środa, 29 lipca 2026

Marieke Lucas Rijneveld, Niepokój przychodzi o zmierzchu

Nastolatek ginie pod lodem, gdzieś na holenderskiej wsi, a my przyglądamy się jego rodzinie. Być może Rijneveld opisuje jej rozpad po tym, jak rodzice i rodzeństwo pogrążają się w rozpaczy. Utrata jest wszak doświadczeniem granicznym. Wydaje mi się jednak, że emocjonalna dysfunkcyjność rodziny dziewczynki w czerwonej kurtce (przezywanej Budrysówką) miała miejsce także przed tragicznym wypadkiem. Bohaterka mówi przecież, że widziała patrzących na siebie rodziców tylko na fotografii ślubnej. Wiele daje do myślenia fakt, że trójka pozostałych przy życiu dzieci musi radzić sobie z tragedią sama. Nie otrzymują bowiem od dorosłych żadnego wsparcia. 

Autorka stworzyła przerażający obraz rodziny, w której panuje dojmujący chłód emocjonalny. Wewnętrzny monolog Budrysówki spisano tak, jakby dziewczynka pilnowała się, by nie dać upustu emocjom. I choć jest to opowieść przedziwnie stonowana (choć nasycona niekiedy szokującą treścią - okrucieństwem wobec zwierząt, eksperymentami z ciałem, opisami defekacji itp.) można wysłyszeć w niej krzyk o bliskość i miłość. 

Nagromadzenie okrucieństw z pewnością nie ułatwia przebrnięcia przez tę prozę, choć ma ona z pewnością duże walory literackie. Rodzina hołdująca surowym, protestanckim obyczajom opisana jest bardzo sugestywnie. Wrażenie robi również fakt, iż Budrysówka i jej siostra doskonale zdają sobie sprawę, że możliwe jest zupełnie inne życie. Wystarczy popatrzeć na koleżanki ze szkoły. O marzeniu, że może być lepiej, nasza bohaterka może jednak porozmawiać w zasadzie tylko z ropuchami, które trzyma w wiadrze w swoim pokoju. Monolog skierowany do tych płazów jest jednym z najbardziej efektownych fragmentów tej książki. 

 @@@@@@@@@@@@@@@@@@

cytaty 

Marieke Lucas Rijneveld, Niepokój przychodzi o zmierzchu, Kraków 2021

Odkryłam, że można stracić wiarę na dwa sposoby: jedni tracą wiarę w Boga, kiedy odnajdują siebie.drudzy tracą wiarę w Boga, kiedy sami się gubią. [s. 80 ]

poniedziałek, 27 lipca 2026

Sylvia Plath, Szklany klosz

W tej autobiograficznej powieści Plath zaskakuje ostrością spojrzenia, nieco autystycznym niekiedy spojrzeniem na szczegóły, pomijając jednocześnie wiele rzeczy, które dzieją się dookoła głównej bohaterki. 
Proza bolesna i szczera, bo jak inaczej opowiadać o depresji i próbach samobójczych. Jest to również swego rodzaju próba przedzierania się przez literacko dziewiczy obszar. Dziś dysponujemy lepszym "instrumentarium" językowym, by opowiadać o zaburzeniach psychicznych. Wydaje się, że w czasach Plath dopiero uczono się pisania i mówienia o tego typu chorobach. Trudno przy tym mówić o zapisie walki z chorobą. Postawa Esther, bohaterki "Szklanego klosza" jest bierna. Życie toczy się obok niej, a otwarte zakończenie książki nie pozostawia czytelnikowi zbyt wiele nadziei na to, że Esther da sobie radę.

niedziela, 19 lipca 2026

Jenny Erpenbeck, Klucz do ogrodu

Ta powieść mogłaby być inspiracją dla filmu "Wpatrując się w słońce". Obraz Maschy Schilinski pokazywał stare niemieckie gospodarstwo na przestrzeni ostatnich około 100 lat. U Jenny Erpenbeck głównym bohaterem jest letni dom z ogrodem, gdzieś nad brandenburskim jeziorem. Akcja zaczyna się w czasach Republiki Weimarskiej, a kończy w czasach współczesnych. Poznajemy jego właścicieli, lokatorów, letników, gości, ale wszystkich przelotnie. Bywalcy domu zmieniają się bowiem, a spory udział w tych zmianach ma oczywiście historia, która jednak dzieje się gdzieś daleko, za lasami, za rzekami, czasem tylko - jak podczas krótkiego pobytu żołnierzy radzieckich - daje o sobie znać w sposób bardziej namacalny.

To opowieść o XX wieku w wersji light, co podczas lektury było dla mnie rozczarowaniem. Spod niewątpliwie dobrego pióra Erpenbeck wyszła bowiem książka posiadająca urok brandenburskiej prowincji - pięknej, malowniczej i coraz bardziej pustej.

piątek, 17 lipca 2026

Flann O'Brien, Sweeny wśrod drzew

Ponoć autor zżymał się na porównania z Joyce'm. Trudno jednak uniknąć takich porównań, kiedy jest się Irlandczykiem, pisze się powieść modernistyczną (a może nawet postmodernistyczną), tworząc swoisty pastisz dokonań modernistów (w tym właśnie Joyce'a) i obficie czerpie z innych dzieł. To jedna z tych powieści, w której forma dominuje nad fabułą. Żeby sprawnie poruszać się razem ze Sweenym w koronach drzew i z resztą bohaterów po pubach, gospodach i ulicach Dublina, trzeba dużej wiedzy i znajomości kultury irlandzkiej. Bez tego książka O'Briena może okazać się trudnym labiryntem.

O'Brien w tej szkatułkowej awanturce przygląda się w zasadzie procesowi twórczemu pisarza. Na samym początku stawia sprawę uczciwie: wszystko już zostało napisane. Pozostają kompilacje, reinterpretacje, gry i zabawy. Z tego typu literaturą mam ten problem, że bawiła mnie i ciekawiła dawno temu, kiedy np. lektura Ulissesa odkrywała przede mną, jak można wspaniale rozwalić epicki gatunek. Teraz nie wystarczy dezynwoltura, potrzebny jest jeszcze ciężar myślowy, który pomógłby mi uwierzyć, że nie nie mam do czynienia z literaturą, która zajmuje się sama sobą.

sobota, 4 lipca 2026

Anna Fryczkowska, Cyrkówka Marianna

Nie sposób ze strzępków informacji i dokumentów odtworzyć cyrkowego życiorysu Marianny Radzik. Zamiast reportażu czy książki biograficznej Anna Fryczkowska skonstruowała powieść, a więc biografię fabularyzowaną, pewnie w przeważającej mierze fikcyjną, ale skupioną na prawdziwej, niezwykłej postaci pani Marianny.

Sięgnąłem po tę książkę ze względu na czas, w którym osadzono akcję. Lata tuż powojenne to okres trudny, ale bardzo ciekawy, z pewnością niełatwy dla wędrownych artystów. Spotyka się jeszcze czasem na festynach takie małe zespoły, ale niemożliwe byłoby chyba ruszenie w trasę na chybił - trafił, tak jak zrobili to Franciszek i Marianna. 

Jest to książka, która - choć opowiada o trudnych czasach, a jej bohaterowie przeżyli wiele traum - daje nadzieję, uczy optymizmu, głosi wiarę w człowieka i jego dobrą naturę. Jest tu i love story zakończona happy endem, i opowieść o sukcesie, bo przecież - choć biedna - Marianna odnosiła sukcesy. Te małe, na cyrkowej scenie i później nieco większe, jako ludowa artystka (malarka naiwna). 

W językowej stylizacji przybranej przez Fryczkowską nic nie zgrzyta. Fabuła toczy się wartko i logicznie, a dialogi płyną naturalnie. Naprawdę dobra literacko robota. 

środa, 1 lipca 2026

Kamel Daoud, Sprawa Meursaulta

Formę wziął z "Upadku" (monolog w barze) a fabułą nawiązuje do "Obcego" Camusa. Daoud podjął się ambitnej polemiki z literaturą noblisty, przede wszystkim zaś tymi dziełami, które osadzono w realiach schyłku świata kolonialnego. I chce oddać głos tym, którzy w książkach Camusa, ale też całej rzeszy autorów świata zachodniego, głosu nie mają. Nie odbieram więc "Sprawy Meursaulta" li tylko jako próby reinterpretacji "Obcego", ale właśnie całej literatury, w której "Arabowie", Czarni, rdzenni mieszkańcy stanowią tylko tło, sztafaż, żywą "scenografię" dla właściwej akcji, która dotyczy Europejczyków. 

O ile samo założenie tej mikropowieści jest trafne i interesujące, o tyle mam wątpliwość, czy realizacja dorównuje ambitnemu zamierzeniu. 

 $$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$ 

Kamel Daoud, Sprawa Meursaulta, Kraków 2015 [wyd. Karakter]

Najpierw język się chłonie, potem się nim mówi, aż któregoś dnia zaczyna on tobą władać; wtedy zazwyczaj zamiast ciebie chwyta sens rzeczy, zagarnia usta jak kochanek w żarliwym pocałunku. [s. 15]

Drzeć się, że jestem wolny i że Bóg jest pytaniem, a nie odpowiedzią, i że chcę go spotkać sam, tak jak w chwili swoich narodzin albo w chwili śmierci. [s. 150] 

piątek, 26 czerwca 2026

Fatma Aydemir, Dżiny

Dżiny - demony, upiory przeszłości, które wpływają na nasze życie. Ich ukrywanie, przemilczanie nic tu nie daje, bo utrzymywanie rodzinnych sekretów nie sprawi, że traumy znikną. Nadal będą nas dręczyć, tylko nasze zachowanie będzie mniej zrozumiałe dla otoczenia. 

W mieszkającej w Niemczech rodzinie Hüseyina każdy ma swojego dżina, przez którego tkwi w smutku i żalu. Na niewypowiedziane osobiste sekrety nakłada się do tego kryzys tożsamości. Nie dość że asymilacja jest niemożliwa, to jeszcze Hüseyin, Emine i ich dzieci nie wiedzą do końca czy są Turkami czy Kurdami. Dżinem jest też obyczaj, który żąda od naszych bohaterów podporządkowania. 

Młodzi, zwłaszcza dziewczyny: Sevda i Peri pragną zmiany, szczęścia. To jest dla starszych niezrozumiałe i w naturalny sposób prowadzi do konfliktu. Jądrem tej książki jest ostatni rozdział - przejmująca rozmowa Sevdy z Emine, w trakcie której obie odsłaniają przed sobą najbardziej bolesne sekrety. Córka próbuje przy tym pokazać matce, jak utrwalany rodzinny schemat ról i powinności wpędza w nieszczęście kolejne pokolenia. Dla tej oczyszczającej rozmowy warto przeczytać książkę Aydemir. Przeczytać z nadzieją, że próba zerwania z toksycznym schematem nie jest li tylko baśnią, ale może zdarzyć się w życiu. Pamiętać wszakże trzeba, że osoby lub wręcz całe grupy często nie posiadają możliwości poznawczych, które prowadzą do przerwania rodzinnej i społecznej opresji. Możliwość tego rodzaju transgresji to raczej przywilej imigrantów okupiony wszakże innym ciężarem - nieprzystosowaniem zarówno do kultury pochodzenia, jak i kultury kraju zamieszkania. 

Dla czytelnika, który nie posiada doświadczeń imigranckich, będzie to z pewnością literatura poszerzająca horyzont i umożliwiająca zrozumienie coraz bardziej niejednorodnego świata. 

wtorek, 23 czerwca 2026

Matthew Kneale, Anglicy na pokładzie

Ach, jakim paskudnym człowiekiem jest Europejczyk, a w tym konkretnym przypadku: Anglik. Im głośniej o dziejowej misji, wyjątkowości i wybitności, tym większe prawdopodobieństwo, że istnieje odrażająca "druga strona medalu". Demaskowanie kolonializmu i narosłych nań kulturowych przeświadczeń to robota na lata. Dobrze, że jeden z przykładów wychodzi spod pióra Anglika. Kneale z humorem, ale bezlitośnie przedstawia obłudę i głupotę przedstawicieli XIX-wiecznej klasy średniej (lekarze, duchowieństwo, urzędnicy). Widzimy, jak uprzedzenia i stereotypy, ignorując prawdy z dzisiejszego punktu widzenia oczywiste, kształtują stosunki społeczne i utrwalają niesprawiedliwość.
Ci, którzy z racji wykształcenia i pozycji w społeczeństwie powinni cechować się mądrością, okazują się głupsi i nikczemniejsi niż przedstawiciele warstw niższych. Pastor Wilson i Doktor Potter płynący na Tasmanię w poszukiwaniu biblijnego Edenu to megalomańscy, niebezpieczni idioci, na każdym niemal kroku dyskredytujący się moralnie.
Niemal szlachetnie na ich tle wypada cwaniaczkowaty kapitan Kewley, który w kluczowych momentach nie potrafi postąpić niehonorowo, za co przychodzi mu nieraz słono zapłacić, zaś Aborygen Peevay to wywołująca sympatię figura "czystego prostaczka".
Kneale w "Anglikach na pokładzie" wielokrotnie obnaża ślepotę i głupotę "panującej rasy saksońskiej". Dwa najjaskrawsze przykłady:
1. Pastor Wilson organizując wyprawę w góry w poszukiwaniu Edenu, zatrudnia jako przewodnika Peevaya, który po latach życia w mieście, znalazłszy się znów na łonie natury powraca do dawnych obyczajów (spania na ziemi, polowań, nagości). Wyprawa kończy się rozczarowaniem. Pastor nie dostrzega nawet, że ów raj odkrył. Nie było w nim wprawdzie pierwszych ludzi, ale był "ostatni człowiek" w stanie natury - Peevay.
2. Dla doktora Pottera wyprawa = badania do opus magnum na temat specyfiki ras. Tu oczywiście najwyższą jest "saksońska". Lekarz wiezie do Anglii mnóstwo szkieletów. Sincerity tonie, a razem z nią Potter i jego kolekcja. Po jej wyłowieniu czaszkę Pottera prezentuje się w muzeum jako przykład czerepu aborygeńskiego.

Lektura bardzo sympatyczna, bo łącząca wątek przygodowo-awanturniczy z refleksją i próbą rozliczenia imperializmu brytyjskiego. 

@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@

Matthew Kneale, Anglicy na pokładzie, Gdańsk 2014

Nigdy nie jest ważne to, kto ma  r a c j ę,  ale to, komu inni  w i e r z ą - a wiara to już całkiem inny zwierz. [s. 503]  

wtorek, 16 czerwca 2026

Federico De Roberto, Wicekrólowie

Mikołajewski przyrównuje tę książkę do "Pana Tadeusza", ja widzę raczej podobieństwa do "Anny Kareniny". Mamy tu bowiem bardzo szeroki obrazek z życia arystokracji. Brakuje jednak w "Wicekrólach" takich postaci jak Lewin czy Kitty Szczerbacka, jednoznacznie pozytywnych i wzbudzających sympatię. Uzedowie di Francalanza oraz ich pociotkowie są antypatyczni i przeważnie z gruntu zepsuci. Jedynym wyjątkiem mogłaby tu być Teresa, ale jej dewocja i uległość czynią z niej postać mdłą i rozczarowującą. 
Trzeba sobie zadać pytanie, dlaczego De Roberto tak właśnie sportretował sycylijską elitę II poł. XIX wieku. Roi się tu hedonistów, zawistników, skąpców. Na porządku dziennym jest bezduszne traktowanie członków rodziny, unieszczęśliwianie małżonków i dzieci. Ci, których przeznaczono do stanu duchownego, kompromitują kościół rozwiązłością i antychrześcijańską postawą. Jeden z najsmutniejszych wątków opisywał niedopuszczenie do profesji wieczystej kandydata, który podpadł współbraciom benedyktynom (wśród których było aż dwóch Uzedów) tym, że miał zbyt pospolite pochodzenie. Portret arystokracji jest tu zdecydowanie negatywny, choć nie widać też u de Roberto fascynacji socjalizmem. Być może taka właśnie postawa skutkowała tym, że w Polsce jego twórczość nie jest zbyt znana. Wyraźne opowiedzenie się za którymś z głównych nurtów społeczno-politycznych zapewne dodałoby autorowi rozpoznawalności. 
Narracja poprowadzona znakomicie. Zabrakło mi jednak punktu kulminacyjnego, wydarzenia, które mogłoby zamknąć całą historię rodu Francalanza. Tym różnią się "Wicekrólowie" od "Lamparta". Historia najmłodszego z Uzedów, Consalva może dopiero nabrać skrzydeł, ale tego już się z kart tej książki nie dowiemy, będziemy musieli zajrzeć do "Imperium", powieściowej kontynuacji "Wicekrólów". 

sobota, 30 maja 2026

Teodor Parnicki, Srebrne Orły

Gdyby uczyć historii z powieści Teodora Parnickiego, może by Polacy zrozumieli, że Polska nie jest i nie była izolowaną od reszty świata wyspą, lecz elementem skomplikowanej mozaiki. Czasy, w których zapominano, że nie żyjemy w próżni i nie oglądano się na to, co dzieje się za miedzą, zawsze prowadziły do skutków dla Polski fatalnych.
Srebrne Orły są o potędze młodego państwa, którego władcy umieli się w skomplikowanej europejskiej układance odnaleźć. Niewiele zresztą mówi Parnicki o "Polakach". Z samym Chrobrym spotykamy się dopiero na samym końcu. Kto inny gra w tej powieści pierwsze skrzypce. Jest tu Otto III, Sylwester II, ich dworzanie i pomniejsi gracze europejskiej polityki. Poznajemy najpierw perspektywę cesarza i papieża, ale dowiadujemy się później, że spojrzeń na dzieje może być wiele, zależy kto i z jakiej pozycji patrzy. Pięknie napisana, ciekawa powieść. Moje trzecie spotkanie z Parnickim. Nieco mniej sensacyjna niż "Tylko Beatrycze", ale dorównująca jej językową elegancją, i świetnym historycznym przygotowaniem.

Marieke Lucas Rijneveld, Niepokój przychodzi o zmierzchu

Nastolatek ginie pod lodem, gdzieś na holenderskiej wsi, a my przyglądamy się jego rodzinie. Być może Rijneveld opisuje jej rozpad po tym, j...