wtorek, 31 marca 2026

Annie Ernaux, Lata

Dzieło Ernaux to dość popularne we francuskiej literaturze autobiograficzne spojrzenie na tamtejsze społeczeństwo z pozycji osoby wywodzącej się z tzw. klas niższych. Mamy tu jednak do czynienia z czymś zupełnie innym niż np. dość głośne, również w Polsce, książki "Powrót do Reims" Didiera Eribona i "Koniec z Eddym" Édouarda Louisa. Panowie skupiali się bardzo na swoich historiach i opisywali wyzwolenie, jakie przeszli zrywając ze swoim prowincjonalnym pochodzeniem. 

U Ernaux nie ma "ja". Jeśli jest pierwszoosobowa narracja, to w liczbie mnogiej "my". Równie często autorka stosuje formy bezosobowe. Wypowiada się w imieniu całego pokolenia i całej grupy społecznej, którą możemy zdefiniować jako lewicową klasę pracującą. Sobie samej poświęca czas opisując jedynie stare fotografie. 

Jest tu kawał historii powojennej Francji. Razem z bohaterką przechodzimy przez trudny czas powojenny, polityczne wstrząsy, rewolucję seksualną, panikę związaną z AIDS, wreszcie cyfrowe przyspieszenie XXI wieku. Jest tu miejsce, by wspomnieć Piaf, Brassensa, Brela, Fernandela, Bourvila obok de Gaulle'a, Mitteranda, Chiraca. Jest odnalezienie się w roli matki, ale i pragnienie, w dużej mierze zrealizowane, seksualnej swobody, na której nie kładzie się już obawa o niechcianą ciążę.

W tej rekapitulacji powojennych czasów wielu czytelników i czytelniczek może odnaleźć siebie. To zapewne jest moc tej książki nie będącej wszakże literaturą wymagającą. 

@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@2

Wynotowane cytaty wg A. Ernaux, Lata, Wołowiec 2022 [wyd. Czarne]

 Nie mogły przeboleć, że nie urodziły się jeszcze albo właśnie wtedy, gdy trzeba było tłumnie wyruszyć na drogi i spać po stodołach jak Cyganie. Będą uparcie żałować tego nieprzeżytego czasu. Pamięć innych przekazywała im tajemną tęsknotę za epoką, na którą o mały włos się nie załapały, i nadzieję, że pewnego dnia jej doświadczą. [s. 21]

Każdemu, niezależnie od tego, czy był intelektualistą, czy nie, jeśli tylko reprezentował jakąś grupę, kondycję, rodzaj niesprawiedliwości, wolno było się wypowiedzieć i zostać wysłuchanym. Gdy się coś przeżyło jako kobieta, homoseksualista, uciekinier ze swojej klasy, więzień, chłop, górnik, miało się prawo mówić "ja". Podniecające stało się myślenie o sobie w kategoriach zbiorowości. [s. 102]

Albo jechali na wakacje do krajów Europy Wschodniej. Na szarych ulicach, przed znacjonalizowanymi sklepami, w których nieliczne pozbawione etykiet towary pakowano w szary papier, w mieszkaniach oświetlonych wieczorem jedynie zwisającymi z sufitów nagimi żarówkami mieli wrażenie, że podróżują po niespiesznym, pozbawionym wdzięku świecie lat powojennych, gdzie brakuje prawie wszystkiego. Było to słodkie i niewypowiedziane uczucie. Nigdy nie chcieliby jednak tam zamieszkać. Przywozili haftowane koszule i rakiję. Chcieli, żeby zawsze istniały gdzieś kraje,w których nie dokonuje się postęp i które pozwalałyby się im przenosić w przeszłość. [s. 109]

W domach spokojnej starości przed wyblakłymi oczami starych kobiet przesuwał się nieustający ciąg reklam zachwalających produkty, których niezbędności nigdy nie podejrzewały i których nie miały szansy kiedykolwiek użyć. [s. 215] 

poniedziałek, 30 marca 2026

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania tych najgłośniejszych dzieł. Mówi się zatem o takich instalacjach jak "Piramida zwierząt", "Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich" czy "Lego. Obóz koncentracyjny", ale widzowie muszą je sobie przypomnieć lub - jeśli ich nie widzieli - wyobrazić. Spektakl Michała Borczucha i Mateusza Górniaka mówi zresztą nie tylko o samych dziełach, ale również o procesie twórczym oraz odbiorze artystycznych wytworów przez publiczność. Mamy tutaj także próbę sportretowania środowiska, skupioną zwłaszcza na tzw. "Kowalni" czyli pracowni Grzegorza Kowalskiego, mentora takich artystów jak Katarzyna Kozyra, Artur Żmijewski czy Paweł Althamer. 
Materia to dla twórców niełatwa, ale efekt znakomity. Spektakl wciąga bowiem od samego początku. Duża w tym zasługa Małgorzaty Zawadzkiej, która jako Kozyra wprowadza nas powoli w uniwersum twórcy.
Spektakl jest napisany z dużym znawstwem, choć autora w momencie powstawania głośnej pracy Kozyry nie było jeszcze na świecie. Nie dostrzeżemy też w tekście Górniaka i spektaklu Borczucha hołdu dla polskiej sztuki współczesnej. Jest raczej spojrzenie pełne ciekawości, pozwalające również na krytykę. Można, jak sportretowany w sztuce lekarz zapytać, komu to wszystko potrzebne, na co idą nasze podatki i ilu pacjentom można by pomóc, gdyby budżety publicznych galerii przeznaczyć na służbę zdrowia. Można też zadać sobie pytanie, czy to, co oglądamy w galeriach, jest efektem świadomych działań, czy raczej wypadkową dość chaotycznych i nieprzemyślanych przedsięwzięć artystów. Zdaje się, że to widzowie dopowiadają twórcom - także w sztuce Górniaka/Borczucha - czego należy szukać w ich dziełach. Nie można jednak odebrać wspomnianym plastykom, iż ich twórcze działania wywoływały wiele dyskusji, fascynowały, stawiały pytania i kształtowały kulturalny obraz Polski. Warto zatem poszukiwać, eksplorować i zabiegać o twórczą wolność. Próbują to robić sami twórcy Starego Teatru w Krakowie, kończąc spektakl czymś na kształt tanecznego performance'u. Nie do końca wiadomo, o co w nim chodzi. Każdy może poszukiwać w nim własnych odpowiedzi. Ten swoisty teatralny reportaż o polskiej sztuce staje się w ten sposób dość abstrakcyjnym dziełem sztuki. Dzieło zaś jednocześnie przemienia się w tworzywo. 
"Piramida zwierząt" to jeden z najciekawszych eksperymentów, jakie w ostatnim czasie widziałem na polskich scenach. 

wtorek, 24 marca 2026

Lawrence Durrell, Kwartet aleksandryjski. Justyna

Czytamy zapewne o mieście, którego już nie ma. Durrell opisuje Aleksandrię w przededniu II wojny światowej, choć więcej czasu niż samemu miastu narrator poświęca kręgowi przyjaciół. Mamy do czynienia z miłosnym kwadratem i jego rozpadem. Ambicją autora jest dokonanie swego rodzaju wiwisekcji uczuć, ale ten zamiar i sposób jego realizacji okazuje się słabością tej książki. Musimy bowiem przedzierać się niekiedy przez stronice wypełnione ocierającymi się o pretensjonalność złotymi myślami. 

Ciekawie robi się wtedy, gdy Durrell zabiera nas w miejsca, w których możemy zasmakować lokalnego kolorytu, np. do razury Mnemdżiana, cyrulika, który zna wszystkie tajemnice miasta, do oazy będącej zamiejską posiadłością Nessima, a nawet nad jezioro Mariut, nad którym odbywa się polowanie na kaczki. 

Dzisiejszego czytelnika mogą również razić stwierdzenia mocno patriarchalne. Pamiętam, że uderzyło mnie stwierdzenie, iż inteligencja kobiet polega na przyswojeniu sobie wybitnych myśli wytworzonych przez mężczyzn. 

@@@@@@@@@@@@@@@@@

Wynotowany cytat za Poznań 2017 [wyd. Zysk i s-ka] tłum. M. Skibniewska

Wszyscy szukamy racjonalnego uzasadnienia dla naszej wiary w absurd. (s.111) 

poniedziałek, 9 marca 2026

Clemens J. Setz, Pociecha rzeczy okrągłych

Ciekawy, choć według mnie nierówny zbiór opowiadań, którego największą siłą jest umieszczanie bohaterów poszczególnych historii w sytuacjach, które z jednej strony można sobie z łatwością wyobrazić (bo są całkiem możliwe), ale z drugiej wydają się całkowicie niespotykane. Autor musiał przed napisaniem tych opowiadań mocno pogłówkować, by takie sytuacje skonstruować. Z zawartych w tym tomie dwa utwory wydają mi się najciekawsze. 

Pierwszy to historia romansu pewnego barmana i jednocześnie pedla z niewidomą kobietą. Odwiedzając ją w domu odkrywa, że poprzedni partnerzy zabazgrali kobiecie mieszkanie obraźliwymi napisami, których ta nie jest w stanie przeczytać. Nasz bohater nie wie, jak się zachować, więc przemilcza sprawę, która cały czas go dręczy.

Drugi jest zapisem rozmowy dyrektorki szkoły i ojca jednego z dzieci. Zadaniem dyrektorki jest nakłonienie rodziców do zakupienia fotografii zbiorowej, na której jest jedno z dzieci z mocno widoczną - domyślamy się - niepełnosprawnością. Nikt nie ma problemu z obecnością tego dziecka w szkole, ale równocześnie nikt nie chce zdjęcia z tym dzieckiem. Zarówno dyrektorka, jak i ojciec są świadomi, że prowadzą grę pozorów, a rozmowa, która kończy się niczym, musi się odbyć. 

Jak zwykle męczyłem się przy eksperymentach językowych. Jedno z opowiadań w całości napisane jest w stylizacji mającej naśladować wypowiedź kogoś, kto niedostatecznie opanował język niemiecki. Skupianie się na sensie wypowiedzi odciąga zaś uwagę od sedna tego opowiadania.  

Federico De Roberto, Wicekrólowie

Mikołajewski przyrównuje tę książkę do "Pana Tadeusza", ja widzę raczej podobieństwa do "Anny Kareniny". Mamy tu bowiem ...