prawo, w aleję, która prowadzi do Rakówki. Majątek utrzymany pięknie. Ktoś kupił i mieszka. Okrążamy go i polną drogą zmierzamy w stronę Gorzyczek.
Kiedy ostatnio przejeżdżaliśmy tędy, nie chciałem wjechać do folwarku. Tym razem na szczęście wjechałem, by podziwiać olbrzymi platan rosnący przy opuszczonym pałacu. Zabudowania folwarczne też ładne. Niestety zamarudziliśmy i nie starczyło czasu na zwiedzanie Borowa i pałacu w Czempiniu. Walcząc z wiatrem gnaliśmy na dworzec, by złapać pociąg z Czempinia do Poznania.
sobota, 25 kwietnia 2026
Han Kang, Nie mówię żegnaj
Poetycka, piękna, ale też trudna, wymykająca się gatunkowym klasyfikacjom. Taka jest ostatnia jak do tej pory powieść Han. Autorka wciąga czytelnika w tę lekturę intrygując stanem głównej bohaterki - narratorki. Wiemy, że przeżywa swego rodzaju kryzys, izolację, doprowadza się do abnegacji. Dręczą ją sny. Z tego stanu wyrywa ją przyjaciółka, która trafiła do szpitala. Narratorka jedzie na wyspę Czedżu zaopiekować się papużką chorej. Rozpoczyna się znakomicie opisany, pełen napięcia wyścig z czasem.
Kiedy bohaterka trafia na miejsce, bieg powieści rwie się na achronologicznie ułożone fragmenty. Narratorka sama, a co za tym idzie także czytelnik, traci orientację. Nie wiemy już, czy poruszamy się w świecie realnym, czy w świecie duchów. I właśnie w takim stanie bohaterka zaczyna poznawać tragiczną historię wyspy Czedżu, na której w 1948 r. doszło do ludobójstwa. Miejscami mamy teraz właściwie do czynienia z czymś, co przypomina literaturę faktu. Przytaczane są wypowiedzi świadków tamtych wydarzeń, a zadaniem narratorki jest upamiętnienie zamordowanych.
Bohaterka broni się przed tym. To wszak zadanie bardzo kosztowne emocjonalnie. Nie powinna nas zatem dziwić rwana opowieść, która zapewne ma odzwierciedlać rozterki i trudności narratorki.
To gatunkowe przełamanie, które następuje mniej więcej w połowie książki, może niektórych czytelników rozczarować. Skoro jednak Han Kang wybrała jako temat tak trudny rozdział dziejów Korei, nie powinno zaskakiwać, że zrezygnowała z przeprowadzenia odbiorców przez tę historię w bezpiecznej epickiej formie. Lektura jest wyzwaniem, które warto podjąć, choćby dlatego, że w naszej europejskiej świadomości tematy poruszane w "Nie mówię żegnaj" właściwie nie istnieją.
poniedziałek, 20 kwietnia 2026
Percival Everett, James
Pobieżnie przejrzałem opinie na temat tej książki: wtórna wobec "Przygód Hucka Finna", brakuje humoru Marka Twaina. Proponuję zapomnieć o Twainie i czytać "Jamesa" bez kontekstu. Oddać głos tytułowemu bohaterowi, niewolnikowi, który u Twaina jest postacią drugoplanową i poznać historię opowiedzianą z punktu widzenia czarnego mieszkańca Południa. Nie bez znaczenia będzie tu fakt, że autor sam jest Afroamerykaninem.
Warto przy tym zwrócić uwagę na warstwy, z których Everett zbudował swoją powieść. Pierwsza z nich to fabuła - atrakcyjna, łotrzykowska historia pełna zwrotów akcji i niebezpieczeństw. Druga to język. Czarni mówią inaczej niż biali. James, niewolnik, który sam nauczył się czytać i pisać, potrafi jednak posługiwać się językiem literackim. Biali zaś nie potrafią mówić jak czarni. James ma świadomość, że język jest czymś, co odgradza panów od niewolników. Można odnieść wrażenie, że choć specyficzny dialekt widzimy jako cechę przynależną stanowi niewolniczemu, to jest on również swego rodzaju azylem, w którym James i jego pobratymcy czują się bezpiecznie.
Trzecia warstwa polega na próbie przyjrzenia się transgresjom, przekraczaniu granicy pomiędzy wolnością i jej brakiem. Zasadniczym problemem tych transgresji jest niemożność wyobrażenia sobie funkcjonowania w świecie, w którym nie ma podziału na wolnych i zniewolonych. James, znajdując się w sytuacjach zbliżonych do wolności, na przykład wtedy, gdy udaje mu się zdobyć rewolwer, wydaje się bardzo zagubiony, nie wie jak działać i co z przytrafiającymi mu się namiastkami wolności począć. Również białym nie mieści się w głowie konfrontacja z czarnymi, którzy zachowują się jak wolni ludzie. To chyba najciekawsze, co możemy odnaleźć w powieści Everetta.
Mamy jeszcze warstwę czwartą, zaledwie naszkicowaną, ale skłaniającą do refleksji. Gdzie należy (i czy w ogóle trzeba) postawić granicę pomiędzy czarnymi i białymi? Uwarunkowania biologiczne, mieszanie się "ras", wielość odcieni "czerni" ową granicę upłynnia. Jest u Everetta postać Normana, niewolnika, po którym nie widać afrykańskiego pochodzenia (podobną figurę odnajdziemy też np. u Faulknera w "Światłości w sierpniu"). Sam Huckleberry Finn - jak sugeruje James - również ma domieszkę niewolniczej krwi.
Zakończenie powieści będące swego rodzaju preludium wolności nie jest jednoznacznym rozwiązaniem fabuły. Podobnie zniesienie niewolnictwa nie zakończyło historii rasizmu w Ameryce. Doskonale wiemy, że część ludzi potrzebuje wyraźnych granic. Dlatego warto czytać książki, które pomagają owe granice zacierać i do nich właśnie należy "James" Percivala Everetta.
czwartek, 16 kwietnia 2026
James Schuyler, Co na kolację
Ależ to się czyta! Już w połowie książki można odczuwać żal, że zbliżamy się do końca. Żeby wzbudzić podziw czytelnika nie trzeba wcale - jak udowadnia Schuyler - szczególnie atrakcyjnej czy skomplikowanej fabuły. Można przyjrzeć się codzienności przeciętniaków prowadząc stylistyczną grę z tym, co się opisuje.
Dostajemy obrazek gdzieś z Ameryki lat siedemdziesiątych. Trzy domy: rodzina z bliźniakami i babcią, bezdzietne małżeństwo oraz "wesoła wdówka". Schuyler redukuje do minimum opisy, za to rozwija mistrzowskie dialogi. Bohaterowie "Co na kolację" mówią wyświechtanymi frazesami, produkują słowną watę, która przypomina język reklam telewizyjnych obrazujących idealny, szczęśliwy świat, gdzie problemem mogą być jedynie trudno schodzące plamy lub rozdwajające się końcówki włosów. Efekt tego zabiegu jest paradoksalny - autorowi udaje się znakomicie sportretować amerykańskie społeczeństwo. Czytelnik musi domyślić się w tych zabawnych rozmówkach fałszu, sztuczności i nieadekwatności do sytuacji, które spotykają bohaterów (uzależnienia, pobyt w szpitalu psychiatrycznym, zdrada małżeńska). Autor puszcza do nas oko w końcówce. Bohaterom na krótką chwilę opadają maski, ale natychmiast wszystko powraca do normy.
Lektura zabawna, dziś już nieco "retro", ale przecież dawne czasy i ich niepowtarzalny styl mają dla wielu czytelników niezaprzeczalny urok.
wtorek, 14 kwietnia 2026
Jean-Baptiste Andrea, Czuwając nad nią, Kraków 2024 [wyd. Znak]
To niestety czytadło, nieco ambitniejsze, dobrze napisane, ale jednak czytadło. Są takie książki, które sprawiają, że czytelnik zaczyna podejrzewać autora o ukryty zamiar stworzenia kanwy potencjalnego scenariusza filmowego. To jest właśnie ten przypadek. Dzieje Mima Vitalianiego aż się proszą o przeniesienie na duży ekran. A gdyby jeszcze głównego bohatera zagrał Peter Dinklage, to ohoho! Autor powiela tu dość zgrany motyw niezwykle utalentowanego karła, który udowadnia, że wzrost nie ma znaczenia na drodze do sukcesu lub miłości. To efektowne, ale w sumie mało oryginalne.
Polski czytelnik ma okazję często obcować z literaturą osadzoną w realiach narodowego socjalizmu w niemieckiej wersji. Włoski faszyzm to już w zasadzie egzotyka, dlatego historia, która dzieje się w epoce Mussoliniego, może nas zaciekawić. Polityka toczy się jednak gdzieś na marginesie, drugi margines tej opowieści to meandry spraw kościelnych (na kartach pojawia się sam Pius XII). Pomiędzy nimi zaś lawiruje Mimo. Włoskie klimaty, sielski obrazek liguryjskiej prowincji to elementy, które powieści tej należy zaliczyć na plus.
Próby uciekania się do chwytów realizmu magicznego wychodzą natomiast tej powieści na złe. Historia o podziemnym mieście, uśmiercenie całej Pietra d'Alby w trzęsieniu ziemi i pompowanie tajemnicy wokół ostatniej rzeźby Mima - niezwykłej Piety - trącą nieco pretensjonalnością.
Książkę czyta się bardzo szybko. Fabuła wciąga, więc można ją polecić jako lekturę dla rozrywki. Jeśli oczekujemy czegoś więcej, poszukajmy gdzie indziej.
#####################
Wynotowane cytaty
Dopiero dzisiaj zdaję sobie sprawę, jak wiele piękno dnia zawdzięcza przeczuciu nocy. [s. 34]
Chciałam ci pokazać, że nie ma granic. Nie ma rzeczy niskich ani wysokich. Wielkich ani małych. Każda granica jest wymysłem człowieka. [s. 160]
Mnie też się kiedyś zdawało, że mam talent. Lecz od tamtej pory zrozumiałem, że nie można m i e ć talentu. Talentu się nie posiada. To obłok pary, który przez całe życie usiłujesz zatrzymać. A żeby coś zatrzymać, trzeba mieć dwie ręce. [s. 208]
czwartek, 9 kwietnia 2026
Bill Gaston, Bogowie pokazują klaty, Warszawa 2019 [wyd. Marginesy]
Zauważam taki trend, w który wpisują się często twórcy opowiadań. Należy opisać codzienność bliską czytelnikowi i ten oswojony świat na tych kilkunastu-kilkudziesięciu stronach zaburzyć czymś nieoczekiwanym. U Gastona są to często - używając określenia Krzysztofa Majera, tłumacza i osoby, która dokonała wyboru opowiadań do tego tomu - epifanie. Czasem taka epifania robi spektakularne wrażenie. Można na przykład trafić na wieczór autorski, który przeciąga się do ranka i zamienia w pojedynek pisarz - słuchacz (jedyny, który wytrwał i nie opuścił kilkugodzinnej improwizacji autora). Można twierdzić, że jest się synem Malcolma Lowry'ego. Można też w łódce na środku jeziora zabić wiosłem dwoje współpasażerów. Nie można odmówić Gastonowi pomysłowości. Epifanie mają jednak to do siebie, że zdarzają się rzadko. Jeśli upchniemy je w kilkunastu opowiadaniach, mogą znużyć. Dla lepszej recepcji twórczości Gastona byłoby może korzystniej wydać zbiór mniejszy. Przeczytanie tej pozycji na jeden raz staje się bowiem trudnym wyzwaniem czytelniczym, zwłaszcza jeśli spotyka się na kartach książki postaci i motywy dość podobne do siebie.
%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%
- Wstyd to zaparcie, stwierdziła Lulu. A zażenowanie to grzech. [s. 172]
- Nieśmiałość zmienia łebskich ludzi w leszczy. [s. 173]
niedziela, 5 kwietnia 2026
Walter Kempowski, Wszystko na darmo
Zbeletryzowana relacja z ostatnich dni pewnej rodziny gdzieś w Prusach Wschodnich oraz późniejszej ewakuacji. Poprowadzona dość szeroko, nie wiadomo zatem, kto z całego pocztu postaci jest tu głównym bohaterem. Okazuje się niemal pod koniec, że jest nim Peter, specyficzny dwunastolatek, którego można by określić mianem osoby w spektrum autyzmu. Żyjący w swoim świecie, odizolowany od rówieśników, z nieodłącznym mikroskopem, reaguje dziwną obojętnością na aresztowanie matki, a potem śmierci kolejnych bliskich mu osób: cioteczki i nauczyciela Wagnera. Peter jest właściwie antybohaterem. W zbiorowisku uciekinierów opuszczających Heimat jest jedyną postacią poruszającą się bez żadnego celu. Swoistą "nieżyciowość" odziedziczył zapewne po matce, która przypomina Leni z "Portretu grupowego z damą" Heinricha Bölla. Pojawia się tu nawet taki sam motyw czytania przez bohaterkę zakazanych książek. U Bölla był to Kafka, a u Kempowskiego Zweig.
W pamięci mam świetną powieść Armina Müllera "Lalkarz König i ja. Powrót na Dolny Śląsk", która również opisuje "odyseję" kilkunastoletniego chłopca w ostatnich dniach wojny. Tu bohater budzi sympatię i jest zdecydowanie dojrzalszy i bardziej zaradny niż Peter. Powieść Müllera czyta się miejscami jak powieść sensacyjną. Kempowskiemu przyświecał, jak się zdaje, inny cel.
Autor bardzo dokładnie, dokumentalnie wręcz opisuje pruski mikroświat (jesteśmy niemal w stanie wymienić cały inwentarz należący do rodziny von Glaubig) oraz postawy społeczne. Fanatycznego nazizmu, przekonań o wyższości kulturowej i rasowej nie rewiduje u Niemców nawet nieuchronnie nadciągająca klęska. Ten fenomen, opisywany zresztą wielokrotnie, nieodmiennie mnie zdumiewa.
Nie odnajdziemy w powieści Kempowskiego figury szlachetnego Niemca, znanej np. z powieści Fallady, Hegi czy Kirsta. Napotykamy wprawdzie bohaterów idących pod prąd, ale daleko im do nieskazitelności. Pastor Brahms zaangażowany w ukrywanie Żydów okazuje się postacią moralnie niejednoznaczną, a matka Petera zostaje wciągnięta w pomoc Żydom przez przypadek i nie do końca świadomie. Większość sportretowanych tu osób to indywidua zdecydowanie nieprzyjemne. Bałtycki baron poniewiera żonę. Przyjmowana w dworze von Glaubigów skrzypaczka rozpuszcza nieprawdziwe pogłoski o ich niegościnności. Duchowni na bakier z przykazaniem "nie kradnij". Tępi, prymitywni funkcjonariusze partyjni. Brutalna szczerość, z jaką potraktował Kempowski rodaków, stanowi jednak zaletę książki.
środa, 1 kwietnia 2026
Antoine Laurain, Kwiaty z cukru
Lektura lekko irytująca. Autor zdecydował się na zobrazowanie środowiska wydawniczego, wiele czasu poświęcając grafomanom, którzy posyłają do wydawnictw swe dzieła i recenzentom, którzy owe dzieła bezlitośnie odrzucają, nie szczędząc kąśliwych uwag. Cóż w tym irytującego dla czytelnika? Otóż to, że wiele takich uszczypliwości można powiedzieć o "Kwiatach z cukru". Laurain naprawdę popełnia grzeszki dyletantów. Te wszystkie dopowiedzenia, dosłowności, a do tego pokręcona fabuła będąca jakąś kontaminacją harlequina i kryminału...
Na plus trzeba zaliczyć tej książce, że potrafi czytelnika wciągnąć, a główna bohaterka, Violaine Lepage zaskakuje nas aż do ostatnich stronic. Szkoda, że nie streszcza się kryminałów. Wierny, krótki opis fabuły mógłby ustrzec przed tą powieścią czytelników bojących się kiczu.
4/10
wtorek, 31 marca 2026
Annie Ernaux, Lata
Dzieło Ernaux to dość popularne we francuskiej literaturze autobiograficzne spojrzenie na tamtejsze społeczeństwo z pozycji osoby wywodzącej się z tzw. klas niższych. Mamy tu jednak do czynienia z czymś zupełnie innym niż np. dość głośne, również w Polsce, książki "Powrót do Reims" Didiera Eribona i "Koniec z Eddym" Édouarda Louisa. Panowie skupiali się bardzo na swoich historiach i opisywali wyzwolenie, jakie przeszli zrywając ze swoim prowincjonalnym pochodzeniem.
U Ernaux nie ma "ja". Jeśli jest pierwszoosobowa narracja, to w liczbie mnogiej "my". Równie często autorka stosuje formy bezosobowe. Wypowiada się w imieniu całego pokolenia i całej grupy społecznej, którą możemy zdefiniować jako lewicową klasę pracującą. Sobie samej poświęca czas opisując jedynie stare fotografie.
Jest tu kawał historii powojennej Francji. Razem z bohaterką przechodzimy przez trudny czas powojenny, polityczne wstrząsy, rewolucję seksualną, panikę związaną z AIDS, wreszcie cyfrowe przyspieszenie XXI wieku. Jest tu miejsce, by wspomnieć Piaf, Brassensa, Brela, Fernandela, Bourvila obok de Gaulle'a, Mitteranda, Chiraca. Jest odnalezienie się w roli matki, ale i pragnienie, w dużej mierze zrealizowane, seksualnej swobody, na której nie kładzie się już obawa o niechcianą ciążę.
W tej rekapitulacji powojennych czasów wielu czytelników i czytelniczek może odnaleźć siebie. To zapewne jest moc tej książki nie będącej wszakże literaturą wymagającą.
@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@2
Wynotowane cytaty wg A. Ernaux, Lata, Wołowiec 2022 [wyd. Czarne]
Nie mogły przeboleć, że nie urodziły się jeszcze albo właśnie wtedy, gdy trzeba było tłumnie wyruszyć na drogi i spać po stodołach jak Cyganie. Będą uparcie żałować tego nieprzeżytego czasu. Pamięć innych przekazywała im tajemną tęsknotę za epoką, na którą o mały włos się nie załapały, i nadzieję, że pewnego dnia jej doświadczą. [s. 21]
Każdemu, niezależnie od tego, czy był intelektualistą, czy nie, jeśli tylko reprezentował jakąś grupę, kondycję, rodzaj niesprawiedliwości, wolno było się wypowiedzieć i zostać wysłuchanym. Gdy się coś przeżyło jako kobieta, homoseksualista, uciekinier ze swojej klasy, więzień, chłop, górnik, miało się prawo mówić "ja". Podniecające stało się myślenie o sobie w kategoriach zbiorowości. [s. 102]
Albo jechali na wakacje do krajów Europy Wschodniej. Na szarych ulicach, przed znacjonalizowanymi sklepami, w których nieliczne pozbawione etykiet towary pakowano w szary papier, w mieszkaniach oświetlonych wieczorem jedynie zwisającymi z sufitów nagimi żarówkami mieli wrażenie, że podróżują po niespiesznym, pozbawionym wdzięku świecie lat powojennych, gdzie brakuje prawie wszystkiego. Było to słodkie i niewypowiedziane uczucie. Nigdy nie chcieliby jednak tam zamieszkać. Przywozili haftowane koszule i rakiję. Chcieli, żeby zawsze istniały gdzieś kraje,w których nie dokonuje się postęp i które pozwalałyby się im przenosić w przeszłość. [s. 109]
W domach spokojnej starości przed wyblakłymi oczami starych kobiet przesuwał się nieustający ciąg reklam zachwalających produkty, których niezbędności nigdy nie podejrzewały i których nie miały szansy kiedykolwiek użyć. [s. 215]
poniedziałek, 30 marca 2026
Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,
Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania tych najgłośniejszych dzieł. Mówi się zatem o takich instalacjach jak "Piramida zwierząt", "Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich" czy "Lego. Obóz koncentracyjny", ale widzowie muszą je sobie przypomnieć lub - jeśli ich nie widzieli - wyobrazić. Spektakl Michała Borczucha i Mateusza Górniaka mówi zresztą nie tylko o samych dziełach, ale również o procesie twórczym oraz odbiorze artystycznych wytworów przez publiczność. Mamy tutaj także próbę sportretowania środowiska, skupioną zwłaszcza na tzw. "Kowalni" czyli pracowni Grzegorza Kowalskiego, mentora takich artystów jak Katarzyna Kozyra, Artur Żmijewski czy Paweł Althamer.
Materia to dla twórców niełatwa, ale efekt znakomity. Spektakl wciąga bowiem od samego początku. Duża w tym zasługa Małgorzaty Zawadzkiej, która jako Kozyra wprowadza nas powoli w uniwersum twórcy.
Spektakl jest napisany z dużym znawstwem, choć autora w momencie powstawania głośnej pracy Kozyry nie było jeszcze na świecie. Nie dostrzeżemy też w tekście Górniaka i spektaklu Borczucha hołdu dla polskiej sztuki współczesnej. Jest raczej spojrzenie pełne ciekawości, pozwalające również na krytykę. Można, jak sportretowany w sztuce lekarz zapytać, komu to wszystko potrzebne, na co idą nasze podatki i ilu pacjentom można by pomóc, gdyby budżety publicznych galerii przeznaczyć na służbę zdrowia. Można też zadać sobie pytanie, czy to, co oglądamy w galeriach, jest efektem świadomych działań, czy raczej wypadkową dość chaotycznych i nieprzemyślanych przedsięwzięć artystów. Zdaje się, że to widzowie dopowiadają twórcom - także w sztuce Górniaka/Borczucha - czego należy szukać w ich dziełach. Nie można jednak odebrać wspomnianym plastykom, iż ich twórcze działania wywoływały wiele dyskusji, fascynowały, stawiały pytania i kształtowały kulturalny obraz Polski. Warto zatem poszukiwać, eksplorować i zabiegać o twórczą wolność. Próbują to robić sami twórcy Starego Teatru w Krakowie, kończąc spektakl czymś na kształt tanecznego performance'u. Nie do końca wiadomo, o co w nim chodzi. Każdy może poszukiwać w nim własnych odpowiedzi. Ten swoisty teatralny reportaż o polskiej sztuce staje się w ten sposób dość abstrakcyjnym dziełem sztuki. Dzieło zaś jednocześnie przemienia się w tworzywo.
"Piramida zwierząt" to jeden z najciekawszych eksperymentów, jakie w ostatnim czasie widziałem na polskich scenach.
wtorek, 24 marca 2026
Lawrence Durrell, Kwartet aleksandryjski. Justyna
Czytamy zapewne o mieście, którego już nie ma. Durrell opisuje Aleksandrię w przededniu II wojny światowej, choć więcej czasu niż samemu miastu narrator poświęca kręgowi przyjaciół. Mamy do czynienia z miłosnym kwadratem i jego rozpadem. Ambicją autora jest dokonanie swego rodzaju wiwisekcji uczuć, ale ten zamiar i sposób jego realizacji okazuje się słabością tej książki. Musimy bowiem przedzierać się niekiedy przez stronice wypełnione ocierającymi się o pretensjonalność złotymi myślami.
Ciekawie robi się wtedy, gdy Durrell zabiera nas w miejsca, w których możemy zasmakować lokalnego kolorytu, np. do razury Mnemdżiana, cyrulika, który zna wszystkie tajemnice miasta, do oazy będącej zamiejską posiadłością Nessima, a nawet nad jezioro Mariut, nad którym odbywa się polowanie na kaczki.
Dzisiejszego czytelnika mogą również razić stwierdzenia mocno patriarchalne. Pamiętam, że uderzyło mnie stwierdzenie, iż inteligencja kobiet polega na przyswojeniu sobie wybitnych myśli wytworzonych przez mężczyzn.
@@@@@@@@@@@@@@@@@
Wynotowany cytat za Poznań 2017 [wyd. Zysk i s-ka] tłum. M. Skibniewska
Wszyscy szukamy racjonalnego uzasadnienia dla naszej wiary w absurd. (s.111)
poniedziałek, 9 marca 2026
Clemens J. Setz, Pociecha rzeczy okrągłych
Ciekawy, choć według mnie nierówny zbiór opowiadań, którego największą siłą jest umieszczanie bohaterów poszczególnych historii w sytuacjach, które z jednej strony można sobie z łatwością wyobrazić (bo są całkiem możliwe), ale z drugiej wydają się całkowicie niespotykane. Autor musiał przed napisaniem tych opowiadań mocno pogłówkować, by takie sytuacje skonstruować. Z zawartych w tym tomie dwa utwory wydają mi się najciekawsze.
Pierwszy to historia romansu pewnego barmana i jednocześnie pedla z niewidomą kobietą. Odwiedzając ją w domu odkrywa, że poprzedni partnerzy zabazgrali kobiecie mieszkanie obraźliwymi napisami, których ta nie jest w stanie przeczytać. Nasz bohater nie wie, jak się zachować, więc przemilcza sprawę, która cały czas go dręczy.
Drugi jest zapisem rozmowy dyrektorki szkoły i ojca jednego z dzieci. Zadaniem dyrektorki jest nakłonienie rodziców do zakupienia fotografii zbiorowej, na której jest jedno z dzieci z mocno widoczną - domyślamy się - niepełnosprawnością. Nikt nie ma problemu z obecnością tego dziecka w szkole, ale równocześnie nikt nie chce zdjęcia z tym dzieckiem. Zarówno dyrektorka, jak i ojciec są świadomi, że prowadzą grę pozorów, a rozmowa, która kończy się niczym, musi się odbyć.
Jak zwykle męczyłem się przy eksperymentach językowych. Jedno z opowiadań w całości napisane jest w stylizacji mającej naśladować wypowiedź kogoś, kto niedostatecznie opanował język niemiecki. Skupianie się na sensie wypowiedzi odciąga zaś uwagę od sedna tego opowiadania.
poniedziałek, 23 lutego 2026
Bruno Schulz. Fetyszysta, Teatr im. Fredry w Gnieźnie, scen. i reż. Jan Jeliński
To jeden z tych spektakli, w których trzeba najpierw przejść przez mękę, by ostatecznie doświadczyć satysfakcji z całości. Całe szczęście nie była to adaptacja opowiadań Schulza, lecz próba opowiedzenia o tym artyście (nie tylko jego twórczości, ale także życiu) z perspektywy dzisiejszego odbiorcy.
Do świata Brunona Schulza Jan Jeliński wprowadza nas przez "Sklepy Cynamonowe", spotykamy Adelę, ojca, matkę. Nikt jednak nie kreuje na scenie magicznej atmosfery galicyjskiego miasteczka. Środki aktorskiego wyrazu są na wskroś współczesne, scenografia raczej abstrakcyjna (w każdym razie nie schulzowska), a całość opowiadana jest przede wszystkim z perspektywy trzecioosobowego narratora z mocno zredukowaną akcją sceniczną. Zakładam, że większość widzów (w tym piszący te słowa) spodziewała się jednak czegoś innego i do pewnego momentu odczuwała swego rodzaju znużenie.
Ale gdzieś w połowie powoli następuje coś, dzięki czemu spektakl nabiera innego wymiaru. Zamiast na schulzowskim uniwersum reżyser i scenarzysta zaczyna skupiać uwagę po prostu na Brunonie. Mam wrażenie, że Jan Jeliński stawia pytanie, co w Schulzu mogłoby naprawdę zaciekawić Polaków i Polki w XXI wieku. Odpowiedź może brzmieć: Schulz bez osłonek, opowiedziany wprost, pokazany poprzez motywacje niezaciemnione, szczere. Chodzi tu o dotarcie do intymnych szczegółów pomijanych lub wręcz ukrywanych przez promotorów jego twórczości. Jeliński mówi przy tym wprost, że jest to tylko jedna z możliwych interpretacji tej postaci i jej twórczości.
Dzięki tej wiwisekcji Schulza wykonywanej z pozycji odległych o niemal 100 lat tekst dramaturgiczny zaczyna nabierać rumieńców. Wspomaga go również atrakcyjnie aranżowana wizualna strona spektaklu. Przy zastosowaniu stricte teatralnej maszynerii udaje się przenieść widzów do zimowego Zakopanego, a dzięki dobrze wplecionym w sceniczną akcję materiałom video odwiedzamy sypialnię Zofii Nałkowskiej. Zaludnienie sceny postaciami takimi jak właśnie Nałkowska, Witkacy czy Jerzy Ficowski jeszcze bardziej wzbogaca spektakl, dodaje pikanterii i jest również źródłem humoru.
Jest to też przedstawienie dobrze zagrane. Odważnie wciela się w Brunona Michał Karczewski tworząc bohatera świadomego swoich potrzeb, ale potrzebującego również więzi z drugim człowiekiem. Wrażenie robią bardzo intymne sceny z Nałkowską (Joanna Żurowska). Mroczną atmosferę wypełnioną miazmatami popędów i zahamowań kontrują komiczni Witkacy (Mateusz Korsak) i Ficowski (Maciej Hanczewski). Wśród postaci z opowiadań Schulza na czoło zdecydowanie wybija się Wojciech Siedlecki (ojciec).
piątek, 20 lutego 2026
Edmund White, Hotel de Dream
Apokryficzna opowieść o ostatnich dniach Stephena Crane'a. Zamysł ciekawy: pod koniec XIX wieku istniały granice, których nie mogli przekraczać nawet pisarze nurtu naturalistycznego. Choć pisywano i wydawano literaturę o ludziach ze społecznego marginesu, w tym o kobietach lekkiego obyczaju, nie do pomyślenia było wydanie w oficjalnym obiegu książki o prostytuujących się mężczyznach. Nie wiadomo nic, by spod pióra Crane'a wyszło coś na ten właśnie temat, ale White zadaje pytanie, czy przedwcześnie zmarły pisarz mógł interesować się tymi kwestiami. Dwukrotnie w "Hotelu de Dream" pojawia się motyw zniszczenia historii o męskiej prostytutce. Najpierw do zniszczenia dzieła na ten temat namawia Crane'a James G. Hunneker, później zapiski zmarłego niszczy sam Henry James.
Pomysł na swoją powieść zaczerpnął White właśnie z lakonicznej wzmianki Hunnekera, krytyka i przyjaciela Crane'a o przypadkowym spotkaniu autora z chłopakiem - pierwowzorem Elliotta. Wszystko, co mamy dalej w "Hotelu de Dream" to wyłącznie fantazja White'a.
Niestety z ciekawego zamysłu, by dopuścić do głosu, to co przed stu laty wyartykułowane zostać nie mogło, wyszedł produkt literacko rozczarowujący. Historia Elliotta i Theodore'a jest pospolita i mało wciągająca. Niewiele odkrywamy również w biograficznym wątku poświęconym Crane'owi. Za największą wartość "Hotelu de Dream" uznać możemy próbę przypomnienia czytelnikom postaci nieco zapomnianego już dziś autora "Szkarłatnego godła odwagi".
niedziela, 15 lutego 2026
Carlo Emilio Gadda, Poznawanie cierpienia, Warszawa 2016 [wyd. PIW]
Interesująca w tej książce jest jej konstrukcja. Główny wątek powieści dotyczy relacji matki i jej 45-letniego neurotycznego syna. Opowiedziana historia kończy się śmiercią kobiety, w której udział syna jest co najmniej niejasny (z nieopublikowanego zakończenia wynika ponoć, że to nie on zabił matkę). Gadda kreśli dość szeroki kontekst tej niezbyt obfitej fabuły. Mamy więc opis obywatelskiej straży pilnującej lokalnych domostw przed złodziejami. Podejrzewamy, czy abonament, który owej straży należy uiszczać, nie jest czasem haraczem... Zanim poznamy relację syna i matki przyglądając się tej dwójce bezpośrednio, dowiadujemy się co nieco od innych. Służba daje złe, ale raczej zgodne z prawdą świadectwo o synu, miejscowy lekarz próbuje go wybielać.
Tę, jako się rzekło skromną fabułę wypełnia autor barokowymi wręcz opisami, nie przeoczając żadnych drobiazgów. Pełno tu dygresji, zabaw słowami, refleksji uciekających gdzieś w rejony filozofii. Wszystko to jest dla czytelnika wielkim wyzwaniem. Brakuje jednak chyba motywu, który nieuchronnie rozpraszaną uwagę czytelnika przyciągał z powrotem do kart tej książki. Być może tym, którzy w matce lub synu odnajdują refleksy własnego życia, lektura ta może przynieść więcej satysfakcji. Mnie nieco znużyła.
@@@@@@@@@@@@@@@@
wynotowane cytaty
Och, światło wzdłuż drogi pokoleń!... które cofa się, cofa... pozbawione blasku... światło niezmiennych przeobrażeń. Ale w ciągu dni, w duszach, jakaż twórcza nadzieja!... i abstrakcyjna wiara, uparta miłość. Każde działanie jest obrazem, ... chustą, godłem, chorągwią na wietrze... Światło, światło cofa się... a podjęte dzieło wzywa naprzód, naprzód swoich walecznych: aby dotrzeć do pierzchającego zachodu... I bolesny jest oddech pokoleń, z nasienia w nasienie, z herbu w herb. Aż po wątpliwą metę. [s. 55]
- Sen?... A cóż panu szkodzi sen? To wewnętrzny niepokój, chwilowe urojenie...
- Nie wiem, doktorze; widzi pan... śnić to może zapomnieć, przestać istnieć! Odrzucić sklerotyczne wyobrażenia dialektyki, patrzenie na wszystko poprzez siłę...
- Poprzez siłę?... jaką siłę?
- Systematyzującą siłę charakteru... tę chwalebną lampę naftową, która dymi nam w środku... i filuje...i robi nas czarnymi od kłamstw, od środka... kłamstw godnych uznania, tłustych, jak najkłamliwszych... i ma dobre zdanie o sobie, tylko o sobie... Ale sen to głęboka rzeka, która spływa z dalekiego źródła, a rano aż kipi prawdą... [s. 93]
wtorek, 3 lutego 2026
Der Besuch der alten Dame, Schauspiel Leipzig
Szwajcarski klasyk w wersji przeniesionej do naszych czasów. Jak wyglądałaby wizyta Klary Zachanassian dziś? Zapewne byłaby relacjonowana przez social media. Na spektaklu przygotowanym przez lipski zespół musimy więc równolegle śledzić akcję sceniczną i zrzuty wyświetlaczy telefonów, które mają przy sobie wszyscy aktorzy. Dla starszych widzów bywa to wyzwaniem, młodzież (a tej na widowni było bardzo dużo) nie ma z tym problemu.
Szczęśliwie Nuran David Calis potrafił dobrać odpowiednie proporcje wirtualnej domieszki do tradycyjnego teatru. Przedstawienie ma momenty "cyfrowego detoksu", spowolnienia i refleksji. Do takich, pięknych wizualnie, scen należy samochodowa przejażdżka Alfreda Illa z rodziną czy przechadzka Alfreda i Klary w miejscowym lesie.
Użycie telefonów wyposażonych w aplikacje społecznościowe wnosi jednak do spektaklu swoisty ładunek. Czytanie hejtu, który wylewa się na Alfreda Illa w wyniku ujawnionych przez Klarę rewelacji sprzed 40 lat, jest doświadczeniem dojmującym. Postać sklepikarza stała nam się już w pewien sposób bliska. Bliska na tyle, by skierowana przeciw niej cyfrowa nagonka przestała być wydarzeniem abstrakcyjnym, a stała się czymś, co dotyka kogoś, kogo znamy. To właśnie Ill stoi w centrum dramatu Dürrenmatta, choć jest bohaterem uprzedmiotowionym i biernym. Akcja toczy się wokół niego i w większości bez jego udziału. Odtwarzający tę postać Roman Kanonik odnalazł w Illu zaskakująco wiele odcieni. To wielka sztuka wyposażyć bohatera w cechy, których nie da się explicite wywieść z lektury tekstu dramatycznego. Nie widzimy więc na scenie tylko cwaniaczka i tchórza, który w młodości popełnił podłość, a teraz próbuje uciec od konsekwencji. Ill w kreacji Kanonika jest wobec siebie brutalnie szczery, uznaje swoją winę, potrafi też dostrzec miałkość swojej - przyjemnej dotąd - egzystencji. Nie łudzi się i nie oszukuje sam siebie. W ten sposób wygrywa, choć przecież kończy marnie.
Chciałoby się zobaczyć na scenie podobnie wielowymiarową Klarę Zachanassian. Niestety od początku do końca mamy do czynienia wyłącznie z gwiazdą, która wpada na chwilę do Güllen. O wiele ciekawiej wypadły inne kobiece role, zwłaszcza nauczycielka Larissy Aimée Breidbach i niesamowicie efektowna Teresa Schergaut w roli żony Illa.
poniedziałek, 2 lutego 2026
Der fliegende Holländer, Oper Leipzig
Holender Tułacz wystawiony przez Operę w Lipsku to widowisko, które rozmachem i pomysłowością może przyciągnąć do teatru nie tylko miłośników sztuki operowej, ale również widzów, którzy przygodę z dramatem muzycznym dopiero zaczynają. Akt pierwszy może przywodzić na myśl "Moby Dicka". Holender opowieść o swoich przeklętych losach (Die Frist ist um...) snuje bowiem pośród olbrzymich wielorybów. Zdarza się, że te wielkie ssaki giną wyrzucone na brzeg przez ocean. Jak wiadomo, tytułowy bohater znajduje się w zgoła przeciwnej sytuacji. Nie może umrzeć, dopóki nie zostaną odkupione jego winy. Jest to zestawienie pomysłowe, choć na granicy kiczu.
Wyrazistą symbolikę reżyser i scenograf Michiel Dijkema wykorzystuje również w drugim akcie. Tu dziewczęta przędą nici, ale nie wełniane, a jedwabne. Widzimy kokon, z którego wykluwa się barwny motyl. Tym motylem jest Senta, która dojrzewa do miłości i małżeństwa.
Akt trzeci jest najbardziej widowiskowy. Statek Holendra wpływa ze sceny na widownię. Publiczność nagle znajduje się pod ogromnymi żaglami. Na sali słychać okrzyki zachwytu. Nie brak również innych teatralnych sztuczek. Senta jest wciągana wysoko na reje, z których w końcowej scenie spada. Holender zaś dosłownie obraca się w proch. Znów znajdujemy się na granicy kiczu, ale nie możemy odmówić tej inscenizacji znakomitego przygotowania technicznego oraz wierności partyturze. Nieco słabiej było z aktorską warstwą przedstawienia. Tutaj sztampa mieszała się ze zbyt mocno chyba eksponowanym komizmem.
Muzycznie spektakl powinien zadowolić nawet najbardziej wymagającą publiczność. Można wszakże zgłosić kilka uwag. Ivan Repušić poprowadził uwerturę w nieco zbyt szybkim tempie, które jednak uspokoiło się później i pozwoliło rozkoszować się efektownym dźwiękowym światem muzyki Wagnera. Znakomicie wypadły chóry, zgromadzono również świetnych solistów. Wrażenie robiła zwłaszcza para protagonistów. Zarówno Egils Silins (Holender), jak i Ingela Brimberg (Senta) to śpiewacy, którzy lwią część kariery mają już za sobą, ale wciąż udowadniają, że są mistrzami swojego fachu. Silins jest Holendrem pierwszorzędnym, doskonale brzmiącym i jeśli coś można zarzucić jego roli to chyba wyłącznie zbytnią posągowość w warstwie aktorskiej. Ingela Brimberg przeciwnie, jest bardzo żywiołowa, do tego zachwyca świeżością głosu, choć najwyższe dźwięki skali są u niej nieco wykrzyczane. Tej dwójce świetnie sekunduje Erik - Brendan Gunnell, tenor bardzo szlachetnie brzmiący, pewny i elegancki. Piękną basową barwę zaprezentował Randall Jakobsh, śpiewał on jednak frazą mało kojarzącą się z Wagnerem, bardziej sprawdzającą się raczej w repertuarze buffo.
niedziela, 1 lutego 2026
Tydzień kina niemieckiego
W tym roku udało mi się obejrzeć dwa filmy, dla których wspólnym mianownikiem było osadzenie akcji w małym Heimacie, gdzieś na głębokiej niemieckiej prowincji. Zarówno tytułowa fryzyjska wysepka Amrum, jak i będąca miejscem akcji "Wpatrując się w słońce" wieś gdzieś w regionie Altmark, są miejscem posiadającym niezwykły czar, zamieszkiwanym przez dość surowych ludzi, którym owej surowości dodaje posługiwanie się dialektami dalekimi od książkowej niemczyzny. Im dalej możemy się cofnąć w czasie, tym oczywiście robi się surowiej. Największe wrażenie robi więc środkowoniemiecka wieś z okresu I wojny światowej. Amrum końca II wojny też ma swój egzotyczny urok.
Na "genius loci" nie da się wszakże oprzeć całości akcji. I choć "Amrum" może pochwalić się bardziej zwartym scenariuszem, to jednak większe wrażenie robi powolna, kontemplacyjna wręcz narracja "Wpatrując się w słońce". Film ten oglądamy niejako oczami kilku dziewczynek, które dorastały w Altmarku w różnych okresach od 1914 po dzień dzisiejszy. Reżyserce, Maschy Schilinski, udaje się przekonująco oddać specyfikę każdego z okresów. Szczególnie mocno oddziałują obrazy ze schyłku epoki wilhelmińskiej oraz z czasów NRD. Wszechobecna w tym filmie jest śmierć, która przychodzi po ludzi w każdym wieku i jest niejako nieodłącznym "elementem krajobrazu". Jej wszechobecność nie zmienia faktu, że film Schilinsky jest przepiękną afirmacją życia.
"Amrum" nie niesie już tak potężnego ładunku emocjonalnego. Jest nieco polukrowanym wspomnieniem chłopca, który w ostatnich dniach wojny przechodzi swoisty kryzys związany z upadkiem autorytetu dorosłych, w tym przypadku głównie matki - gorliwej nazistki oraz swojego mentora z Hitlerjugend. Irytująca bywa naiwność tego dziecka i bliska ckliwości fabuła. Wielkim plusem są zaś zdjęcia i pieczołowicie zrekonstruowane mikrouniwersum wysepki wiosną 1945.
sobota, 24 stycznia 2026
Baśń dla wkur...onych, Teatr Nowy w Poznaniu
Wchodzimy na widownię i od razu wiadomo, gdzie się znaleźliśmy - w d...pie. Scenografia przedstawia bowiem wnętrze końcowego odcinka jelita grubego, zaś z tyłu sceny, w jej centrum widzimy otwór. Po spektaklu rodzi się pytanie, czy to wynik tak daleko posuniętej przewrotności reżysera, który wiedział, z jakiej proweniencji tekstem pracuje.
Zaczyna się jak standup, nawet śmieszny, ale bawiący w najprostszy i najpłytszy zarazem sposób: wulgaryzmami i odwołaniami do fekaliów. Potem akcja grzęźnie w strumieniu świadomości bohaterów wypełnionym refleksjami na temat codzienności, imitującymi niekiedy intelektualne wyrafinowanie, ale w rzeczywistości niewiele widzowi przekazującymi. Rozumiem, że w czwórce postaci, szarych nieudaczniczek i nieudaczników w średnim wieku widz ma odnaleźć siebie. Ale to, co dociera do nas ze sceny, dojrzały widz doskonale wie. Potem mamy (któryż to już raz w teatrze!) rozmowę ze sztuczną inteligencją, a na końcu jakiś rytuał przejścia (oczywiście poprzez otwór odbytniczy) przenoszący nas w klimaty barwnych witkacowskich halucynacji albo w universum filmów s-f pokroju "Avatara".
Zadziwiające, że świetną grę pięciorga aktorów (czwórkę ludzi uzupełnia Jacuś - wewnętrzne dziecko jednego z protagonistów), znakomitą scenografię i fenomenalną wręcz reżyserię świateł i animacji zmarnowano na tak słaby tekst. Choć w trakcie spektaklu przechodziłem męki, wyszedłem z teatru pełen podziwu dla scenicznego warsztatu całego zespołu. Życzę im, by te wspaniałe możliwości mogli zaprezentować w połączeniu z lepszym materiałem dramatycznym.
Baśń dla wkur...onych
reż. Piotr Ratajczak
Marcin Chlanda
Marcin Chlanda
Anna Stela
Arkadiusz Buszko
Marcin Chlanda
Marcin Chlanda
Józef Piechowiak, Marta Mirska
środa, 14 stycznia 2026
Solaris, Teatr Polski we Wrocławiu
Teatr Polski zaproponował widzom wierną tekstowi adaptację powieści Stanisława Lema. Czytelnik nie powinien być zaskoczony tym, co dzieje się na scenie. A jednak spektaklowi Michała Zdunika doskwiera jeden poważny brak. Mamy Kelvina, Harey, Snauta i innych, ale realizatorom zapodział się gdzieś protagonista równie ważny - ocean. To przecież ten twór stanowił przedmiot zainteresowania wszystkich mieszkańców stacji na Solaris, to z nim próbowano nawiązać kontakt, to w nim doszukiwano się ukrytego sensu i nieznanej formy inteligencji. Umykają tym samym filozoficzne pytania o naszą wyjątkowość we wszechświecie i o to, czy rzeczywiście jesteśmy "koroną stworzenia". Oglądając wrocławską adaptację miałem wrażenie, że chodzi w niej wyłącznie o usunięcie ze stacji "nieoczekiwanych gości" - wytworów umysłu Kelvina, Snauta czy Sartoriusa. Zaprzepaszczona została więc głębia tekstu Lema.
Nie mogłem oprzeć się również wrażeniu, że uszyto ten spektakl grubą fastrygą. Niemal wszystko na scenie toczy się tak, że trudno skupić uwagę na bohaterach, tym, co w danym momencie dzieje się między nimi. Trudno wyczuć puls tego przedstawienia i dostroić się do jego tempa. Nie pomagają w tym pomysły aktorskie, zwłaszcza na postaci Harey i Snauta. Nerwowość na granicy histerii, a w przypadku byłej dziewczyny Kelvina dodatkowo dziwna mechaniczność to patent zbyt prosty, by mógł przekonać widza. Doszyte do tekstu Lema wstawki z poezją Ginczanki, Baczyńskiego czy Tetmajera były pomysłem ciekawym, ale ostatecznie nie wzmocniły przekazu oferowanego przez wrocławski zespół.
Tytułowa planeta w powieści Lema krążyła wokół układu dwóch słońc emitujących światło o różnych widmach. Istniał dzień błękitny i dzień pomarańczowy. Załoga stacji musiała dostroić się to tego nietypowego z ziemskiego punktu widzenia cyklu. Dziwne, że twórcy nie wykorzystali Lemowskiego pomysłu w inscenizacji. Tu przecież otwierało się wielkie pole do popisu w dziedzinie scenicznego oświetlenia. Tymczasem operowanie światłem jest jednym z najmniej efektowych aspektów wrocławskiej "Solaris". Zdarzało się wręcz, że aktorzy ginęli w niedoświetlonych połaciach sceny, co raczej nie było zamysłem reżysersko-scenograficznym, lecz zwykłą niedbałością.
Dużym atutem "Solaris" na Świebodzkim jest za to muzyka. Chorał do greckich tekstów Pseudo Dionizego Areopagity znakomicie wykonany, ciekawie zinstrumentowany harmonijnie łączył się z klimatem wyludnionej stacji kosmicznej zagubionej gdzieś na planecie pokrytej olbrzymim oceanem plazmy.
adaptacja i dramaturgia – Ewa Mikuła
reżyser – Michał Zdunik
scenografia – Aleksandra Reda
kostiumy – Marta Kopańska
muzyka – Zuzanna Falkowska
choreografia – Monika Szpunar i Karolina Graca
reżyseria światła – Ewa Garniec
wideo – Izumi Yoshida
asystentka reżysera i obsługa thereminvoksu – Klementyna Umer
poniedziałek, 12 stycznia 2026
Keiichiro Hirano, Pewien mężczyzna, Warszawa 2022 [wyd. Czytelnik]
Bardzo ciekawie skonstruowana powieść. Właściwie szkatułkowa fabuła. Na pierwszym planie mamy prawnika Kido. Na drugim Makoto Harę, w którego sprawie Kido prowadzi dochodzenie. Obu zaś łączy stygmatyzacja. Jak przezwyciężyć to niechciane i niezawinione naznaczenie? Hara, napiętnowany jako syn mordercy, decyduje się na zmianę tożsamości. Kido, prześladowany z powodu koreańskiego pochodzenia, fantazjuje o takiej zamianie. Jego myśli krążą wokół podobnych sytuacji, a nawet tropów literackich, wśród których odnajdziemy motywy z "Przemian" Owidiusza.
Samo dochodzenie, odkrywanie prawdziwej tożsamości Makoto Hary, jest znakomitym zabiegiem mającym utrzymać zaciekawienie i uwagę czytelnika. Te wątki autor przeplata scenkami rodzajowymi z życia japońskiej rodziny - przechodzącego kryzys małżeństwa z małym dzieckiem. Nie brak również refleksji oscylujących wokół tematu tożsamości.
Otrzymujemy przy tym bardzo ciekawy obraz współczesnej Japonii. Poznajemy specyfikę tamtejszej ksenofobii. Wydaje się, że nasz polski język nienawiści jest jednak w miarę łagodny, jeśli zestawić go z antykoreańskimi wystąpieniami opisanymi w powieści Hirano. To marna pociecha dla polskiego wrażliwego czytelnika. Zauważmy jednak, że przenikliwe pisarskie spojrzenie i możliwość dokonania odniesień do własnego otoczenia może być źródłem dużej czytelniczej przyjemności.
@@@@@@@@@@@@@@@@@@@
wynotowane cytaty:
- Stygmat, czyli co właściwie?
- Jakaś cecha, która staje się podstawą do dyskryminacji, wyrażania niechęci czy ataków. Samo w sobie nie musi to być nic złego, tylko na przykład jakiś znak szczególny na twarzy. Może to być też przeszłość kryminalna czy wychowanie.
- A, o to chodzi.
- Tak. Kładzie się nacisk tylko na to, a ignoruje całą resztę cech człowieka. A przecież ludzie są z natury wielowymiarowi. [s. 142]
To samo z prawnikami czy Japończykami. Nie mogę znieść tego, że tożsamość człowieka sprowadzana jest do jednego tylko aspektu i staje się przedmiotem manipulacji w rękach innych ludzi. [s. 143]
- Wszyscy zanadto cenią sobie ten świat. To takie myślenie życzeniowe. Dlatego obwiniają innych, gdy są nieszczęśliwi. I nie czerpią żadnej satysfakcji z własnego życia. [s. 144]
środa, 7 stycznia 2026
Stanisław Lem, Solaris
Wreszcie przeczytałem i właściwie cieszę się, że dopiero teraz, kiedy jestem po lekturach różnych książek przybliżających laikom podstawy kosmologii czy fizyki molekularnej. Pozwala to docenić fachowe wykorzystywanie przez zdobyczy nauki dostępnych w okresie pisania książki.
Pomimo archaizmów jest to wciąż fascynująca i nadal mocno futurystyczna opowieść, w której spekulacje na temat możliwych w przyszłości kontaktów z innymi cywilizacjami są tak samo istotne jak refleksja nad człowieczeństwem i tym, co wyróżnia nas spośród innych istot.
Jest to tak dobrze i sprawnie napisane, że nawet to, co dla wielu czytelników jest zmorą, w powieści Lema wciąga. Mam tu na myśli mistrzowskie opisy całkowicie fantastycznych oceanicznych tworów. Pisarz robi to tak, że można je sobie wyobrazić, a czytanie tych wielostronicowych zawiłych tekstów w ogóle nie nudzi.
Czego mi zabrakło w "Solaris"? Pewien niedosyt budzi otwarte zakończenie. Spodziewałem się raczej zupełnej klęski Kelvina. Jak potoczą się jego losy, w zasadzie nie wiadomo. Z pewnością jednak takie zakończenie bardziej pasuje do wymowy całego dzieła, z którego wynika, że nasze oczekiwania wobec kontaktu z innymi cywilizacjami rozminą się z rzeczywistością. Nie bądźmy zatem niczego pewni.
czwartek, 1 stycznia 2026
Jerzy Pilch, Wiele demonów, Warszawa 2013 [wyd. Wielka Litera]
Lubię takie zbiegi okoliczności, które łączą miejsce akcji z miejscem czytania. Nie czytałem wprawdzie "Wielu demonów" w Wiśle (w powieści przechrzczonej na Sigłę), ale niedaleko, niedaleko, w sąsiedztwie ewangelickich kościołów, pastorówek i jedynego w Polsce pomnika Marcina Lutra.
Ten luterański anturaż nadaje oczywiście powieści Jerzego Pilcha swoistego kolorytu. Autor portretuje swoją rodzinną miejscowość jako przestrzeń głęboko przenikniętą tradycjami i obyczajami religijnymi. Dla katolików nieco egzotyczną i tajemniczą jak - takie mi się nasuwa skojarzenie - Drohobycz Brunona Schulza. Wszystko doprawione jest humorem bardzo pokrewnym czeskiemu, który wpleść można nawet w rozmowy o sprawach najtrudniejszych. Przykładem może być brawurowo skonstruowany dialog Wzmożkowej i Fryca Moitschka zamykający powieść i jednocześnie rozwiązujący zagadkę zniknięcia Oli Mrakówny, która wydaje się głównym wątkiem książki Pilcha.
Do tego cała galeria oryginałów: naczelnik poczty - lokalny patriarcha, jego żona - starka Zuzka (archetyp śląskiej matrony utrzymującej w porządku cały siglański mikroświat), pastor Mrak i jego zbuntowane córki, żulik Józek Lumentiger, wspomniana Wzmożkowa (kapitalnie zarysowany wątek toksycznego matkowania synowi - poecie Juliuszowi).
Takiej bezwzględnej, ironicznej, ale zarazem ciepłej wiwisekcji lokalnej społeczności mógł dokonać tylko wywodzący się z niej pisarz. "Wiele demonów" to z pewnością jedna z najważniejszych pozycji w dorobku Jerzego Pilcha i jednocześnie powieść, która może spodobać się szerokiemu gronu czytelników.
%%%%%%%%%%%
Wynotowane cytaty
Wszystkie przebudzenia straszne. Straszne, bo do śmierci, do rzeczywistości, w której śmierć istnieje. Przebudzenia coraz potworniejsze, bo do życia, które sie kończy, koniec coraz bliższy; tak bliski, że reszta pobytu nie ma znaczenia, w najlepszym razie jest obserwowaniem wtasnego spadania. Jesteś człowiecze kamykiem ciśnietym w czeluść, gap się na siebie, nic wiecej. Jedno, co możesz zrobić, to w jako tako ułożonych słowach zdawać sprawę z lotu. Z końcówki lotu, bo długo uważałeś, że nie lecisz, nieświadomość była słodka - cóż z tego - minęła. [s. 164]
Swoją drogą: dlaczego Pan Bóg mówi niewyraźnie? Dlaczego jego ulubionym środkiem wyrazu jest bełkot lub bohomaz? Zwierzęcy wrzask nad doliną coś znaczy? Pękniecia tynku na suficie układaja sie w strzałki? Na Boga! Wymyślcie wreszcie takie bóstwo, żeby działało! Albo przynajmniej mówiło po naszemu. [s. 272]
Intensywność zabija strach. [s. 301]
Gdy się samemu świata nie zostawi, on nas zostawi, a zanim zostawi, skatuje, okaleczy, poniży i do wszelkiego upadku przywiedzie. [s. 314]
Bóg jest mistrzem barw ochronnych. [s. 429]
Wkroczymy w rzeczywistość, która istotnie jest w koncertach i sonatach, odgadniemy hasła, odczytamy szyfry i wszystko się zmieni. Wstąpimy w białe miasta, które są w muzyce, zanurzymy w jej rzeki, siądziemy na jej pociemniałych od upału werandach. Nie będzie to aż tak trudne, może nawet jeden gest starczy? [s. 441]
Żadna zresztą tragedia, życie to jest: raz, dwa, bardzo rzadko: trzy. Przedtem i potem nieobecność na ziemi, czyli śmierć. Po śmierci nie żyjesz, ale zanim się urodzisz, też nie żyjesz. Zdecydowaną większość czasu nie żyjesz, całe wieki nie żyjesz, przez liczne wieczności nie żyjesz... Im więcej nie żyjesz, tym bardziej z nagle ci danym życiem się certolisz, chcesz to nieskończenie krótkie życie za wszelką cenę wydłużyć, a przecież ono nawet pięciokrotnie, nawet dziesięciokrotnie dłuższe dalej będzie śmiesznie krótkie... [ss. 471-472]
Federico De Roberto, Wicekrólowie
Mikołajewski przyrównuje tę książkę do "Pana Tadeusza", ja widzę raczej podobieństwa do "Anny Kareniny". Mamy tu bowiem ...
-
"Znachor" reż. Jakub Roszkowski, Teatr im. J. Słowackiego "Znachor" jako propozycja na dzień zakochanych? Historia opowi...
-
Najpierw ustalasz reguły gry! mówi pisarz. A potem narzekasz, że musisz ich przestrzegać! [Legendy, s. 78]. Albo ich nie przestrzegasz, ja...
-
Przyznam się szczerze, że nigdy do końca nie rozumiałem zmagań literatów I połowy XX stulecia z zagadnieniem formy. Wiele energii wkładali n...