Łyżka miodu w beczce dziegciu
Farsa à rebours. Spektakl utrzymany jest bowiem w stylistyce tego wciąż niezwykle popularnego teatralnego gatunku, ale tematyka jest tu zdecydowanie cięższego kalibru (przepracowywanie traum rodzinnych, wiwisekcja nieudanych związków, męska przemoc symboliczna). Owszem, jest śmiesznie, choć przecież wiemy, że tu w zasadzie nie ma się z czego śmiać, a humor w spektaklu Kuby Kowalskiego jest właśnie tą łyżką miodu.
Można podzielić ten spektakl na 3 części. Pierwsza, zdominowana monologami Belci, ma nas wprowadzić w całą historię, jest zdecydowanie najsłabszym ogniwem całości. Razi tu i sam tekst, i brak teatralnego pomysłu na to wprowadzenie, i wreszcie gra aktorów, którzy nie do końca wiedzą, co z sobą na scenie zrobić.
I potem - mniej więcej od momentu, kiedy opowieści zamkniętej w łazience Belci zmieniają się w sceniczną akcję - spektakl nabiera wiatru w żagle. Jest więcej aktorskiego zaangażowania i pozytywnego teatralnego szaleństwa w odjechanych i typowo farsowych scenach jak epizod z pedantyczną cioteczką (rozkoszny Piotr Seweryński), bijatyka Belci i psiej niańki okraszona dźwiękami Etiudy Rewolucyjnej Chopina czy (hit!) porwanie Belci przez beduinów z wjeżdżającym na scenę wypchanym wielbłądem.
I wreszcie - kropka nad i - zakończenie, w którym zrywamy z estetyką farsy, bo po serii gagów i kabaretowych wręcz scenek twórcy serwują nam gorzką pigułkę. Ta część umownie zaczyna się od stwierdzenia, że prawdziwym piekłem jest zobaczyć siebie bez maski. Na potwierdzenie wypowiedzianych przez siebie słów matka Belci (świetna Katarzyna Żuk) rezygnuje z kpiarsko-ironicznej maniery i zmienia się w bezsilną starszą kobietę. Również Belcia musi zejść na ziemię i porzucić marzenia o księciu z bajki, bo te wciąż będą ją pchać w ramiona nieudaczników, których cały przegląd mamy w tym spektaklu. Dobrze, że rozbawionego widza twórcy zostawiają z tego rodzaju refleksjami.
Na koniec parę słów o grze aktorskiej. Pomimo że to farsa, nikt z obsady nie pozwolił sobie na sztampowe podejście do swoich ról. Owszem, mamy grę z manierą (niańka, czy wspomniane wcześniej matka i cioteczka), ale w odpowiednich proporcjach. Najtrudniejsze zadanie spoczywało na odtwórczyni głównej roli (Belci), Paulinie Walendziak. Udało jej się nakreślić postać w kryzysie emocjonalnym bez uciekania się do takich środków jak płacz czy rozpacz. Jej kreacja jest tym bardziej przejmująca, że widzimy bohaterkę niemal immunizowaną na wykorzystanie, przemoc i manipulacje, którym jest poddawana. Uwagę trzeba również zwrócić na wspomnianą tu już matkę oraz ducha Belci (Antoni Włosowicz), na którego barkach przez większość czasu spoczywała muzyczna oprawa spektaklu (fortepian, różnego rodzaju "przeszkadzajki", do tego brawurowo zaśpiewane "Amazing Grace").
Spektakl pozostawia dobre wrażenie pomimo ewidentnie nieudanego początku. Szkoda również, że nie zadbano lepiej o mikroporty, których używali aktorzy. Za dużo było tu trzasków i zanikającego głosu.
_______________________________________________________
Autorka:
Izabela Tadra
Reżyseria:
Kuba Kowalski
Adaptacja | dramaturgia:
Małgorzata Maciejewska
Scenografia | kostiumy:
Maks Mac
Muzyka:
Olo Walicki
Improwizacje muzyczne:
Antoni Włosowicz
Choreografia:
Krystian Łysoń
Reżyseria światła:
Damian Pawella
Inspicjentka | asystentka reżysera:
Agnieszka Choińska
Identyfikacja graficzna:
Ola Jasionowska
Prapremiera:
19 października 2024 r, Duża Scena
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz