Mikołajewski przyrównuje tę książkę do "Pana Tadeusza", ja widzę raczej podobieństwa do "Anny Kareniny". Mamy tu bowiem bardzo szeroki obrazek z życia arystokracji. Brakuje jednak w "Wicekrólach" takich postaci jak Lewin czy Kitty Szczerbacka, jednoznacznie pozytywnych i wzbudzających sympatię. Uzedowie di Francalanza oraz ich pociotkowie są antypatyczni i przeważnie z gruntu zepsuci. Jedynym wyjątkiem mogłaby tu być Teresa, ale jej dewocja i uległość czynią z niej postać mdłą i rozczarowującą.
Trzeba sobie zadać pytanie, dlaczego De Roberto tak właśnie sportretował sycylijską elitę II poł. XIX wieku. Roi się tu hedonistów, zawistników, skąpców. Na porządku dziennym jest bezduszne traktowanie członków rodziny, unieszczęśliwianie małżonków i dzieci. Ci, których przeznaczono do stanu duchownego, kompromitują kościół rozwiązłością i antychrześcijańską postawą. Jeden z najsmutniejszych wątków opisywał niedopuszczenie do profesji wieczystej kandydata, który podpadł współbraciom benedyktynom (wśród których było aż dwóch Uzedów) tym, że miał zbyt pospolite pochodzenie. Portret arystokracji jest tu zdecydowanie negatywny, choć nie widać też u de Roberto fascynacji socjalizmem. Być może taka właśnie postawa skutkowała tym, że w Polsce jego twórczość nie jest zbyt znana. Wyraźne opowiedzenie się za którymś z głównych nurtów społeczno-politycznych zapewne dodałoby autorowi rozpoznawalności.
Narracja poprowadzona znakomicie. Zabrakło mi jednak punktu kulminacyjnego, wydarzenia, które mogłoby zamknąć całą historię rodu Francalanza. Tym różnią się "Wicekrólowie" od "Lamparta". Historia najmłodszego z Uzedów, Consalva może dopiero nabrać skrzydeł, ale tego już się z kart tej książki nie dowiemy, będziemy musieli zajrzeć do "Imperium", powieściowej kontynuacji "Wicekrólów".
Ptak roboczy
wtorek, 16 czerwca 2026
Federico De Roberto, Wicekrólowie
sobota, 30 maja 2026
Teodor Parnicki, Srebrne Orły
Gdyby uczyć historii z powieści Teodora Parnickiego, może by Polacy zrozumieli, że Polska nie jest i nie była izolowaną od reszty świata wyspą, lecz elementem skomplikowanej mozaiki. Czasy, w których zapominano, że nie żyjemy w próżni i nie oglądano się na to, co dzieje się za miedzą, zawsze prowadziły do skutków dla Polski fatalnych.
Srebrne Orły są o potędze młodego państwa, którego władcy umieli się w skomplikowanej europejskiej układance odnaleźć. Niewiele zresztą mówi Parnicki o "Polakach". Z samym Chrobrym spotykamy się dopiero na samym końcu. Kto inny gra w tej powieści pierwsze skrzypce. Jest tu Otto III, Sylwester II, ich dworzanie i pomniejsi gracze europejskiej polityki. Poznajemy najpierw perspektywę cesarza i papieża, ale dowiadujemy się później, że spojrzeń na dzieje może być wiele, zależy kto i z jakiej pozycji patrzy. Pięknie napisana, ciekawa powieść. Moje trzecie spotkanie z Parnickim. Nieco mniej sensacyjna niż "Tylko Beatrycze", ale dorównująca jej językową elegancją, i świetnym historycznym przygotowaniem.
środa, 20 maja 2026
Petr Čornej, Rewolucja husycka
To bardzo ciekawy temat: zakończony niepowodzeniem ruch odnowy kościoła, swoisty falstart przed późniejszą o stulecie reformacją. Čornej zaczyna od rzetelnego, ciekawego wyłożenia przyczyn i przechodzi do opisu tego, co nazwał rewolucją (choć sam termin "rewolucja" jest wszak znacznie późniejszy niż wystąpienia husyckie). Nie starczyło już miejsca lub chęci na opis skutków wydarzeń w XV-wiecznych Czechach i - co szczególnie mnie zawiodło - niemal nie oddano głosu bohaterom tej książki.
O co poszło? Owszem, wymienia się w książce 4 artykuły praskie, ale streszczenie ich do zaledwie kilku zdań to chyba jednak za mało. Dowiadujemy się, że ruch nie był jednolity. Prawie nic na temat przyczyn podziału i tego, w jaki sposób przebiegał. Troszkę o taborytach, "sierotkach", potem znienacka wyskakują kalikstyni i de facto nie wiadomo, skąd się wzięli. Szczerze mówiąc, wolałbym, żeby takie rzeczy naświetlił mi autor zamiast opisywać kolejne bitwy, podawać daty i liczby zabitych.
Urzeka w książce to, że wykazano w niej, iż już w XV wieku istniał tak lubiany w Polsce bezpretensjonalny czeski humor.
Książkę Čorneja trzeba traktować jako wstęp do historii husytyzmu i, jeśli ktoś chce się dowiedzieć więcej na temat czeskiej reformacji, zdecydowanie powinien poszukać innych lektur.
wtorek, 5 maja 2026
Ákos Kertész, Makra
Ciekawie jest obcować z powieścią osadzoną w realiach tzw. demokracji ludowej, w środowisku robotniczym, które autor opisuje bez upiększeń, "po męsku". Może niektórych razić seksizm, androcentryzm, ale tytułowy bohater jest człowiekiem tamtych czasów, robotnikiem, a książka ma oddawać jego patrzenie na świat.
Wiadomo, że nie należy czytać notek wydawniczych na okładkach, ponieważ w większości naprowadzają czytelnika na mylne tropy. Trudno zgodzić się ze stwierdzeniem, że "Makra" to opowieść o człowieku, którego życiowa uczciwość doprowadza do przegranej.
Można darować sobie roztrząsanie kwestii uczciwości Makry. Lepiej do tej postaci pasowałyby określenia: nieprzystosowany, osobny, odrębny. Bohater przez całe życie musi wybierać pomiędzy życiowym maksymalizmem a kompromisami. Pierwsza opcja jest ryzykowna, bardziej egoistyczna, druga pozornie bezpieczniejsza, ale uniemożliwiająca osiągnięcie pełni szczęścia.
Jest być może Makra swoistym odbiciem Obłomowa, przy czym przegrana tego drugiego wynikała z gnuśności, zaś porażka Makry jawi się jako suma świadomości własnych ograniczeń oraz poczucia odpowiedzialności za innych.
Radykalna, konsekwentna postawa życiowa jest prawdziwą rzadkością. W powieści Kertésza realizuje ją Vali, która jednak pochodzi z burżuazyjnej rodziny i proletariacki lęk o jutro jest jej obcy. Stąpający mocno po ziemi Makra jest w mojej ocenie bliższy zwykłym zjadaczom chleba i może budzić sympatię pomimo swojej gwałtowności i surowości.
Zaskakuje zakończenie. Makra wydawał się silną osobowością. Być może zignorowałem sygnał, jakim była jego ucieczka z rodzinnych okolic i całkowite odcięcie się od dawnego życia. Druga ucieczka Makry była ucieczką ostatnią i przerażająco skuteczną.
sobota, 2 maja 2026
Jon Fosse, Nowe imię. Septologia 6-7
Stary malarz, który właśnie doszedł do wniosku, że namalował w swoim życiu wszystko co miał do namalowania, patrzy na morze. Jego myśli powracają jak fale i przeplatają się z modlitwą. Dopiero, gdy wyrywa się ze stuporu i wyrusza z sąsiadem do jego siostry na świąteczną kolację, gdzieś po drugiej stronie fiordu, narracja traci swoją falową regularność i rozpada się w końcowym, mistrzowsko napisanym monologu, w którym jednak swego rodzaju boją ratunkową pozostaje modlitwa.
W zakończeniu Septologii Fosse zatacza krąg, powraca do wspomnianych w pierwszych częściach osób (chłopiec, który zatonął wypadłszy z kutra) i motywów (Asle staje się obiektem niechcianego zainteresowania seksualnego). Jednocześnie finał ma charakter otwarty.
Jak to jest, że proza Fossego, medytacyjna, ascetyczna w warstwie fabularnej, stroniąca od eksperymentów formalnych (poza konsekwentną rezygnacją z interpunkcji innej niż przecinki) może tak wciągnąć czytelników i cieszy się - co widać po ocenach w serwisach czytelniczych - tak wielkim uznaniem? Wydaje się, że to właśnie swoista skromność, skupienie na rzeczach najprostszych i najważniejszych jest dla sukcesu norweskiego pisarza decydująca. Można w "Septologii" odnaleźć to, czego brakuje większości ludzi w dzisiejszym świecie: regularność, ukryte w powtarzalności bezpieczeństwo, umiejętność wsłuchania się w siebie.
Zabiegi, które Fosse stosuje, by ów efekt maksymalnego skupienia osiągnąć, to, według mnie, różnego rodzaju redukcje. W większości powieści autorzy unikają powtarzania tych samych imion. Fosse świadomie wybiera dla swoich postaci te same lub podobne imiona. Dwóch Asle, Asleik, Ales i Alice, Herdis i Hjordis, dwie Guro. Możemy przyjąć - dowolnie - że to ci sami bohaterowie, którzy wiodą równoległe życia lub, że to imiennicy, których losy się splatają. Inna redukcja dotyczy przestrzeni. Istnieje w zasadzie dom artysty, gdzieś na norweskim pustkowiu, parę punktów pomiędzy domem i miastem Bjorgvin (czyli Bergen). A w mieście, w którym bohater wciąż się gubi, istnieje dla niego (i dla nas) tylko kilka miejsc. Trafimy z Aslem do galerii Beyera, kościoła św. Pawła, hotelu Dom, Wąskiego Zaułka, kawiarni czy szpitala. Reszta przestrzeni niejako znika, a w wyobraźni zostaje nam coś tak sterylnego jak obrazy Edmunda Hoppera. Skoro zaś przy obrazach jesteśmy, warto wspomnieć, że Asle używa w pracy palety zaledwie kilku barw, wśród których dominuje szarość. To kolejna z redukcji.
Można podsumować tę twórczość kolokwialnym: mniej znaczy więcej. Wszak niewiele tworzywa wystarczyło do utkania siedmiu tomów wciągającej prozy.
@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@
wynotowane cytaty
Jon Fosse, Nowe imię. Septologia 6-7, Warszawa 2025 [wyd. ArtRage]
jeśli Bóg nie jest Bogiem wszechmocy, tylko raczej niemocy, to i tak jest obecny we wszystkim, co istnieje i we wszystkim, co się wydarza [s. 56]
niedziela, 26 kwietnia 2026
Do Czempinia
Słonecznie, wietrznie i zimno. Najbardziej wiało na moście Edwarda Raczyńskiego w Rogalinku. Za mostem pojawiła się nowa droga rowerowa, która - zdaje się - prowadzi aż do samej Mosiny. My jednak odbiliśmy w lewo nad Kanał Mosiński, gdzie mieliśmy mały popas. Zeszliśmy po skarpie na piaszczysty brzeg. Zza kanału dochodziły do nas przedziwne dźwięki. Rozpaczliwe zawodzenie okazało się odgłosem drona na wietrze.
W Sowińcu zastanawialiśmy się nad maścią pasących się tam koni. Karogniade, kasztany, gniade? Potem odbiliśmy w las. Wszędzie sucho, dość piaszczysto, wreszcie dojechaliśmy do szosy na Żabno. Zwiedzanie kościoła, potem cmentarza ewangelickiego, a potem przez las za cmentarzem. Cudny ten las, miejscami taka świetlista dąbrowa. Odbijamy na Górkę i Przylepki. Na skraju lasu pole konwalii dopiero co wyrosłych z cebulek. Długa aleja lip doprowadza nas prawie do samej wsi.
W zakrzaczonym parku ruina pałacu. Stamtąd równie przyjemną drogą zmierzamy do Brodnicy. Szary Nepomucen wita nas na początku wsi, dobrze się wkomponowuje w szary betonowy płot. Oglądamy pałac, kościół, grób Wybickiego, a potem położony w innej części wsi cmentarz. Jego osobliwością jest spora górka położona w środku tej nekropolii. Na szczycie same groby dziecięce i jeden stary grobowiec Kazimierza Sedlaka, dyrektora dóbr brodnickich.
Droga na Kopyta. Wąska, przyjemna. Samotny żuraw podrywa się do lotu. Po drodze dwa domki ukwiecone tulipanami we wszystkich kolorach. Mijamy szosę śremską, stare tory kolejowe. Ani śladu prac nad przywróceniem ruchu. Kawałek dalej przy kapliczce upamiętniającej koniec wojny (1945) odbijamy w prawo, w aleję, która prowadzi do Rakówki. Majątek utrzymany pięknie. Ktoś kupił i mieszka. Okrążamy go i polną drogą zmierzamy w stronę Gorzyczek.
Kiedy ostatnio przejeżdżaliśmy tędy, nie chciałem wjechać do folwarku. Tym razem na szczęście wjechałem, by podziwiać olbrzymi platan rosnący przy opuszczonym pałacu. Zabudowania folwarczne też ładne. Niestety zamarudziliśmy i nie starczyło czasu na zwiedzanie Borowa i pałacu w Czempiniu. Walcząc z wiatrem gnaliśmy na dworzec, by złapać pociąg z Czempinia do Poznania.
sobota, 25 kwietnia 2026
Han Kang, Nie mówię żegnaj
Poetycka, piękna, ale też trudna, wymykająca się gatunkowym klasyfikacjom. Taka jest ostatnia jak do tej pory powieść Han. Autorka wciąga czytelnika w tę lekturę intrygując stanem głównej bohaterki - narratorki. Wiemy, że przeżywa swego rodzaju kryzys, izolację, doprowadza się do abnegacji. Dręczą ją sny. Z tego stanu wyrywa ją przyjaciółka, która trafiła do szpitala. Narratorka jedzie na wyspę Czedżu zaopiekować się papużką chorej. Rozpoczyna się znakomicie opisany, pełen napięcia wyścig z czasem.
Kiedy bohaterka trafia na miejsce, bieg powieści rwie się na achronologicznie ułożone fragmenty. Narratorka sama, a co za tym idzie także czytelnik, traci orientację. Nie wiemy już, czy poruszamy się w świecie realnym, czy w świecie duchów. I właśnie w takim stanie bohaterka zaczyna poznawać tragiczną historię wyspy Czedżu, na której w 1948 r. doszło do ludobójstwa. Miejscami mamy teraz właściwie do czynienia z czymś, co przypomina literaturę faktu. Przytaczane są wypowiedzi świadków tamtych wydarzeń, a zadaniem narratorki jest upamiętnienie zamordowanych.
Bohaterka broni się przed tym. To wszak zadanie bardzo kosztowne emocjonalnie. Nie powinna nas zatem dziwić rwana opowieść, która zapewne ma odzwierciedlać rozterki i trudności narratorki.
To gatunkowe przełamanie, które następuje mniej więcej w połowie książki, może niektórych czytelników rozczarować. Skoro jednak Han Kang wybrała jako temat tak trudny rozdział dziejów Korei, nie powinno zaskakiwać, że zrezygnowała z przeprowadzenia odbiorców przez tę historię w bezpiecznej epickiej formie. Lektura jest wyzwaniem, które warto podjąć, choćby dlatego, że w naszej europejskiej świadomości tematy poruszane w "Nie mówię żegnaj" właściwie nie istnieją.
poniedziałek, 20 kwietnia 2026
Percival Everett, James
Pobieżnie przejrzałem opinie na temat tej książki: wtórna wobec "Przygód Hucka Finna", brakuje humoru Marka Twaina. Proponuję zapomnieć o Twainie i czytać "Jamesa" bez kontekstu. Oddać głos tytułowemu bohaterowi, niewolnikowi, który u Twaina jest postacią drugoplanową i poznać historię opowiedzianą z punktu widzenia czarnego mieszkańca Południa. Nie bez znaczenia będzie tu fakt, że autor sam jest Afroamerykaninem.
Warto przy tym zwrócić uwagę na warstwy, z których Everett zbudował swoją powieść. Pierwsza z nich to fabuła - atrakcyjna, łotrzykowska historia pełna zwrotów akcji i niebezpieczeństw. Druga to język. Czarni mówią inaczej niż biali. James, niewolnik, który sam nauczył się czytać i pisać, potrafi jednak posługiwać się językiem literackim. Biali zaś nie potrafią mówić jak czarni. James ma świadomość, że język jest czymś, co odgradza panów od niewolników. Można odnieść wrażenie, że choć specyficzny dialekt widzimy jako cechę przynależną stanowi niewolniczemu, to jest on również swego rodzaju azylem, w którym James i jego pobratymcy czują się bezpiecznie.
Trzecia warstwa polega na próbie przyjrzenia się transgresjom, przekraczaniu granicy pomiędzy wolnością i jej brakiem. Zasadniczym problemem tych transgresji jest niemożność wyobrażenia sobie funkcjonowania w świecie, w którym nie ma podziału na wolnych i zniewolonych. James, znajdując się w sytuacjach zbliżonych do wolności, na przykład wtedy, gdy udaje mu się zdobyć rewolwer, wydaje się bardzo zagubiony, nie wie jak działać i co z przytrafiającymi mu się namiastkami wolności począć. Również białym nie mieści się w głowie konfrontacja z czarnymi, którzy zachowują się jak wolni ludzie. To chyba najciekawsze, co możemy odnaleźć w powieści Everetta.
Mamy jeszcze warstwę czwartą, zaledwie naszkicowaną, ale skłaniającą do refleksji. Gdzie należy (i czy w ogóle trzeba) postawić granicę pomiędzy czarnymi i białymi? Uwarunkowania biologiczne, mieszanie się "ras", wielość odcieni "czerni" ową granicę upłynnia. Jest u Everetta postać Normana, niewolnika, po którym nie widać afrykańskiego pochodzenia (podobną figurę odnajdziemy też np. u Faulknera w "Światłości w sierpniu"). Sam Huckleberry Finn - jak sugeruje James - również ma domieszkę niewolniczej krwi.
Zakończenie powieści będące swego rodzaju preludium wolności nie jest jednoznacznym rozwiązaniem fabuły. Podobnie zniesienie niewolnictwa nie zakończyło historii rasizmu w Ameryce. Doskonale wiemy, że część ludzi potrzebuje wyraźnych granic. Dlatego warto czytać książki, które pomagają owe granice zacierać i do nich właśnie należy "James" Percivala Everetta.
czwartek, 16 kwietnia 2026
James Schuyler, Co na kolację
Ależ to się czyta! Już w połowie książki można odczuwać żal, że zbliżamy się do końca. Żeby wzbudzić podziw czytelnika nie trzeba wcale - jak udowadnia Schuyler - szczególnie atrakcyjnej czy skomplikowanej fabuły. Można przyjrzeć się codzienności przeciętniaków prowadząc stylistyczną grę z tym, co się opisuje.
Dostajemy obrazek gdzieś z Ameryki lat siedemdziesiątych. Trzy domy: rodzina z bliźniakami i babcią, bezdzietne małżeństwo oraz "wesoła wdówka". Schuyler redukuje do minimum opisy, za to rozwija mistrzowskie dialogi. Bohaterowie "Co na kolację" mówią wyświechtanymi frazesami, produkują słowną watę, która przypomina język reklam telewizyjnych obrazujących idealny, szczęśliwy świat, gdzie problemem mogą być jedynie trudno schodzące plamy lub rozdwajające się końcówki włosów. Efekt tego zabiegu jest paradoksalny - autorowi udaje się znakomicie sportretować amerykańskie społeczeństwo. Czytelnik musi domyślić się w tych zabawnych rozmówkach fałszu, sztuczności i nieadekwatności do sytuacji, które spotykają bohaterów (uzależnienia, pobyt w szpitalu psychiatrycznym, zdrada małżeńska). Autor puszcza do nas oko w końcówce. Bohaterom na krótką chwilę opadają maski, ale natychmiast wszystko powraca do normy.
Lektura zabawna, dziś już nieco "retro", ale przecież dawne czasy i ich niepowtarzalny styl mają dla wielu czytelników niezaprzeczalny urok.
wtorek, 14 kwietnia 2026
Jean-Baptiste Andrea, Czuwając nad nią, Kraków 2024 [wyd. Znak]
To niestety czytadło, nieco ambitniejsze, dobrze napisane, ale jednak czytadło. Są takie książki, które sprawiają, że czytelnik zaczyna podejrzewać autora o ukryty zamiar stworzenia kanwy potencjalnego scenariusza filmowego. To jest właśnie ten przypadek. Dzieje Mima Vitalianiego aż się proszą o przeniesienie na duży ekran. A gdyby jeszcze głównego bohatera zagrał Peter Dinklage, to ohoho! Autor powiela tu dość zgrany motyw niezwykle utalentowanego karła, który udowadnia, że wzrost nie ma znaczenia na drodze do sukcesu lub miłości. To efektowne, ale w sumie mało oryginalne.
Polski czytelnik ma okazję często obcować z literaturą osadzoną w realiach narodowego socjalizmu w niemieckiej wersji. Włoski faszyzm to już w zasadzie egzotyka, dlatego historia, która dzieje się w epoce Mussoliniego, może nas zaciekawić. Polityka toczy się jednak gdzieś na marginesie, drugi margines tej opowieści to meandry spraw kościelnych (na kartach pojawia się sam Pius XII). Pomiędzy nimi zaś lawiruje Mimo. Włoskie klimaty, sielski obrazek liguryjskiej prowincji to elementy, które powieści tej należy zaliczyć na plus.
Próby uciekania się do chwytów realizmu magicznego wychodzą natomiast tej powieści na złe. Historia o podziemnym mieście, uśmiercenie całej Pietra d'Alby w trzęsieniu ziemi i pompowanie tajemnicy wokół ostatniej rzeźby Mima - niezwykłej Piety - trącą nieco pretensjonalnością.
Książkę czyta się bardzo szybko. Fabuła wciąga, więc można ją polecić jako lekturę dla rozrywki. Jeśli oczekujemy czegoś więcej, poszukajmy gdzie indziej.
#####################
Wynotowane cytaty
Dopiero dzisiaj zdaję sobie sprawę, jak wiele piękno dnia zawdzięcza przeczuciu nocy. [s. 34]
Chciałam ci pokazać, że nie ma granic. Nie ma rzeczy niskich ani wysokich. Wielkich ani małych. Każda granica jest wymysłem człowieka. [s. 160]
Mnie też się kiedyś zdawało, że mam talent. Lecz od tamtej pory zrozumiałem, że nie można m i e ć talentu. Talentu się nie posiada. To obłok pary, który przez całe życie usiłujesz zatrzymać. A żeby coś zatrzymać, trzeba mieć dwie ręce. [s. 208]
Federico De Roberto, Wicekrólowie
Mikołajewski przyrównuje tę książkę do "Pana Tadeusza", ja widzę raczej podobieństwa do "Anny Kareniny". Mamy tu bowiem ...
-
"Znachor" reż. Jakub Roszkowski, Teatr im. J. Słowackiego "Znachor" jako propozycja na dzień zakochanych? Historia opowi...
-
Najpierw ustalasz reguły gry! mówi pisarz. A potem narzekasz, że musisz ich przestrzegać! [Legendy, s. 78]. Albo ich nie przestrzegasz, ja...
-
Przyznam się szczerze, że nigdy do końca nie rozumiałem zmagań literatów I połowy XX stulecia z zagadnieniem formy. Wiele energii wkładali n...