Przyznam się szczerze, że nigdy do końca nie rozumiałem zmagań literatów I połowy XX stulecia z zagadnieniem formy. Wiele energii wkładali niektórzy w wyzwolenie się z różnego rodzaju form, masek itp. (Gombrowicz czy Pirandello właśnie) albo w poszukiwanie czystej formy (Witkacy). Sensu tych poszukiwań nie potrafię odgadnąć i nie wiem, czy wspomnianych autorów (i kilku innych) poszukiwania owe doprowadziły do ostatecznych rozwiązań.
Pirandello w charakterystycznie ironiczny sposób dostrzega zagrożenia wynikające z takich poszukiwań. Otóż mogą one doprowadzić twórcę do domu wariatów. Moscarda, główny bohater powieści "Jeden, nikt i sto tysięcy" pragnąc uwolnić się od form popada bowiem w szaleństwo. Użyte wcześniej słowo "twórca" należy przy tym rozumieć w najszerszym możliwym znaczeniu. Twórcą jest każdy z nas. Każdy bowiem, w przeważającej mierze nieświadomie, musi samemu wykreować własny obraz świata i poszczególnych osób, które spotyka na swojej drodze życia. Moscardów jest więc tylu, ilu ludzi, którzy się z nim stykają.
Tworzenie obrazów, ujęć, zamkniętego zbioru opinii na czyjś temat jest daremne. Uchwycić kogoś w takiej formie równa się uśmierceniu danej osoby. Wszystko póki żywe jest wszak zmienne. Ta konkluzja staje się swego rodzaju wyzwalającym odkryciem, któremu narrator daje wyraz pod koniec powieści:
Nazwisko jest napisem nagrobnym, niczym więcej. Jest dobre dla zmarłych. Dla tego, kto przybrał ostateczną formę. Ja jestem żywy i nie przybrałem ostatecznej formy. Życie nie przybiera ostatecznej formy. I nie wie, co to nazwy. To drzewo oddycha, drżąc nowymi liśćmi. Jestem tym drzewem. Drzewem, chmurą; jutro książką albo wiatrem; książką, którą czytam, wiatrem, który chłonę ustami. Cały na zewnątrz, włóczęga. [ss. 221-222]
Odkrycie to należy przełożyć na życie codzienne, w którym trzeba zrezygnować z przybierania masek na użytek kontaktu z innymi ludźmi. Fakt, że inni wciskają nas w swoje formy, ma również wpływ na nas samych, kiedy pod wpływem drugiego człowieka odgrywamy "wersję" przeznaczoną dla danej osoby. Z czymś takim Moscarda postanawia skończyć:
Otóż to: dla siebie nikim.
To była może droga prowadząca do tego, by stać się jednym dla wszystkich. [s. 220]
Odważna próba, wydaje się jednak, że niemożliwa do zrealizowania, chyba że szaleństwo można potraktować na równi ze śmiercią. Jedno i drugie wydaje się wyzwoleniem od formy. Nie wiem czy słusznie, ale zwariowany Moscarda staje się dla mnie postacią pokrewną Ludwikowi z "Kosmosu" Gombrowicza. W podobny sposób jak u Gombra główny bohater przez większą część powieści docieka tajemnicy, która rozwiązuje się w finale będącym swoistą iluminacją.
Niełatwo brnie się przez owe wewnętrzne zmagania bohatera Pirandella. Tym większe wrażenie robi wątek erotyczno-sensacyjny wpleciony do narracji pod koniec powieści. Zdaje się, że ten specyficzny, zakończony postrzeleniem z pistoletu, nieudany romans Moscardy z Anną Rosą był próbą, którą musiał przejść główny bohater na drodze do odnalezienia siebie samego - nieograniczonego żadnymi formami. Wszak rzekome obopólne erotyczne zainteresowanie tej dwójki wynikało jedynie z sugestii Didy (żony Moscardy), a nie z autentycznie żywionych uczuć. W awanturniczym epizodzie zrealizowali więc formę, w jaką wtłoczyła ich osoba trzecia.
Na koniec istotna refleksja. Filozoficzne założenia wynikające z powieści Pirandella stawiają pod znakiem zapytania zasadność wszelkiej twórczości, w tym pisarstwa. Daremny trud, skoro wszelkie wysiłki prowadzą artystę wyłącznie do uśmiercenia przedmiotu swojej twórczości. Tego włoski noblista był z całą pewnością świadom i stąd zapewne finalne szaleństwo narratora i wspomniana już wyczuwana "miedzy wierszami" ironia autora.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz