poniedziałek, 22 grudnia 2025

Leon Lederman, Boska cząstka

Lubię w lekturach wracać co jakiś czas do książek popularnonaukowych, zwłaszcza z dziedziny fizyki. Laik taki jak ja może dzięki nim choć trochę zrozumieć świat - w tym wypadku mechaniki kwantowej.

Cenny dla mnie był tu przede wszystkim dokonany w pierwszej części książki przegląd odkryć i teorii, które doprowadziły do dzisiejszego stanu wiedzy na temat cząstek elementarnych. Co ważne, za moich czasów w szkole średniej nie wykraczano poza model atomowy Bohra. 

Druga część będąca historią tworzenia modelu standardowego pozwala nam zapoznać się - w zasadzie chronologicznie - z wszystkimi jego elementami. 

W momencie pisania "Boskiej Cząstki" istnienie niektórych cząstek nie było potwierdzone doświadczalnie. Dziś model ten jest w zasadzie zamknięty, choć nie wyklucza się możliwości odkrywania innych elementów (Lederman twierdzi, że bozon Higgsa może mieć kilka odmian).

Refleksja nad światem, jego złożonością prowadzi do w sumie banalnej konkluzji na temat naszej obecności w kosmosie, jej celowości i sensu... Ach... Dobrze, że Lederman jest doskonałym humorystą i nawet takie ludzkie wątpliwości potrafi przerobić w żart.

 

czwartek, 18 grudnia 2025

Koriolan, Teatr Nowy w Poznaniu

Klasycznie zrealizowany Szekspir, choć z elementami przenoszącymi nas w świat gier komputerowych lub, w innych miejscach, do przedwyborczych, sięgających dna debat telewizyjnych. 

Pierwsze sceny, w których akcentuje się militarne osiągnięcia Gajusza Marcjusza, nieco się dłużą. Spektakl przyspiesza w zasadzie dopiero po przerwie. Tu dopiero pojawia się właściwy dramat renegata, człowieka wiernego swoim poglądom i - można rzec - swojemu uporowi, ale nielojalnego wobec otoczenia, w którym wzrastał. 

Zgodnie z szekspirowską zasadą złamania decorum w tę wielką tragedię wpleciono kilka scen komicznych, w których brylują trybuni ludowi (świetni Andrzej Lajborek i Dariusz Pieróg). To oni właśnie zabierają nas na debatę wyborczą, a co więcej pozwalają zadawać pytania kandydatom! Wstawki z ich udziałem pomagały przebrnąć przez trudną pierwszą część spektaklu.

Tematyka Koriolana zawarta również we wspomnianych debatach wciąż jest aktualna. Dialektyczne klasowe napięcie udało się twórcom znakomicie przekazać widowni. Do kogo nam bliżej? Do patrycjuszy, elit, tych, którzy mają udział w rządzeniu i dostęp do wszelkich zasobów, czy do plebejuszy, którzy wciąż muszą upominać się o swoje i walczyć o godziwą egzystencję? 

Przewodnikiem po tym świecie okazuje się - poza wspomnianymi trybunami reprezentującymi poglądy ubogich - patrycjusz Meneniusz, postać znakomicie wycyzelowana przez Artura Romańskiego. Jego bohater rozumiał niuanse polityki i doskonale lawirował w okresie społecznych niepokojów. Koriolan tego nie potrafił i poniósł klęskę. 

A spektakl? Broni się. Pozwala zapoznać się z dramatem nie za często goszczącym na polskich scenach i nie wikła się w trudne do rozszyfrowania alternatywne pomysły reżyserskie.  

niedziela, 14 grudnia 2025

J. Słowacki, Balladyna, Lubuski Teatr w Zielonej Górze

Spektakl realizowany w dwóch planach. Kiczowaty i zagracony jak w szkolnym przedstawieniu plan pierwszy z chatką wdowy i pustelnią Popiela III (brakuje w nim tylko główek kapusty, dyni i stracha na wróble) i plan drugi z abstrakcyjną, jaskrawo oświetloną scenografią. W tym pierwszym dzieje się właściwa, "mówiona" akcja, drugi jest tłem dla ciekawych choreografii i współgra z barwną, świetną muzyką (grająca na bębnach świta Goplany!).

Muzyka i taniec to właśnie najjaśniejsze, najciekawsze elementy tego spektaklu, zrealizowane na najwyższym poziomie. Reszta niestety razi sztampowością i brakiem pomysłu. Szczęściem oszczędzono sam tekst. Aktorzy lecą jednak od sceny do sceny. Wierzyć mi się nie chciało, że można zrobić całą "Balladynę" w 80 minut. Okazuje się, że można, ale ze szkodą dla dramaturgii, która zawsze wymaga oddechu. Tego tu absolutnie zabrakło. 

Aktorstwo w większości drewniane z dwoma wyjątkami, do których zaliczam nieco nadekspresywnego Grabca (Robert Kuraś) oraz bardzo ciekawą Goplanę, której Marta Stalmierska nadała egzotyczny rys divy pokolenia Z. Według mnie zabrakło pracy z aktorami, co uwidacznia się w tym, że każda ze scenicznych postaci sprawia wrażenie, jakby pochodziła z innej bajki. Minimalistyczny, miejscami wręcz niezainteresowany akcją Pustelnik, przerysowana wdowa i Balladyna, która nie bardzo wie, co ze sobą zrobić na scenie. Wyszła z tego mieszanka dość eklektyczna, z której wyłowić można elementy ciekawe. Całość jednak nie pozostawia wrażenia dobrze skomponowanej propozycji. 

 

niedziela, 7 grudnia 2025

Złe wychowanie, Teatr im. Jaracza w Olsztynie

Nie ukrywam, że szedłem na ten spektakl z obawą. Tematyka - polskie skandale obyczajowe w kościele katolickim - mogła skłonić twórców do przygotowania farsy schlebiającej antyklerykalnym gustom, pomijając istnienie światopoglądowego środka, czy nawet skrzydła konserwatywnego naszego społeczeństwa. Tymczasem, mimo "jazdy po bandzie", produkcję Sulimy i Piaskowskiego można traktować jako propozycję dla szerokiego spektrum widzów i taka właściwie była widownia podczas mojej wizyty w teatrze. 

Wiadomo, kościół instytucjonalny już sam wybór tematu uzna za obraźliwy. Skoro jednak temat zaistniał w polskim dyskursie publicznym i to za sprawą samych duchownych, to dlaczego nie rozpracować go w formie scenicznego dramatu? I jeśli to robić, to tak jak w Olsztynie. Twórcy do opowiedzianych tu historii i ich bohaterów podchodzą w sposób delikatny, wręcz czuły. Przedstawione na scenie sytuacje śmieszą ale jednocześnie również smucą.

Najsmutniej robi się chyba na zakończenie kulminacyjnej sceny tego przedstawienia, w której odtwarzana jest orgia na plebanii w Dąbrowie Górniczej. Śmiech przechodzi tu z oczywistych względów w niepokój i współczucie w obliczu śmierci pracownika seksualnego, któremu uczestniczący w orgii ksiądz nie udzielił pomocy. Mamy w tej scenie wielki teatr. Sztuką jest przemienić fizjologię w moment przepełniony poezją i refleksją. I tu również należą się wielkie ukłony dla aktorów, zwłaszcza Macieja Cymorka za dramatyczną rozmowę z dyspozytorką pogotowia.

Okazji do aktorskich popisów dostarczyła zresztą nie tylko ta scena. W kościelnej, pełnej metafor stylizacji językowej doskonale odnalazła się Joanna Fertacz (Siostra przełożona). Rozbawił mnie również Wojciech Rydzio w roli włoskiego asystenta, kamerdynera kardynała Dziwisza.

Złe wychowanie

Premiera: 23-02-2025

tekst i dramaturgia: Hubert Sulima
reżyseria: Jędrzej Piaskowski
koncepcja: Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima
scenografia: Anna Maria Karczmarska, Mikołaj Małek
reżyseria świateł: Szymon Kluz
kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Jacek Sotomski
asystent scenografów: Kacper Łyszczarz
asystentka reżysera: Milena Gauer
inspicjentka/suflerka: Grażyna Czarkowska 

obsada: 
Maciej Cymorek
Marian Czarkowski
Joanna Fertacz
Milena Gauer
Radosław Hebal
Aleksandra Kolan

Maciej Pesta (gościnnie) / Wojciech Rydzio

czwartek, 4 grudnia 2025

Pajtim Statovci, Niewidzialni, Warszawa 2024 [wyd. Pauza]

Czym innym jest pisanie, zastanawiam się, jeśli nie zgadzaniem się na wszystko, ranieniem siebie i znoszeniem własnej niekompletności, kroczeniem nago przez otwarty plac? [s. 51]

To zdanie mogłoby posłużyć za opis powieści Pajtima Statovciego. Nawet jeśli w beletrystyce nie da się utożsamić autora z narratorem i bohaterem, to jednak nie da się zaprzeczyć, że to, co czytamy wzięło początek w głowie pisarza. Nawet w takim wypadku pisanie bez ogródek o przemocy, wykroczeniach i nadużyciach całych społeczności, ale także jednostki, wymaga od autora odwagi, bezkompromisowości i odsłonięcia - owego "kroczenia nago przez otwarty plac".

Artim, główny bohater "Niewidzialnych" nie jest sympatyczną osobą. Oczywiście, dorastał w swojej kulturze, w trudnym, pełnym przemocy czasie rozpadu Jugosławii i od przemocy (także jej stosowania) nie potrafi uciec. Z drugiej strony jest człowiekiem wrażliwym, marzy, by zostać pisarzem. Brakuje mu chyba jednak pisarskiego szerokiego spojrzenia. Artim skupia się bowiem wyłącznie na sobie. To być może sposób na przetrwanie. Ale trudno być twórcą, nie skupiając się na tym, co dookoła nas. Ciężarna żona, potem dzieci stają się balastem, kochanek znajduje się w polu zainteresowania Artima, dopóki jest zdrowy, nawet pobyt w więzieniu i hańba nie wyrywają bohatera z autystycznego stuporu.

Kontrastem dla Artima są ludzie wokół, którzy dbają o niego, są stanie wiele dla niego oddać i zrobić. Nawet mimo wyrządzonych krzywd Ajsze troszczy się o swojego byłego męża. Milos haruje i ostatnie pieniądze wydaje na wspólny wyjazd.

Pajtovci opisując rozpad mikrokosmosu jednostki (świata, w którym wzrastał, rodziny, miłości) unika usprawiedliwiania swojego bohatera traumą wojny, sytuacji uchodźczej, koniecznością ukrywania się geja w homofobicznej kulturze. To jest siła jego prozy i jednocześnie jej słabość. Nasza kultura lubi wszak bohaterów dynamicznych. A Artim pomimo swoich życiowych zakrętów nie przechodzi żadnej przemiany. Tego mi w "Niewidzialnych" zabrakło.

niedziela, 30 listopada 2025

Torgny Lindgren, Legendy, Warszawa 2024 [wyd. ArtRage]

Najpierw ustalasz reguły gry! mówi pisarz. A potem narzekasz, że musisz ich przestrzegać! [Legendy, s. 78]. 

Albo ich nie przestrzegasz, jak bohaterowie opowiadań Torgny Lindgrena. Jako że są wytworami fantazji pisarza, stać ich nawet na łamanie praw natury, zarówno tych fizycznych (chodzenie po wodzie, podnoszenie nadludzkich ciężarów), jak i moralnych.

Dopóki żyjemy, Bóg przynależy do nas, mówi w jednym z opowiadań Jozue. I to on - biblijny patriarcha - nakazuje wstrzymać słońce i zrzucić kamienie na Gibeonitów. Zatem człowiekowi, koronie stworzenia, wolno wszystko. Wszelakie prawa stanowi on sam i nie ma praw absolutnych, bo zawsze znajdzie się jednostka, która istniejące reguły zaneguje. Taka, zdaje się, pesymistyczna myśl przewodnia płynie z opowiadań szwedzkiego pisarza.

Legendy to tytuł dość przewrotny. Przyzwyczajono nas, że w legendach występek, choć przejściowo triumfuje, zostaje w końcu ukarany. U Lindgrena nie ma kary, wyrządzone zło nie zostaje naprawione. Występek przyjmowany jest wręcz z milczącą aprobatą, a niekiedy nawet bywa nagradzany, jak to ma miejsce w historii o rolniku Otto, który zagarnia sąsiadom ziemię, przesuwając niepostrzeżenie kamienie graniczne.

Życie jest zupełnie pozbawione sensu, rzekł mierniczy. To dlatego porządek jest nieodzowny. 
Ja sądzę, stwierdził Otto, że życie ma sens.
Gdyby życie miało sens, rzekł mierniczy, nie byłyby potrzebne prawa ani granice.
[s. 46]

Należałoby z przytoczonej wyżej rozmowy wywieść, że w świecie przedstawionym Lindgrena ów sens wynika z motywów danej jednostki, jej uniwersum, imperatywu wewnętrznego, partykularnych celów. Porządek taki czyni z jednostki osobę boską.

A co znaczy wierzyć?
To myśleć: ona jest wszystkim, a ja niczym.
[s. 87]

Ubóstwiony bohater wszystkim, pozostali - niczym. Tak właśnie dzieje się w opowiadaniach Lindgrena. Otoczenie jest niezwykle bierne, a bohaterowie zwykle nie napotykają oporu. W naszym, realnym świecie takie postawienie spraw doprowadziłby niechybnie do Hobbesowskiego stanu natury. Wnioskujmy zatem, że jednostkowy sens dla społecznego organizmu jest jednak bezsensem. Ostatecznie żywot jednostki jest krótki,  jej pragnienia ulotne, a usiłowania daremne, co dobitnie autor potwierdza w ostatnim w zbiorze opowiadaniu o Buddzie. Mimo to nieustannie próbujemy stawiać opór...

W ludzkiej zuchwałości objawia się tęsknota natury, by wrócić do stanu sprzed stworzenia i osiągnąć spokój. [s. 27] 

A tym stanem jest chaos? Nicość? W mikroskali ograniczonej do naszego niewielkiego wszak globu rezultatem ludzkiej zuchwałości okazać się może zagłada planety. Refleksja nad prawami i granicami może zastąpić czytelnikowi morał, który zwykle w legendach, baśniach czy przypowieściach wyłożony jest w sposób wyraźny. 

Trzynaście opowiadań Torgny Lindgrena, to teksty krótkie i napisane prostym, przystępnym językiem. Niosą mimo to ogromny ładunek myślowy. To właśnie cechuje mistrzów pióra.  

piątek, 28 listopada 2025

Magdalena Tulli, W czerwieni

W gęstej, bardzo obrazowej, niemal poetyckiej prozie Magdaleny Tulli, bohaterem jest wymyślone miasto Ściegi. Obserwujemy jego rozkład. Od porządku ustalonego w Belle Epoque do chaosu czasów po Wielkiej Wojnie. 

Bogactwo smaków, zapachów, kolorów, utensyliów, bibelotów przypomina cudne opisy Petra Stancika z "Młynu do mumii". O ile jednak u czeskiego pisarza ta feeria szczegółów jest dopełnieniem fabuły, o tyle u Tulli jest literackim celem samym w sobie. Brak fabuły jest tu niestety dotkliwy. Są jej zalążki, które rwą się i prują wraz ze śmiercią kolejnych bohaterów. Żadna z postaci, która pojawia się na kartach powieści nie ma szansy stać się pierwszoplanowym bohaterem. Bliżej tu zatem Tulli do Piotra Szewca i jego "Zmierzchów i poranków", w których protagonistą także staje się miasteczko.

Zagracenie tego literackiego świata niestety ciąży. Remedium mogłoby być skupienie się od czasu do czasu na jakimś pojedynczym motywie. Tego jednak w książce Magdaleny Tulli nie odnajdziemy. Docenić musimy z pewnością walory językowe i mistrzowską frazę. I musimy czekać, aż pojawi się książka, w której dojmująca historia (jak z "Włoskich szpilek") spotka się z takim właśnie secesyjnym mikrokosmosem. 

poniedziałek, 24 listopada 2025

E. L. Doctorow, Ragtime

Pisana według amerykańskiej sztancy, tak by stać się materiałem na scenariusz filmowy, posiada jednak wiele zalet:

1. Autor puszcza wodze fantazji, dzięki czemu odnajdujemy w tej powieści sceny tak brawurowe, jak ta, w której młodszy brat matki wypada z szafy, z której podglądał Evelyn Nesbit masowaną przez Emmę Goldman.

2. Jest znakomitą panoramą Stanów Zjednoczonych początku XX w. Obejmuje wszystkie warstwy społeczne od lumpenproletariatu aż po szczyt piramidy społecznej (J.P. Morgan).

3. Bezkompromisowo rozprawia się z amerykańskim rasizmem. Coalhouse Walker pomimo zbrodni, których dokonywał w akcie zemsty za upokorzenia, budzi sympatię czytelników. Na przeciwnym biegunie mamy rasistę - idiotę, strażaka Conclina. 

Da się wyczuć krytyczne podejście do mitu Stanów Zjednoczonych jako ojczyzny wolności, mekki ludzi przedsiębiorczych, miejsca powszechnego dobrobytu. Wydaje się jednak, że krytycyzm Doctorowa, choć wyraźny, nie jest jednak tak głęboki i wielowymiarowy jak choćby w twórczości Faulknera. Trzeba więc "Ragtime" włożyć na półkę z literaturą rozrywkową. Dobrą, ale jednak rozrywkową. 

wtorek, 18 listopada 2025

Sebastian Barry, Czas starego boga

Aż się nasuwa stwierdzenie: historia współczesnego Hioba (abyśmy nie mieli wątpliwości, autor opatrzył książkę cytatem z Księgi Hioba). Stary, osamotniony człowiek. Miał wszystko, a zostały mu tylko wspomnienia. Na początek poznajemy te dobre wspomnienia, a potem, najpierw małymi porcjami, wkradają się te złe. Aż wreszcie na koniec zwala się na czytelnika cała lawina nieszczęść, które stały się udziałem Toma Kettle'a. 

Wyglądają one na dopust boży, bo nic w narracji prowadzonej śladem wspomnień Toma nie zapowiada tak dramatycznych wydarzeń. Być może Tom - detektyw z zawodu przecież (!) - nie dostrzegał niepokojących sygnałów. To wręcz niewiarygodne. Lecz kogo za tę wiarygodność winić? Toma czy Sebastiana Barry'ego?

Co mi przeszkadzało w tej książce? Zdecydowanie jej styl. Barokowo zakręcone i długaśne, efektowne zdania, homeryckie porównania i specyficzny, taki lekko gwarowy, ni to poufały, ni to protekcjonalny język, którym posługują się bohaterowie. Stylizacja językowa jest zapewne wielkim wyzwaniem dla tłumaczy, a anglosascy pisarze lubują się w tego typu zabawach słownych.

Lektura będzie ciekawa z punktu widzenia rozliczeń z kościołem, które w Irlandii zaczęły się szybciej niż u nas. Z literackiego punktu widzenia nie stanowi jednak fascynującej przygody. 

 

środa, 12 listopada 2025

Jonatan Littel, Łaskawe

Czy Max Aue da się lubić?

Można znaleźć w sieci fragment recenzji Krzysztofa Vargi, w którym czytamy, że podczas lektury "Łaskawych" czasem czujemy sympatię do Obersturmbannführera Aue. Otóż nie! Wolałbym, żeby Varga nie wypowiadał się w imieniu czytelników. Nie ma bowiem, w mojej ocenie, fragmentu, w którym można by poczuć sympatię do tej osoby. Littel dba o to, by jakiekolwiek pozytywne uczucia względem głównego bohatera zdusić, zanim zdołają wykiełkować. 

Aue jest nazistą z przekonania i do samego końca. Jego jedyne wątpliwości są natury estetycznej. Ten miłośnik poezji, muzyki klasycznej i dobrych  trunków wolałby z pewnością nie odwiedzać obozów zagłady, nie patrzeć na mord w Babim Jarze, nie zadawać się z prymitywami pokroju Blobela, Hössa czy nawet Himmlera. Wierzy jednak Führerowi, więc przystaje na to, co się dzieje kosztem męczących go nieustannie mdłości.

Jednak nie tylko uwikłanie głównego bohatera w zbrodnię holocaustu czyni z niego postać antypatyczną. Wielce problematyczna jest również jego historia rodzinna. Aue nosi w sobie głębokie poczucie krzywdy. Porzucony przez ojca, twierdzi, że odtrąciła go matka i to na nią zrzuca winę za swe traumy. Trudno mu wszakże współczuć. Odbieramy go jako osobnika niedojrzałego, który nie przepracował przeszłości i swoje relacje rodzinne zamroził w emocjonalności trzynastolatka. Niedojrzała jest również jego postawa społeczna. I nie chodzi tu nawet o ślepe posłuszeństwo zbrodniczym przełożonym (wszak nie odbiegał w tym zakresie od rzeszy podobnych mu Niemców), ale o bierność i potrzebę bycia kierowanym przez innych. Aue nie zrobiłby kariery w SS, gdyby nie popychali go mentorzy i przyjaciele: Thomas, Leland i Mandelbrod. 

Choć antypatyczny, jest jednak Aue atrakcyjną postacią literacką. Po pierwsze dlatego, że znajduje się w ważnych miejscach i momentach historii, zna ważne postaci. Nie odczuwamy przy tym przesytu, jakiegoś literackiego "przesolenia", jak to na przykład miało miejsce z Erykiem Stamelmannem z "Doliny Radości" Chwina, którego historia była po prostu niewiarygodna. Po drugie, jest szczęściarzem, wychodzi zawsze z opresji, w czym pomagają mu niekiedy (a niekiedy utrudniają) epizody ewidentnego szaleństwa (ugryzienie Hitlera w nos!). Miejscami nieprawdopodobne zachowania czytelnik może tolerować chyba właśnie dlatego, że w czasie zbiorowej fiksacji, jaką był narodowy socjalizm, ekstrawagancje Auego wydają się wpisywać w ogólny nurt. Ta nuta szaleństwa i fart stawiają naszego SS-Obersturmbannführera w jednym szeregu z takimi postaciami jak Tyron Slothrope z "Tęczy Grawitacji" Pynchona czy porucznik Hoszowski z "Warunku" Rylskiego. Zwłaszcza ten ostatni. Przedzieranie się Maxa i Thomasa z Drawska do Berlina pod koniec zimy 1945 jako żywo przypomina ewakuację Hoszowskiego i Rangułta z Rosji w 1812 r. 

Inne, choć dalekie, literackie pokrewieństwo jest proweniencji Kafkowskiej. Bohater ma problem z rodzicami. Ma również problem z prawem - Auego regularnie nachodzą dwaj policjanci, którzy nieustępliwie, pomimo kolejnych sądowych umorzeń, próbują doprowadzić do jego skazania w związku z niewyjaśnioną śmiercią matki i ojczyma. Nie wiadomo przy tym, czy nasz bohater jest winien. Zagadka zabójstwa rodziców nie zostaje rozwikłana. Możemy jednak założyć, że padli ofiarą napadu szaleństwa później wypartego przez Maxa.

Max Aue jest człowiekiem swoich czasów. Nie budzi naszej sympatii, bo budzić jej nie może chyba żadna postać z powieści Littela. Stosunkowo najłaskawiej autor potraktował kobiety. Tu spośród szeregu odhumanizowanych, zautomatyzowanych wręcz funkcjonariuszek, sekretarek, gospodyń wyróżniają się dwie - Una i Helena, siostra i przyjaciółka Maxa. Są dalekie od ideologicznego zaczadzenia, ale pozostają bierne. Una wiedzie łatwy żywot żony bogatego arystokraty, a Helena pozostaje zakochana w Maxie, nawet kiedy dowiaduje się o jego udziale w eksterminacji. 

Littel wnikliwie i ze swadą sportretował III Rzeszę. "Łaskawe" pozostają unikatem bo prezentują perspektywę zbrodniarzy i pokonanych w tej wojnie. Jesteśmy przyzwyczajeni do narracji zwycięzców, a jeśli do głosu dochodzą Niemcy, to jest to zwykle głos uznający winę i poszukujący historii tych nielicznych "sprawiedliwych" (vide Kirst, Fallada, Böll, Hegi i wielu innych). Pomimo przyjętej perspektywy nikt nie powinien mieć wątpliwości co do intencji autora. Oczywistym jest, że Littel potępia nazizm, a ewentualne kontrowersje czy zarzuty związane z epatowaniem erotyką łamiącą wszelkie tabu powinny zejść na plan dalszy wobec bezlitosnego obnażenia szaleństwa, w którym pogrążyły się Niemcy czasów Hitlera.

niedziela, 9 listopada 2025

Flatlandia, czyli Kraina Płaszczaków, Teatr im J. Szaniawskiego Wałbrzych

Teatralny eksperyment z tekstem niełatwo adaptującym się na scenę. Brakuje tu tradycyjnej akcji, nie ma raczej miejsca na aktorskie popisy, a na pierwszy plan wysuwa się wyzwanie intelektualne. Widz musi uruchomić wyobraźnię, abstrakcyjne myślenie, wyciągnąć z pamięci prawidła geometryczne i wyruszyć w podróż na poszukiwanie kolejnych wymiarów. Do tego bowiem skłania ten spektakl - do wyobrażenia sobie, że można nasz 3-, a nawet 4-wymiarowy świat obserwować z perspektywy jeszcze większej liczby wymiarów, do których z racji naszych ograniczeń fizycznych i percepcyjnych nie jesteśmy w stanie dotrzeć.

Należy się więc uznanie dla realizatorów za podjęcie się tego ambitnego zadania. Mam jednak wątpliwości, czy poza ową refleksją filozoficzno-matematyczną, coś w pamięci widza pozostanie na dłużej. Nie będą to mało efektowne permutacje obrazu scenicznego rzucane na ekran odgradzający aktorów od widzów. Nie będą to mało efektowne geometryczne choreografie. 

Warto było przypomnieć tekst Abbotta. I to największa wartość tego spektaklu. 

 

Flatlandia, czyli kraina płaszczaków

adaptacja: Rebecca Pierrot, Krzysztof Garbaczewski
reżyseria, scenografia, wideo, muzyka: Krzysztof Garbaczewski 

Bugonia, reż. Jorgos Lantimos

Chyba najbardziej odjechany film Lantimosa. Jesteśmy przyzwyczajeni, że ten reżyser wrzuca nas za każdym razem w środek nietypowej (dystopijnej, szalonej, groteskowej czy wręcz surrealistycznej) sytuacji. Ale w "Bugonii" miesza z sobą aż dwa porządki, niewpasowujące się w to, co mieścilibyśmy w ramach normy. 
Mamy więc świat Teddy'ego, którego odbieramy jako świra cierpiącego na poważne zaburzenia osobowości, oraz świat "obcych", którzy zawładnęli ziemią, czego biedni ziemianie nie są w stanie spostrzec.
Wymieszanie światów skutkuje wymieszaniem gatunków (thriller, komedia, S-F, dramat społeczny) i jest to mieszanka swoiście wybuchowa. Koronkowy scenariusz, znakomicie zrealizowany. Układanka z precyzyjnie odmierzonymi ingrediencjami, nawet takimi jak muzyka (genialna!). Finałowe "Where have All The Flowers Gone" Marleny Dietrich! Dezynwoltura, hucpa, ale w żadnym momencie nie ma poczucia, że coś tu przedobrzono. 
A co najważniejsze film stawia również diagnozę naszej cywilizacji w fazie turbokapitalizmu i antropocenu. I nie jest to diagnoza, która pozwala na pomyślne rokowania. 

piątek, 31 października 2025

Franz Kafka, reż. Agnieszka Holland

Bardzo mi się podobał kręcony w Czechach "Szarlatan", więc liczyłem na kolejny dobry "czeski" film Agnieszki Holland. Powstało dzieło bardzo ładne wizualnie, pieczołowicie przygotowane i solidne warsztatowo. Przy tym mocno postmodernistyczne, z dużym dystansem do legendy Kafki, choć nie do niego samego i nie do jego twórczości. 

Pytanie, czy życie Franza Kafki nadaje się na scenariusz filmowy, dający się ułożyć w koherentną opowieść z klimaksami i katartycznym zakończeniem. Zapewne nie, co widzimy w tym filmie. Mamy wszakże w zakończeniu pewną namiastkę katharsis - scenę z płaczącym Hermannem Kafką (prawdopodobnie na wieść o śmierci syna). Kreacja Petera Kurtha robi duże wrażenie. Wciela się w ojca innego niż wynika np. z "Listu do ojca", zdecydowanie mniej apodyktycznego, czy autorytarnego. Owszem, miewa napady szału, ale ich adresatem nie jest raczej Franz. Młody pisarz, w ujęciu Holland, żył w domu jak na owe czasy tolerancyjnym i liberalnym, a ojcowskie tyrady w końcu i tak ginęły gdzieś w domowym harmidrze. Na tle ojców tamtej epoki Hermann Kafka z pewnością nie był egzemplarzem wyjątkowo potwornym. Choć jest go tutaj mało, wypada i tak ciekawiej niż tytułowy bohater, którego poznajemy raczej powierzchownie. Scenariusz, który mocno poszatkował życiorys pisarza, nie pozwala nam bowiem zajrzeć wnikliwiej wgłąb kafkowskiego "ja". Tego najbardziej szkoda.

https://kino.tarnow.pl/uploads/site/media/Peter-Kurth-as-Hermann-Kafka-Daniel-Dongres-as-young-Franz-Kafka-Sandra-Korzeniak-as-Julia-Kafka-fot-Marlene-Film-Production-Copy-68ef6e1c561b6.jpg 

czwartek, 16 października 2025

Virginia Woolf, Orlando

No więc ja nie mogę czytać Virginii. Każda jej książka to dla mnie męczarnia. Doceniam mistrzowski język, a w przypadku Orlanda kąśliwą ironię. Ale - na Swaroga - ja nie wiem, po co to jest. O ile jeszcze interesująca wydaje się przemiana płciowa osoby bohaterskiej, o tyle jej "długowieczność" jest konceptem dziwacznym. Przerzuca nas Virginia z miejsca na miejsce, w coraz nowsze czasy, jedni przemijają, inni nie. 

Upadam pod ciężarem tej literatury. Przyznaję, że nie dorastam.  

Beata Janowska, Wędrówki przez czas

Wydana na bardzo dobrym papierze, bogato ilustrowana. Ma się też wrażenie przerostu formy nad treścią. Jest to chyba wyraz ambicji popularyzatorskich autorki, która ma na koncie ileś tam tomów "Multimedialnej Historii Polski".

"Wędrówki" to zbiór wywiadów, który mógłby wyjść w prasie, zostać wyemitowany w radiu, ale czy koniecznie w formie książki. To takie trochę popisywanie się erudycją, niekiedy  z pogłębionym wejściem w temat, a innym razem prześlizgując się zaledwie po nim.

Nie do końca wiadomo jaki był klucz. Nie do końca wiadomo, czemu w tytułach niektórych wywiadów są miasta, choć rozmowy zaledwie zahaczają o te miejscowości (np. w przypadku wywiadu zatytułowanego Poznań 1656). 

Są też kwestie dyskusyjne. Wywiad o Warszawie okresu nocy Apuchtinowskiej zawiera stwierdzenia, że Wielkopolska biernie przyjęła germanizację.

poniedziałek, 29 września 2025

Eliot Weinberger, Z rzeczy pierwszych

Określa się tę książkę jako zbiór esejów. Przynależność gatunkowa "Z rzeczy pierwszych" jest jednak według mnie dyskusyjna. Teksty zgromadzone w niej to w zasadzie gatunek osobny. Idąc za Kołakowskim można by je nazwać mini wykładami o maxi sprawach - owych "rzeczach pierwszych" właśnie.

Czym są rzeczy pierwsze? To zagadka dla czytelnika. Literalnie, biorąc pod uwagę tematy poszczególnych tekstów, mogą to być wierzenia, pory roku, natura. 

Ważna dla zrozumienia całości wydaje się dwuczęściowa baśń o kwitnącym drzewie. W zamykającym zbiór zakończeniu baśni czytamy o okaleczeniu księżniczki przemieniającej się w kwitnące drzewo. Tekst ten obrazuje nasz stosunek do ziemi, czy - szerzej myśląc - natury. Kochamy ją i jednocześnie niszczymy dla własnych, czasem egoistycznych i bardzo przyciemnych celów. Nadal jej nie pojmujemy, niezależnie, czy przyjmujemy perspektywę wyznawcy mającego dostęp do prawd objawionych (teksty o różnych praktykach religijnych), czy też filozofa opierającego się na poznaniu rozumowym (teksty o Empedoklesie oraz Blanquim i Benjaminie). 

Małżonek okaleczonej księżniczki traci możliwość kontaktu z ukochaną. Wydaje się, że i my utraciliśmy możliwość kontaktu z naturą. Zakończenie to można traktować jako klucz do lektury tomu Weinbergera. Być może istnieją też inne. Poszukiwanie klucza jest jedyną możliwością, by nie traktować tego dziełka jako zbioru luźno powiązanych tekstów. Sytuacji czytelnika nie ułatwia fakt, że Weinberger przyjął - zdaje się - postawę konsekwentnie obiektywną. Nie znajdziemy tu w zasadzie refleksji pochodzących od autora. Za wszystko muszą nam starczyć zreferowane naukowo fakty lub reportażowe opisy, a ewentualne wnioski musimy wyciągnąć sami z zestawienia poszczególnych tematów.

To, co z jednej strony jest wielką zaletą książki - ukazanie bogactwa i różnorodności zarówno natury, jak i kultur naszego świata - z drugiej bywa pewnym obciążeniem. Ilość szczegółów może przytłaczać, zwłaszcza w warstwie religioznawczej, która dla czytelników reprezentujących postawę racjonalną (sam włączam się do tej grupy) nie jest specjalnie ciekawa. 

niedziela, 28 września 2025

Sōseki Natsume, Sedno rzeczy

To jedna z tych historii, w których zdarzenie z młodości odciska piętno na całym życiu bohatera. Zanim poznamy tajemnicę senseia, zetkniemy się kilkakrotnie z wyrażoną przez niego opinią, zgodnie z którą ludzie są w zasadzie dobrzy, ale w szczególnych okolicznościach mogą okazać się podli. Zdanie to nasz bohater odnosił także do siebie, o czym przekonamy się pod koniec książki. Czy słusznie?

Natsume nakreślił postać senseia w sposób niebudzący antypatii czytelnika. Bliższe powinny być raczej takie postawy jak współczucie. Sprawiedliwa ocena tego bohatera powinna wszakże opierać się na znajomości psychologii oraz obyczajów Japonii. Czy rzeczywiście sensei winien był śmierci K.? Wszak jedyną jego winą było uprzedzenie przyjaciela w staraniu o rękę tej samej kobiety. Cień na senseia rzuca jednak fakt, iż K. nie był świadom tego, że ma w senseiu rywala.

Powściągliwość w wyrażaniu uczuć, niepewność własnych emocji i nieufność względem innych można ocenić jako tchórzostwo. Czy gdyby walka o ukochaną kobietę z przyjacielem przybrała formę otwartej konfrontacji, patrzelibyśmy na senseia inaczej? Bohatersko-romantyczny paradygmat dominujący w naszej kulturze być może pozwoliłby łatwiej usprawiedliwić wygranego w takiej walce. 

Pojawia się także w rozmowach senseia z K. opozycja: ludzki - nieludzki. Postawa senseia wydaje się właśnie bardzo ludzka. Rycerskie walki o kobietę lub szlachetne wycofanie się jednego z rywali w realnym życiu należą chyba do rzadkości, a więc są nieludzkie. 

Wrażenie robi skrupulatność autora i pogłębiona analiza postaw bohaterów tej powieści. Porcja solidnej, choć być może nieprzesadnie efektownej prozy.

$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$

Wynotowane cytaty:

Soseki Natsume, Sedno rzeczy, Warszawa 2022 [wyd. Czytelnik]

Widzisz, samotność jest ceną, jaką musimy płacić za to, że urodziliśmy się we współczesnej epoce chlubiącej się pełnią wolności, niezależności i rozwojem egoistycznego "ja". [s. 40]

Ale chyba nie lubi świata, który go otacza. Należałoby może powiedzieć, że nie o świat chodzi, lecz o ludzi. [s. 47]

poniedziałek, 22 września 2025

Herman Hesse, Wilk Stepowy

 Hermann Hesse, Wilk Stepowy

W sumie rozczarowanie. Zaczyna się wszakże ciekawie od zarysowania ciekawych tematów, nie do końca ujętych w sposób oparty na zdobyczach nauki, ale wciąż frapujący (np. nurtujący ówczesną literaturę problem mieszczaństwa, zagadnienie wielości jaźni). 
Hesse we własnym posłowiu pisze, że jest to dzieło traktujące o kryzysie egzystencjalnym człowieka 50-letniego i sposobie przezwyciężenia tego kryzysu. Bohater Hessego, Harry Haller przezwycięża ten kryzys rzucając się w wir dość prostych, mieszczańskich - nazwalibyśmy - uciech, od których wcześniej stronił. Postać wydaje się mało autentyczna. Końcowy ustęp, w którym Harry rozmawia z Mozartem, trąci niestety kiczem. Nie pomaga afektowany język i oniryczno-psychologiczny klimat opowieści. Fragment ten, będący, zdaje się, opisem jakiejś narkotycznej wizji wywołuje poczucie stylistycznego rozdźwięku (patrz: "Od zmierzchu do świtu" Rodrigueza czy "Kiedy byliśmy sierotami" Ishiguro).
Brakowało mi również kompozycyjnego domknięcia, bo skoro historia Harry'ego jest "szufladką" poprzedzoną przedmową kogoś, kto znał Harry'ego, to oczekiwać należałoby powrotu do tego poziomu narracji, co jednak nie następuje. 

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Wynotowane cytaty:

H. Hesse, Wilk Stepowy, Poznań 2017 [wyd. Media Rodzina] 

Prawdziwym cierpieniem, piekłem, staje się życie ludzkie tylko tam, gdzie krzyżują się dwie epoki, dwie kultury i religie. Gdyby człowiek antyku musiał żyć w średniowieczu, zginąłby marnie, podobnie jak zginąłby dzikus w naszej cywilizacji. Bywają okresy, w których całe pokolenie dostaje się między dwie epoki, między dwa style życia, tak że zatraca ono wszelką naturalność, wszelki obyczaj, wszelkie poczucie bezpieczeństwa i niewinności. (s. 33)

Gdyż, jak się zdaje, wszyscy ludzie mają wrodzoną i zniewalającą potrzebę wyobrażania sobie swojego "ja" jako jedności. (s. 88)

Jeśli więc człowiek posunie się tak daleko, że wyimaginowaną jedność jaźni rozszerza do dwoistości, to jest już prawie geniuszem, a w każdym razie rzadkim i ciekawym wyjątkiem. W rzeczywistości żadne "ja", nawet najbardziej naiwne, nie jest jednością, lecz bardzo zróżnicowanym światem, małym gwiaździstym niebem, chaosem form, stopni i stanów, dziedzicznych obciążeń i możliwości. Każda jednostka dąży do uznania tego chaosu za jedność i mówi o swoim "ja”, jak gdyby ono było zjawiskiem prostym, zdecydowanie ukształtowanym, jasno nakreślonym; ale jest to złudzenie, właściwe każdemu człowiekowi, nawet najdoskonalszemu, jest - jak się zdaje - pewną koniecznością, postulatem życia, tak jak oddychanie i jedzenie.

Złudzenie to polega na prostym przeniesieniu znaczenia.Jako ciało każdy człowiek jest jednością, jako dusza nigdy. (ss. 89-90)

Jeśli na jakąś przyjemność potrzebujesz aprobaty innych, to rzeczywiście jest mi cię żal. (s. 169)

Czy my, ludzie, żyjemy po to, by zlikwidować śmierć? Nie, żyjemy po to, by się jej bać, a potem znów kochać, i właśnie dzięki niej, czasem na przeciąg jednej tylko godziny, płonie tak pięknie ta odrobina życia. (s. 179)


poniedziałek, 15 września 2025

John Williams, Stoner, Warszawa 2023

Czy to jest męska wersja "Pani Bovary"? 

Nie, choć widać podobieństwo Stonera do Karola Bovary i Edith do Emmy. Przede wszystkim tytułowy bohater nie przejawia aspiracji, których nie da się spełnić. Jego działania nie prowadzą do tragedii i rozpadu rodziny. Owszem, Stoner nie jest postacią, która potrafi odnaleźć się w społecznych grach uprawianych przez środowisko, w którym przyszło mu funkcjonować. Jego postawę można określić jako stoicką. Najczęściej przyjmuje to, co ofiarowuje mu życie. Czasem aktywnie, pod wpływem impulsu, bez głębszego namysłu podejmuje decyzje, które decydują o jego losach. Dwie najważniejsze to z pewnością rzucenie studiów rolniczych na rzecz literaturoznawstwa oraz małżeństwo z Edith.  

Jeśli koniecznie porównywać "Stonera" do innych dzieł, to widziałbym tu jakieś dalekie pokrewieństwo z "Martinem Edenem". Obaj bohaterowie mają podobne pochodzenie. Jednak Stoner zdobywa edukację i nie musi niczego dokonywać, by zdobyć ukochaną. Losy Stonera to jakby "odwrócony Eden". Brak spektakularnego sukcesu, spokojne życie do starości. Niespokojny duch doprowadził zaś Edena do rozczarowania pomimo powodzeń i samobójczej śmierci w młodym wieku.

Książka o człowieku przeciętnym? 

Nie! Stoner to wszak self-made man. Wychowany na wsi, chłopski syn zostaje akademikiem. Owszem, mógłby zajść dalej, ale i ta ścieżka wyróżnia go wśród wielu. Godne podziwu jest również przywiązanie tego bohatera do swoich wartości, co najlepiej widać w sprawie egzaminu Walkera, bezczelnego studenta popieranego przez dyrektora instytutu, Lomaksa. Stoner stawia na swoim i płaci za to olbrzymią cenę. 

Udało się autorowi stworzyć postać, która pomimo braku szczególnie błyskotliwych cech wzbudza sympatię czytelnika. Jeszcze silniejszą emocją, którą mamy dla niego, jest współczucie. Trudno nie współczuć w przypadku niesprawiedliwości, które spotykają bohatera. Nieudane małżeństwo, złamana kariera i utrata miłości (Katherine). Osłodą są krótkie chwile szczęścia. 

 

czwartek, 11 września 2025

Józef Mackiewicz, Sprawa pułkownika Miasojedowa, Londyn 2010 [wyd. Kontra]

Potężna panorama okresu dwóch wojen światowych. Coś w rodzaju afery Dreyfusa, choć trudno czytelnikowi wstawić się za tytułowym bohaterem. Od pierwszych kart widzimy, że nie należał on do przyjemnych postaci. 

Książka powstała w latach 60-tych. Autor mógł sobie pozwolić na wprowadzenie narratora wszechwiedzącego. Dzięki temu odczytujemy ironię sytuacji, w której Niemcy potępiają rosyjski antysemityzm czasu I wojny światowej. Sami Żydzi na kartach tej powieści nie wyobrażają sobie pogromów urządzanych przez Niemców.

Mackiewicz potrafi również bezstronnie przyglądać się nieoczywistym wyborom bohaterów. Najbardziej skomplikowana jest tu chyba postać Klary - z pochodzenia Niemki, zamężnej najpierw z Rosjaninem, a potem z Polakiem. Rozumiemy, że po wrześniu 1939 Klara chce do Niemiec. Mackiewicz stara się również zrozumieć jej męża, Szatkowskiego, który razem z nią przyjmuje obywatelstwo III Rzeszy.

Z racji dokumentalnej wręcz dokładności historycznej schodzi niekiedy na plan dalszy dbałość o formę i styl. Mimo to obszerne fragmenty pretendują zdecydowanie do literatury bardzo wysokiej próby. Mackiewicz nie stroni też od przemyśleń filozoficznych. Układa się to wszystko w bardzo ciekawy kształt.

#######################

A nie znam skuteczniejszej formy sztuki życia, jak adaptację stanu faktycznego. Gdyby w życiu istniały jeszcze argumenty, to może. Ale argumenty istnieją tylko na papierze. W życiu natomiast najoczywistsze fakty zastępowane są tym, co Niemcy nazywają: "Wunschtraum". (s. 127)

Sen jest niewątpliwie drugim życiem każdego człowieka - powiedziała Klara. - Tylko gdy się człowiek zbudzi, to czuje się jak właściciel galerii obrazów, których nie ma komu sprzedać, bo nikogo nie interesują. (s. 158)

poniedziałek, 8 września 2025

Ścieżka światła - Wratislavia cantans

Pierwsza część koncertu - 6 perkusistów w Sali Czerwonej, 6 płócien. Traktując puszki ze sprayem, szeleszczące papiery i pędzle jako instrumenty perkusyjne, muzycy malują obrazy i wykonują jednocześnie utwór muzyczny. Narzędzia malarskie w charakterze instrumentów muzycznych sprawdzają się jednak kiepsko, zwłaszcza jako perkusja, gdzie liczy się wciąż precyzja rytmu, długości nut itp. Można to potraktować jako performance z pogranicza sztuk. Czy frapujące? Słuchacz koło Bogumiła: "Takimi utworami kompozytorzy strzelają sobie w nogę". Niewątpliwie miał trochę racji.

O ile kompozytorski wyczyn Agaty Zubel tym razem nie wzbudził mojego entuzjazmu, o tyle jej wykonanie "Czterech pieśni na przekroczenie progu" Griseya było jednym z najznakomitszych przeżyć muzycznych, jakich doświadczyłem. Tutaj również należy się mnóstwo uznania dla Ryana Bancrofta i 
Ensemble intercontemporain. Precyzja wykonania, znakomite współbrzmienia instrumentalistów i sopranistki zasługują na wielki podziw. Wybitna oczywiście jest sama partytura Griseya. 

Pierwsza część - inkantacje staccato prostego wiersza o śmierci anioła, niekiedy tylko, w określonych momentach wydłużane do kilkusylabowych kantylen. Śpiewaczce akompaniują dźwiękowe plamy utrzymane w dynamice piano. Głos jednoczy się z trąbką, która jest tu chyba głównym instrumentem.

Druga część zrywa z onirycznym, płynącym, nieco impresjonistycznym akompaniamentem. Teraz ton nadają harfa i kontrabas pizzicato. Rzeczowe akordy uzupełnia tekst - próba odcyfrowania egipskich hieroglifów.

W trzeciej narasta napięcie, tworzone przede wszystkim przez perkusję, która jednak trzymana jest w ryzach. Jest to część mówiąca o śmierci głosu. Kompozytor nie ucieka się jednak do ciszy, zdecydowanie ogranicza jednak dynamikę po to, by w ostatniej, czwartej części doprowadzić do dźwiękowej kulminacji. Mowa o końcu ludzkości. I jest tu inaczej niż u Eliota (I ta się właśnie kończy świat. Nie hukiem, ale skomleniem) - perkusja fortissimo z przejmującym tekstem z "Gilgamesza". 

Wykonawcy wytworzyli wspaniały klimat, potrafili wchłonąć słuchaczy w muzyczno-poetycką narrację. Było w tym wykonaniu coś więcej niż koncert: misterium, próba przekazania zapomnianych prawd o życiu? Brawo! 

Ścieżka światła
07.09.2025
niedz.
16:00
NFM, Sala Czerwona
Program:

NFM, Sala Czerwona

Wykonawcy:
Les Percussions de Strasbourg
Minh-Tâm Nguyen – kierownictwo artystyczne Les Percussions de Strasbourg
Program: 
Agata Zubel Spray

NFM, Sala Główna ORLEN, estrada w odwróceniu

Wykonawcy:
Ryan Bancroft – dyrygent
Agata Zubel – sopran
Ensemble intercontemporain
Program: 
Gérard Grisey Quatre chants pour franchir le seuil 

 

Wycieczkę uzupełniła wizyta w "Peruvianie", która znów okazała się nie zwykłym posiłkiem, a przeżyciem. Hummus z grilowaną pak choi, grzybami shimeji i groszkiem cukrowym z rzemieślniczym chlebem. 
 

 


2025-09-06 Odyseja

Niesamowite, że tak dawno temu potrafiono tak znakomicie opowiadać. Warto czytać z opracowaniem Biblioteki Narodowej. W ostatnich pieśniach, przed rozprawą z gachami poeta stopniuje napięcie, że czyta się to niemal jak jakieś współczesne dzieło sensacyjne. Widać, jak wiele inspiracji zostawiła Odyseja późniejszym twórcom. Dość wspomnieć wizytę Odysa w zaświatach, której odbicie znajdziemy w "Boskiej komedii". Wersja homerycka jest o tyle ciekawsza, że spotykane w hadesie postaci są nam bardziej znane niż większość duchów z zaświatów dantejskich. 
Poza główną historią mocno eksponowane są również losy Agamemnona, które są negatywnym, zwierciadlanym odbiciem historii Odysa. Agamemnon, jako ten, któremu się nie poszczęściło, Klytajestra jako przeciwieństwo Penelopy. To, jak czytamy w opracowaniu zabieg celowy. Po lekturze mam ochotę przypomnieć sobie i zgłębić grecką mitologię. 

czwartek, 14 sierpnia 2025

Jon Fosse, Septologia III-V, Ja to ktoś inny

Coraz więcej wiemy o Aslem. Śledzimy drogę jego edukacji. Myślą przewodnią staje się tu być może duch, czyli najgłębsza "warstwa" naszego bohatera. Asle wykłada tu swój pogląd na sztukę, zgodnie z którym polega ona na wyrażeniu ducha artysty. Rodzi to bezkompromisowość, konieczność odrzucenia sztuk użytkowych czy rozrywkowych (niechęć Aslego do malowania popularnych pejzaży). Pojawia się też przeczucie, że Asle powiedział w swej twórczości już wszystko, co miał do powiedzenia. Czy rzeczywiście - trzeba poczekać do ostatniego tomu, który podobno niebawem ukaże się w Polsce.

środa, 16 lipca 2025

Jaume Cabre, Agonia dźwięków

Podobno książki Cabrego są erudycyjne (opinia Piotra Kofty). Po lekturze dwóch jego książek nie mam takiego wrażenia. Czytane wcześniej "Wyznaję" urzeka kunsztowną, szkatułkową konstrukcją, choć po lekturze ma się wrażenie, że głównym celem tej powieści było opowiedzenie efektownej historii i nic poza tym. "Agonia dźwięków" już tak efektowna nie jest. A mogłaby być. Umieszczenie akcji w klauzurowym klasztorze o bardzo surowej regule, w dodatku położonym gdzieś na zupełnym odludziu to motyw literacko bardzo atrakcyjny sam w sobie. Jednak i tutaj odnoszę wrażenie, że poza opowiedzianą historią autor nie miał nam nic do przekazania. Próbując odpowiedzieć na pytanie, o czym to jest, można stwierdzić, że być może o opresyjności kościoła (ale to banał), może o fanatyzmie (ale ów nakreślony jest w powieści dosyć niemrawo), o potrzebie piękna?, konieczności realizacji swych talentów?, o unikaniu ślepego posłuszeństwa? Każdy z tych motywów jest przez autora zaledwie "liźnięty".
Cabre stara się budować od początku napięcie sugerując, że brat Junoy dopuścił się nie wiadomo jakiej zbrodni. W rzeczywistości zaś nie wydarzyło się nic zdrożnego. Nawet oskarżenia rzucane przez matkę Dorotheę wydają się czytelnikowi (choć nie sądowi kościelnemu) wiarygodne. 
Powieść jest rozmiarowo niewielka, a jej papierową objętość zwiększają biblijne cytaty, którymi autor "ubogaca" każdy z rozdziałów, oraz wyimki z tzw. Zwyczajnika, czyli spisu obyczajów klasztoru w La Rapita. Zarówno wspomniane cytaty, jak i wplecenie w poczet spowiedników klasztoru La Rapita niejakiego Achille Rattiego, to chwyty, które w mojej ocenie mają wywołać poczucie obcowania z dziełem erudycyjnym, które wszakże takowym nie jest. Wiarygodności dziełu nie dodaje także tłumaczenie. W sumie zawód.

Jon Fosse, Drugie imię (Septologia I - II)


Ktoś określił tę prozę mianem medytacyjnej i taka jest w istocie. Jak w medytacji, powtarzają się w niej motywy, niekiedy wręcz nachalnie. Tak być powinno, bo mamy do czynienia ze strumieniem świadomości głównego bohatera. Fosse stara się wniknąć w umysł Aslego, przedstawić bieg jego myśli, wśród których wyławiamy te ważne, powracające ciągle: przyjaciela alkoholika (przedmiot aktualnych? zmartwień narratora) i zmarłej żony (główny temat wspomnień). W ten tok myśli wdzierają się również sprawy bieżące: sąsiad Asleik i hafciarka z Bjorgvinu. 
Wydawać się może, że w tym monotonnym życiu niewiele może się zdarzyć. Fosse zarzuca jednak pod koniec II tomu haczyk dla czytelnika, opisując traumatyczne wydarzenie z dzieciństwa Aslego. 
Książka Fossego wymaga czytania w skupieniu. Autor z pewnością nasyca ją elementami autobiograficznymi. W opisie samego bohatera odnaleźć możemy fizyczne cechy autora. Asle jest, jak Fosse, katolikiem. Zaangażowanym, z pewnością mocno wierzącym, ale przeżywającym tę wiarę w sposób ludzki, rozumny, szukający zrozumienia spraw, na które religia zdaje się nie dawać zadowalających odpowiedzi. 
Choć ponure, zimowe i ciemne, w jakiś sposób pociągający wydają się krajobrazy opisywane przez Fossego. Swój urok mają wąskie uliczki Bjorgvin (czyli Bergen). 
Zapewne będę chciał sięgnąć po kolejną część Septologii.

wtorek, 1 lipca 2025

Bohumil Hrabal, Skarby świata całego

Trzeba mieć przy czytaniu tej książki tyle cierpliwości, ile przy rozmowie ze starszym człowiekiem, który wspomina stare czasy i pamięta je z najmniejszymi drobiazgami. A w książce Hrabala, który w momencie wydania tej powieści sam był już po siedemdziesiątce, opowiadaczy wspominających stare czasy jest całe mnóstwo, rzecz dzieje się bowiem w dom starców. 

Żona kierownika browaru wspomina dawne, głównie przedwojenne czasy, wtóruje jej trójka tzw. znawców historii, którzy relacjonują życie codzienne w przedwojennym Nymburku, nota bene mieście, w którym dorastał sam Hrabal. Główne postaci, wspomniana już kobieta, jej mąż Francin i szwagier Pepin to zapewne rodzice i stryj pisarza. 

Jak to przy zwierzeniach starszych ludzi bywa, opowieści pełne są nostalgii, uroku i miłości do miasteczka. Stanowią zapewne ważny i wzruszający dokument dla ludzi związanych z Nymburkiem. Mankamentem dla pozostałych może być zredukowana i wielokrotnie podporządkowana opisom akcja.

Wzruszenie udzielało się także i mnie, a jednym z fragmentów, które utkwią mi w pamięci, jest śmierć stryjaszka Pepina i symboliczny gest, kiedy narratorka wrzuca do Łaby przepiękną marynarską czapkę zmarłego, by popłynęła ona aż do morza. 

czwartek, 19 czerwca 2025

Ernst Wiechert, Dzieci Jerominów

Powieść w dwóch tomach. Trzeci tom - mówi Wiechert - napisała wojna. Już sam tytuł wskazuje, że to saga rodzinna, choć uwaga autora skupia się w zasadzie tylko na jednym z Jerominów - Jonsie Ehrenreichu. Powieść ma też pierwszoplanową bohaterkę. Jest nią mazurska wieś Sowiróg, która w książce Wiecherta jest centrum wszechświata, choć leży gdzieś na krańcu świata. Wieś to niezwykła, bo jak na niewielką osadę dzieje się tam bardzo wiele, a jej mieszkańcy bardziej niż mazurskich chłopów przypominają starotestamentowych patriarchów czy proroków, których wieszczby na dodatek niechybnie się sprawdzają. Autor zbudował w ten sposób atmosferę patosu, która miejscami staje się nieco irytująca. 

W jednym z pierwszych niemieckich dzieł literackich rozliczających się z historią Niemiec, w tym okresem Trzeciej Rzeszy, widzimy motywy powtarzane później przez innych autorów. Tę właśnie starotestamentową posągowość i niezłomność bohaterów, zestawioną z degeneracją nazistów, ukazanych jako pijacki, prostacki i generalnie obcy w opisywanej społeczności element, spotkamy np. u innego z piewców Mazur, Hansa Hellmuta Kirsta. Zabiegi te są oczywistą próbą redukcji dysonansu poznawczego wynikającego z kontrastu pomiędzy popełnianymi przez Niemców okropieństwami a wartościami, które wyniósł z Mazur i którym hołdował autor. Za horror hitleryzmu Wiechert nie obwinia boga. Teodycea jest jednak jednym z głównych tematów pierwszego tomu osadzonego w realiach I wojny światowej. 
Gdybym miał wskazać główny motyw tomu drugiego, zwróciłbym uwagę na problem zerwania z tradycją, łączności pomiędzy starymi a młodymi pokoleniami. To, rzecz jasna, było wynikiem postępu technologicznego. W taki sposób znika stary świat, w którym każdy zna swoje miejsce i czuje się bezpiecznie. Znamienne, że po wsi Sowiróg nie ma dziś już żadnego śladu.

@@@@@@@@@@@@@@@@@@

Wynotowane cytaty:

Można być złym albo dobrym człowiekiem, dla nauki było to obojętne. Wymagała jedynie, by się ją pojmowało i przepędzała nie złych, lecz głupich. Głupi mogli uczyć się jakiegoś rzemiosła albo pracować fizycznie za dniówkę, natomiast źli mogli osiągnąć wszystko, co mogło przydać się później i na złej drodze. [ss. 161-162]

Myślenie to śmierć Boga, on zaś dał nam je w ręce. Dał własną śmierć. Odebrałby chętnie, ale teraz już za późno, Już tego nie oddamy. [s. 214]

Dla prostego człowieka samowolka zawsze była tym samym, co grzech. [s. 392]

Boję się, bo żyję wśród ludzi, Jons. [s. 451]

poniedziałek, 2 czerwca 2025

Lucian Dan Teodorovici, Matei Brunul

Kiedyś takie książki pisali świadkowie totalitarnych represji (Moczarski, Herling-Grudziński, Sołżenicyn), teraz temat powraca w opracowaniu prozaika, który komunistyczny reżim - w tym przypadku w wydaniu rumuńskim - pamiętać może jedynie z jego schyłkowej fazy. Docenić trzeba zatem wiarygodną konstrukcję świata przedstawionego oraz bohatera i jego psychiki.
Tytułowy Brunul ma amnezję. On sam nie pamięta ostatnich dwudziestu lat swojego życia. Nie może ich odzyskać. Zamiast bohatera robi to dla czytelników narrator. 
Nawet jeśli o potwornym czasie stalinowskich represji opowiada się tutaj niejako "z drugiej ręki", to jednak osadzona w historycznych realiach i mocno udokumentowana historia wciąż może budzić przerażenie i zdumienie, do czego ciągle zdolni są ludzie. 
Nie pamiętający niczego Brunul po wyjściu z więzienia utrzymuje kontakty tylko z dwojgiem ludzi. Towarzyszem Bojinem, którego od razu identyfikujemy jako pracownika bezpieki oraz Elizą, co do której z biegiem czasu nabieramy słusznych podejrzeń. Również Brunul odkrywa, że jego "narzeczona" jest współpracowniczką bezpieki. Ona zaś bez skrupułów wykorzystuje tytułowego bohatera. Ten z kolei jest przez większość książki jednostką w irytujący sposób bezwolną, nawet w czasach sprzed więzienia. Jego historia jest tym tragiczniejsza, że kiedy wreszcie podejmuje samodzielną decyzję, to owa decyzja polega na dobrowolnej rezygnacji z wolności. Podczas ucieczki za granicę Brunul demaskuje Elizę i postanawia zostać w Rumunii.
Nie jest to proza, którą czyta się przyjemnie. Długie opisy tortur, więziennego życia i komunistycznej, szarej codzienności kończy scena, która potwierdza, że reżim potrafi złamać człowieka, nawet pełnego pasji artystę. Bezkompromisowy pesymizm autora musi przygnębić czytelników. Tym różni się ta książka od zapisków świadków historii, których nawet w zniewoleniu nie można było złamać.

poniedziałek, 19 maja 2025

John Wyndham, Poczwarki


Nieco lepsza półka literatury science fiction. To historia z gatunku tych, które przedstawiają regres ludzkiej społeczności spowodowany nieokreśloną bliżej katastrofą. Społeczność ta rozwija jednak pewne cechy psycho-fizyczne, które odróżniają jej przedstawicieli od czytelników Wyndhama.
Historia wydana po raz pierwszy w latach pięćdziesiątych zapewne miała swoją genezę w niepokojach wynikających z zimnej wojny i świeżej podówczas groźby konfliktu jądrowego po zdetonowaniu pierwszej radzieckiej bomby atomowej (1949).
Historię nieco sztampową - ukrywanie się, a potem ucieczka bohaterów nieprzystających do opresyjnych zasad pewnej totalitarnej społeczności - autor wzbogacił cenną refleksją na temat Życia (wielką literą), którego nasz gatunek nie jest w stanie zrozumieć. Co nam przeszkadza w zrozumieniu natury? Patrzenie z takiej perspektywy, w której centrum zawsze jest człowiek uważany za istotę najdoskonalszą, "koronę stworzenia". Taki punkt widzenia odrzuca właściwie możliwość wszelkich zmian, a przecież zmienność Życia w sensie biologicznym musi przekładać się na przeobrażenia w życiu społecznym. Odczytuję tę książkę jako głos przeciw bezrefleksyjnemu, dogmatycznemu konserwatyzmowi.

Twój ojciec i jemu podobni są tym prochem. Są już historią, choć jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy. Wciąż uważają, że jest jakaś ostateczna forma, której trzeba bronić; wkrótce osiągną tę stabilizację, której pragną, w jedynej możliwej postaci - miejsca wśród skamielin... [s. 215]

Znajdziemy tu również odwieczną opozycję: młodzi - starzy. Nawet jeśli wśród starych znajdziemy umysły otwarte, które w młodości poszukiwały, dociekały, eksplorowały, to jednak na starość dopadł je marazm i rezygnacja. To przypadek wuja Axela:

Wiem z doświadczenia, że jeśli uciekasz od czegoś, co ci się nie podoba, to nie spodoba ci się także to, co znajdziesz. [s. 66]

Młodzi podejmują z konieczności walkę. Nadzieję daje im autor. Oby takiej nadziei nie brakło również w świecie realnym.

Cytaty wg wydania:  John Wyndham, Poczwarka, Poznań 2024 [Rebis]

Jan Tomkowski, Zamieszkać w bibliotece

Wydawać się może, że Jan Tomkowski pisał tę książkę z perspektywy starca (którym nie był), a w każdym razie człowieka starej daty. Pisze również z perspektywy belfra. Zapewne już w momencie premiery (2008) można było przyjąć taką kreację z życzliwym pobłażaniem. Ci, co kochają książki, odnajdą bowiem w wywodach profesora także swoje myśli.
Jest to historia literatury w pigułce, pisana nie z pozycji naukowca, ale właśnie czytelnika. Nie znajdziemy tu żadnych cezur, przyporządkowań do epok literackich. Jeśli autor szereguje jakoś swoje lektury, to czyni to według rozmaitych kluczy tematycznych: miłość, kulinaria, pochodzenie autorów itd. itp.
Co ważne, Tomkowski zachęca do czytania, ambitnych poszukiwań, dyskretnie rekomendując swoje ulubione pozycje. Przyjemna lektura dla bibliofilów.

sobota, 17 maja 2025

Kurban Said, Dziewczyna znad Złotego Rogu

Przed lekturą zaciekawiły mnie opinie o książce na jednym z portali czytelniczych. Dużo było głosów rozczarowanych lekturą i niepochlebnych komentarzy. Uważam, że zbyt surowych, a wynikających zapewne ze spojrzenia europocentrycznego czytelników.
Autor, człowiek pogranicza, zaznajomiony zarówno z kulturą wschodu, jak i zachodu, przyjął perspektywę odmienną - punkt widzenia Asiadeh, tytułowej tureckiej dziewczyny, która wyszła za austriackiego lekarza. I to ona ma problem ze zrozumieniem i akceptacją obyczajów Europy początków XX wieku.
Mógłby to być zwykły romans - w historię związku Asiadeh i dra Hassy autor wplata intrygi, komplikacje, tworzy trójkąty (pojawia się była żona Hassy i niedoszły narzeczony Asiadeh). Na szczęście uwagę Saida przyciąga nie tylko historia miłosna, ale właśnie problematyka różnic kulturowych.
Mamy przy tym obrazek burżuazji austriackiej międzywojnia, szkic sytuacji tureckich emigrantów w Europie i popis erudycji lingwistycznej.
Asiadeh ostatecznie opowiada się za Azją, co budzi zapewne sprzeciw wielu czytelników. Lepiej jednak podejść do tej książki bez uprzedzeń i czytając, przybrać postawę antropologa nie oceniającego przedmiotu swoich badań. Postawy bohaterów nie powinny przesłonić nam literackich walorów powieści.

poniedziałek, 12 maja 2025

Anna Kańtoch, Czarne

Z tą powieścią jest trochę jak z filmem "Od zmierzchu do świtu". Wciąga, dowiadujemy się, że jest tajemnica śmierci niejakiej Jadwigi Rathe, w dodatku autorka sprawnie i barwnie oddaje klimat dwudziestolecia międzywojennego. I jak w filmie Rodrigueza, również w powieści Kańtoch mniej więcej w połowie dochodzi do zaburzenia narracji. U Rodrigueza pojawiają się ni z gruszki ni z pietruszki wampiry, a u naszej autorki dochodzi do zapętlenia czasoprzestrzennego (pod wpływem seansu spirytystycznego?). Jest to nieco dezorientujące. Wiadomo, że główna bohaterka leczy się psychiatrycznie i jest w zasadzie zrozumiałe, że zacierają się w jej opowiadaniu granice między teraźniejszością a przeszłością oraz między osobowościami. Czy jednak autorka powinna gubić również czytelnika na drodze do... Właśnie, jaki jest cel tej książki?
Problem, jak się zdaje, leży w pomieszaniu gatunków. Nie zdecydowano, czy ma to być kryminał (niejasne okoliczności wspomnianej śmierci p. Rathe), powieść psychologiczna (klimaty trochę jak u Kuncewiczowej w "Cudzoziemce") czy książka o dorastaniu (przebłyski seksualności u nastoletniej bohaterki). To zbliża Annę Kańtoch do zapomnianego już dziś Michała Choromańskiego, który wykorzystując chwyty znane z powieści kryminalnej zwodził czytelników na manowce. Może więc w "Czarnem" nie chodzi wcale o rozwiązanie zagadki śmierci Jadwigi Rathe, ale o rozwikłanie tajemnicy splątanego umysłu narratorki?

niedziela, 4 maja 2025

Margaret Atwood, Kocie oko

Wciągnęła mnie ta książka opisem niezwykłego dzieciństwa. Bohaterka razem z bratem zafascynowanym kosmologią spędza je w lasach Kanady, przenosząc się z miejsca na miejsce, tam, gdzie badania akurat zawiodą ich ojca - entomologa. To raj, wypędzeniem z niego będzie osiedlenie się w mieście. Potem Atwood przygląda się wnikliwie wszystkim etapom życia swojej bohaterki - od naznaczonego traumami okresu szkolnego przez studia, kolejne romanse po ustabilizowane życie czterdziestoparolatki.
To, co przeżywamy w najwcześniejszej fazie życia, towarzyszy nam do końca. Dręczycielka, a później przyjaciółka Cordelia wspominana jest przez Ellaine od pierwszej do ostatniej strony.
Można uznać, że to książka feministyczna. Skupiona na kobiecie osiągającej sukces w kulturze zdominowanej przez mężczyzn. Atwood opisuje rzeczy nie do pomyślenia dla dzisiejszego mieszkańca tzw. globalnej północy, np. możliwość wejścia do restauracji tylko z mężczyzną (rzecz dzieje się w l. 60-tych w Kanadzie!), dostępność środków antykoncepcyjnych tylko dla mężczyzn, nie mówiąc o lekceważącym podejściu mężczyzn do kobiet uprawiających sztukę.
Ellaine nie może jednak stać się bohaterką ruchu feministycznego. Sukces osiąga niejako mimochodem. Nie ma tu opisu walki z przeciwnościami, bohaterstwa i silnej osobowości. Są raczej zmagania z codziennością. Zdobycie uznania i rozgłosu nie czyni z Ellaine kobiety szczęśliwej. Mamy wrażenie dojmującego smutku i braku. Zapewne Ellaine inaczej nie potrafi.
Atwood jest w swoim pisarstwie wnikliwa, ale i śmiała. Zachowuje chronologię, ale wspomnienia przeplata opisem teraźniejszości. Pokazuje wyrywki z życia bohaterki. Potrafi zrobić cięcie i przeskoczyć do kolejnego etapu życia Ellaine. To bardzo solidna robota.

niedziela, 20 kwietnia 2025

Paul Auster, 4321

Poczwórna historia Archiego Fergusona. Potężna rozmiarowo zabawa literacka, będąca z jednej strony artystycznym podjęciem teorii wszechświatów równoległych, z drugiej - jak się okazuje na ostatnich stronach powieści - szkatułkowa opowieść, w której jeden prawdziwy Archie tworzy trzech pozostałych.

Wprawdzie Amy Schneidermann mówi w tej książce, że liczy się tylko Nowy Jork, to jednak liczą się tutaj także inne miejsca, w szczególności - dla najciekawszego i najbardziej zbuntowanego Archiego III -  Paryż. Poza tym każda z wersji Archiego interesuje się literaturą francuską, samego zaś Austera można by nazwać współczesną wersją Balzaka (weźmy pod uwagę choćby drobiazgowo odnotowywane sprawy finansowe).

Wielki historyczny już w zasadzie fresk kreślący historię burzliwych lat 60-tych w USA. Rasizm i segregacjonizm, zabójstwa polityczne (Kennedy, Luther King), wojna w Wietnamie, kontrkultura, zamieszki studenckie, rewolucja seksualna. Niewyidealizowany, a jednak romantyczny - bo związany z młodością - obraz dawnych Stanów. Zresztą, pod pewnymi względami wcale nie tak dawnych. Patrząc na niedawne rozruchy na tle rasowym można mieć wrażenie, że zmienia się niewiele.

sobota, 5 kwietnia 2025

Rabih Alameddine, Hakawati

Apologia opowieści, opowiadania i opowiadaczy, świadomie nawiązująca do tradycji Baśni tysiąc i jednej nocy i czerpiąca z niej. Mamy tu trzy główne wątki. Dwa baśniowe: historia Fatimy i Bajbarsa oraz jeden współczesny - realistyczny: rodzinna saga Libańczyka Osamy. Pomiędzy nie wplatane są na zasadzie konstrukcji szkatułkowej pomniejsze historyjki, baśnie i opowiadania. 

Autor jest osobą homoseksualną. Pisze tak, jak jeszcze 30-40 lat temu pisano by w Europie. Nie afirmuje,  nie dopowiada, nie mówi wprost. Wątki nieheteronormatywne trafiają do baśni, a współcześni bohaterowie maskują się. Wuj Dżihad swoją orientację eksponuje dyskretnie wywieszając gdzieś w pokoju wśród zdjęć gwiazd hollywoodzkiego kina małe zdjęcie dwóch całujących się mężczyzn. Czytanie między wierszami często ma więcej uroku niż sycenie się daniem podanym na talerzu.

____________________________________

wynotowane cytaty

Rabih Alameddine, Hakawati, Warszawa 2009 [wyd. Znak]

 

Czy przeznaczenie nie jest oczekiwaniem na nas samych? [s. 180]

Rzeczywistość nigdy nie sprosta naszym pragnieniom. Aby jedno odpowiadało drugiemu, opowiadamy sobie historie. [s. 560]

Nigdy nie sięgaj po życie, które jest dla ciebie za duże. Albo sama urośniesz, żeby je wypełnić, albo musisz je skurczyć, żeby zaczęło do ciebie pasować. [s. 585]

czwartek, 20 marca 2025

Lauren Groff, Wyspa kobiet

Marie de France żyła naprawdę. O jej życiu wiadomo niewiele. Takie sytuacje otwierają pole do popisu pisarzom. Lauren Groff popuszcza wodze fantazji i tworzy całkiem solidną opowieść o mniszce, która buduje gdzieś w Anglii swoistą kobiecą utopię. Gatunkowo umiejscowić trzeba by tę książkę na granicy powieści historycznej i literatury fantasy, aczkolwiek na stronę fantastyki Groff czyni jedynie wycieczki. Elementami fantasy są dla mnie poza religijnymi wizjami Marie wątki związane z budową labiryntu i stworzeniem odizolowanej niemal od świata wspólnoty. Nie wydaje się, by wymknięcie się tak dużej grupy kobiet spod kościelnej jurysdykcji było możliwe w średniowieczu. 

Pomimo kilku ahistorycznych pomyłek trzeba tę książkę ocenić jako solidną pisarską robotę, a i świat budowany przez Marie w jej klasztorze wydaje się niekiedy miejscem całkiem przyjemnym, choć na pewno nie wyidealizowanym, tak jak zdecydowanie nieidealna jest główna bohaterka książki.

wtorek, 11 marca 2025

Sebastian Barry, Dni bez końca

Ach, jak ten Barry zwodzi czytelnika! Narratorem jest Thomas McNaulty, który opowiada swoje przygody z czasów eksterminacji Indian oraz wojny secesyjnej. Mówi też o swojej miłości do Johna Cole'a i mówi tak, że niemal do końca książki wydaje nam się, że ten Cole w momencie opowiadania nie żyje. Pod koniec czytelnik ma pewność, że to jednak McNaulty żegna się z tym światem. Cóż, do ostatnich kart powieści nie można być niczego pewnym. 

Książka niebanalna, miejscami błyskotliwa. Opowiada bez ogródek o wojnach i zbrodniach. A jednak za głównych bohaterów Barry obiera właśnie białych Amerykanów (sam McNaulty jest imigrantem z Irlandii), którzy w owych masakrach biorą czynny udział. Tak było, cóż mogli zrobić szeregowcy, którzy z biedy zaciągnęli się do wojska? Mimo wszystko trudno odmówić sympatii Thomasowi i Johnowi, którzy w swym niełatwym położeniu zachowują człowieczeństwo, ratują indiańskie dziecko i są gotowi oddać za nie życie.

Jest to też romans, ale szorstki, żołnierski, bez romantycznych, cukierkowych westchnień, uwodzenia, miłosnych podchodów uwieńczonych tęczową kulminacją pierwszego pocałunku. McNaulty zdania w stylu: "Potem ruchaliśmy się cichutko, a później usnęliśmy" przemyca mimochodem pomiędzy kolejnymi opowieściami o wyczynach wojskowych.

Mogą nieco nużyć rozwlekłe i stanowiące trzon tej powieści batalistyczne, drobiazgowe opisy. Ale przecież dla weterana takie szczegóły to wątek i osnowa jego pamięci. Nie sposób też podjąć temat grozy wojennej bez zagłębienia się w ponure szczegóły. Dobrze jednak, że powieść i jej narrator tchną optymizmem. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej, kiedy autor dedykuje książką swojemu synowi.

niedziela, 9 marca 2025

William Faulkner, Światłość w sierpniu

Mówi się, że to jedyny modernistyczny powieściopisarz amerykański. Tak czy owak, wydaje się, że amerykańscy pisarzy, którzy później lepiej lub gorzej opisywali tzw. Południe czerpali z Faulknera właśnie.

Tematem jest zabójstwo i podpalenie, którego w Jefferson Missouri dokonuje niejaki Joe Christmas. Jak do niego dochodzi i co potem się dzieje, dowiadujemy się z narracji, która nie zachowując chronologii śledzi historie kilku różnych osób. 

Czytam właśnie inną powieść, w której autor nazywa Jefferson sielankowym miejscem. Na pewno nie jest ono takie w powieści Faulknera, a już na pewno sielanki nie doświadczają jego czarni mieszkańcy. Biali, zaangażowani w abolicjonizm też nie mają lekko (można ich znaleźć zmaltretowanych z wyrżniętym na skórze znakiem KKK. 

Solidna robota, ponury temat i nawet radosne wydarzenie, które kończy książkę (Lena Grove rodzi dziecko) nie jest w stanie rozświetlić tego ciemnego obrazu. Dobrze jest znać Amerykę z książek Faulknera, żeby nie kierować się romantyczną  wizją rodem z Hollywood.

niedziela, 2 marca 2025

Berlin

Niełatwo o skupienie w stresie (zmiany w pracy doprawione ogólnym niepokojem z sytuacji międzynarodowej - Trump besztający Zełenskiego na oczach całego świata). Ciężko się czyta, zwiedza, słucha i ogląda.

Berlin zimny, betonowy, szary. Szukam jak zawsze schronienia na berlińskich cmentarzach (grób Lortzinga i któregoś z Bachów) i choć kwitną tu już przebiśniegi i śnieżyce, to jakoś nie widzę w nich wiosny.  

Tego Lortzinga widzieliśmy też w Konzerthausie, w którym ma swoje popiersie wśród kompozytorów znacznie przewyższających go osiągnięciami i sławą. 

 -------------------------------------------------

Benjamin Britten

„Four Sea Interludes“ aus der Oper „Peter Grimes“ op. 33 a

Maurice Ravel

„Shéhérazade“ – Drei Poeme für Sopran und Orchester
Texte von Tristan Klingsor

Nikolai Rimski-Korsakow

„Scheherazade“ – Sinfonische Suite op. 35

Vasily Petrenko

Dirigent

Véronique Gens

Mezzosopran

Rundfunk-Sinfonieorchester Berlin

 ----------------------------------------------------------

Sala o znakomitej akustyce. Petrenko tańczący za pulpitem przygotował koncert najwyższej muzycznej próby, precyzyjny i piękny. Britten i Rimski-Korsakow robią duże wrażenie, Szeherezada Ravela wydaje się przy nich mdła i wtórna. Mówił we wprowadzeniu Steffen Georgi, że Francuz inspirował się utworem Rosjanina, szkoda, że ta inspiracja była jednak mało twórcza. No i jechałem przede wszystkim posłuchać na żywo Veronique Gens. Trochę żal, że miała tak mało do śpiewania. Zaprezentowała wszakże znakomitą kontrolę dynamiki (nie mówiąc o pięknym jak zawsze brzmieniu). Sztuką jest zachować wyrazistość przy tak oszczędnym wolumenie. Pomimo dość żywiołowych braw nie dała się namówić na bis. Trudno jednak wyobrazić sobie, co mogłaby zaśpiewać, by pozostać w klimacie całego, starannie pod względem programowym przygotowanego koncertu.

_______________________________________

Kosmos Blauer Reiter
Von Kandinsky bis Campendonk

01.03.2025 bis 15.06.2025
Kupferstichkabinett

Oglądamy dziś te grafiki przygotowani na obcowanie ze sztuką tak dalece odbiegającą od realizmu. Kandinsky, zdaje się, zakładając grupę Der Blaue Reiter zadeklarował zainteresowanie światem zwierzęcym, jego pierwotnością, niewinnością i oddaleniem od człowieka, który przestał już być częścią natury. Owo oddalenie twórcy zamanifestowali właśnie ekspresjonistycznym podejściem, zrywającym z wiernością naturze. Twórca XX wieku nie jest już w stanie opowiedzieć konia, jelenia, tygrysa językiem dawnych mistrzów. 

Wystawa jest wymagająca, przyprawia o zawrót głowy. Dwie grafiki utkwią mi w pamięci. Kobieca głowa Alexeja von Jawlensky'ego i Węże w mieście Alfreda Kubina, którego dotąd znałem tylko jako pisarza.

Poza nimi na wystawie można było zobaczyć prace wspomnianego Kandinsky'ego, Kokoschki, Lasker-Schuller, Noldego i in.

1920 Lithography - Head of a Girl - by Alexej von Jawlensky 



niedziela, 23 lutego 2025

Tomasz Jędrowski, Płynąc w ciemnościach

Gdyby to była tylko historyjka miłosna, dałoby się ją pewnie strawić. Niestety autor miał ambicję umieścić akcję w Polsce lat gomułkowsko-gierowskich, a opis realiów tamtych czasów odgrywa w powieści dość ważną rolę. I to właśnie jest słabość tej książki, zwłaszcza dla polskiego czytelnika. Jest bowiem dość oczywiste, że realia PRL-u autor zna z drugiej ręki. Książka wyszła w oryginale po angielsku, więc czytelnik zachodni potwierdzi zapewne - o ile takowe posiada - swoje intuicje związane z komunizmem w Europie Wschodniej. Dla czytelnika polskiego widoczna będzie pewna powierzchowność, wykorzystanie najbardziej opatrzonych klisz z powojennej historii.

Lepiej wychodzi autorowi nakreślenie sytuacji mniejszości seksualnych. Mężczyźni ukrywający swoją orientację są sportretowani przez Jędrowskiego dość wiarygodnie. Zgrzyta jedynie opis sytuacji, w której główny bohater stawia się w biurze paszportowym, a tamtejszy urzędnik od razu wyciąga "różową teczkę" z kompromatem na niego. Jakim cudem "wyskok" licealisty, który jeden raz zadał się na pikiecie we Wrocławiu z anonimowym starszym panem i nie został na tym przyłapany, wypływa po latach w Warszawie? Autor przypisał PRL-owskim służbom zdolności wprost nadprzyrodzone. 

Zdaje się, że umieszczenie akcji w komunistycznej Polsce miało doprawić gejowski romans odrobiną egzotyki. W takim układzie należało znaleźć proporcje, w których byłoby więcej romansu i nieco mniej wtrętów historycznych. Daleko tej literaturze do takich klasyków gatunku jak Witkowski, Pasewicz, Klimko-Dobrzaniecki czy nawet Szczygielski.

sobota, 22 lutego 2025

Marguerite Yourcenar, Pamiętniki Hadriana

Jeden z tzw. dobrych cesarzy. Rzeczywiście intryg, morderstw, kaźni, pożarów, krwawych podbojów jest w tej książce jak na lekarstwo. Mimo to będący narratorem tej opowieści Hadrian nie budzi raczej sympatii. Opowiada ją z pozycji świadomego swej potęgi człowieka, nie ustrzega się pychy, choć rzeczowo i trzeźwo ocenia niektóre swe przymioty (krytykuje np. swój talent pisarski). 

Jest to w zasadzie beletrystyka, ale tak silnie osadzona w źródłach i poparta tak solidnymi studiami, o których autorka pisze w dołączonych do powieści "Zapiskach do 'Pamiętników Hadriana'", że mogłaby śmiało ukazać się w PIW-owskiej serii Biografie Sławnych Ludzi. Historiograficzny styl, np. ciągnące się stronami opisy inwestycji budowlanych poczynionych przez cesarza w poszczególnych prowincjach (nie ma wśród nich wału Hadriana!), może niestety nużyć.

Jak wspomniano wyżej, Hadrian nie cenił własnych prób pisarskich (zwłaszcza poetyckich) Mimo to trudno odmówić uroku najsławniejszemu utworowi cesarza, powstałemu, jak chce tradycja, na łożu śmierci. Te kilka wersów Marguerite Yourcenar umieściła jako motto na początku książki. Trudno ocenić, jak słowa te brzmiały dla współczesnych. W przekładzie Kazimierza Morawskiego są piękne:

Duszyczko moja, tkliwa i ruchliwa,
Gościu ty ciała mego, towarzyszko,
Co pójdziesz teraz w krainy ciemności,
Twarde i nagie i pełne bladości,
A żartów zwykłych stroić już nie będziesz.

 _______________________________

wynotowane cytaty

Marguerite Yourcenar, Pamiętniki Hadriana, Warszawa 2008 [wyd. W.A.B.]

Tego ranka po raz pierwszy nawiedziła mnie myśl, że moje ciało, ten wierny towarzysz, ten przyjaciel pewniejszy i lepiej mi znany niż moja dusza, jest tylko przyczajonym potworem, który w końcu pożre swego pana. [s. 9]

Niekiedy moje życie wydaje mi się banalne do tego stopnia, że nie warte nie tylko opisania, ale nawet i dłuższej kontemplacji, wcale nie ważniejsze, nawet dla mnie, niż życie byle przechodnia. Niekiedy wydaje mi się wyjątkowe, jedyne, a przez to samo bez wartości, niepotrzebne, bo nie dające się zredukować do doświadczenia ogółu ludzi. [s. 32]

Nasz wielki błąd polega na tym, że próbujemy uzyskać od każdego w szczególności cnoty, jakich nie ma i zaniedbujemy hodowanie tych, jakie ma. [s. 49]

niedziela, 16 lutego 2025

Miłości spełnione i niespełnione. Walentynkowy Kraków

"Znachor" reż. Jakub Roszkowski, Teatr im. J. Słowackiego

"Znachor" jako propozycja na dzień zakochanych? Historia opowiedziana przez Dołęgę - Mostowicza nadaje się jak najbardziej, choć wątek romansowy jest tu wątkiem pobocznym. Sam prof. Wilczur nie ma szczęścia w miłości, ale jego córka - jak najbardziej. Dzieje lekarza dzięki filmowej adaptacji Jerzego Hoffmana weszły do kanonu polskiej kultury. Roszkowski na deskach Słowackiego opowiada swojego "Znachora" także w sposób filmowy, krótkimi scenami, nie bojąc się filmowych cięć i skrótów. Akcję uzupełnia hitami muzyki pop, tworząc coś na kształt musicalu. Wydawać by się mogło, że jest to materiał skazany na sukces, bo "Znachor" to właściwie samograj. A jednak otrzymujemy produkt będący kiepską, "chińską" podróbką, a największym jego mankamentem jest niezaangażowane, będące niejako obok tekstu, aktorstwo. Uwidacznia się to już w pierwszej scenie i trwa do samego końca, z wyjątkiem może wspomnianych wcześniej piosenek, bo aktorzy Słowackiego świetnie śpiewają (zwłaszcza Mateusz Bieryt). Cóż z tego, że miłość spełniona, kiedy widz niezadowolony.

Henry Purcell, The Fairy Queen, Festiwal Opera Rara

Będąca luźną adaptacją "Snu nocy letniej" semi-opera Purcella również nadaje się na walentynkowy wieczór. Wszak wszystko powinno tu zmierzać do połączenia kochanków (u Szekspira aż trzy pary). Kto wybierał się na wyreżyserowany przez Cezarego Tomaszewskiego i poprowadzony muzycznie przez Anę  Liz Ojeda Hernandez spektakl, powinien jednak zapomnieć o szekspirowskiej czy purcellowskiej historii. Twórcy prezentują bowiem swoją własną wersję i już na początku wiadomo - scena z rozbitym samochodem - że nie będzie to sielankowa opowieść o miłości. A jednak miłość jest silniejsza od śmierci i przerwana przez śmierć jednego z kochanków historia trwa dalej. Mamy więc spektakl o tęsknocie, o uczuciu, które w innych okolicznościach może by wygasło, ale po tragedii trwa i nie pozwala o sobie zapomnieć.
W tę ciekawą interpretację Tomaszewski umiejętnie wplata motywy towarzyszące nam w kulturze europejskiej od stuleci. Jest tu taniec ze śmiercią i śmierć z miłości (wybrzmiewa zaaranżowana na orkiestrę barokową "Liebestod" Wagnera!). Tomaszewski w poetyckiej, ale nowoczesnej inscenizacji oddaje hołd wszystkim niespełnionym miłościom. Wyobrażam sobie, że widz, jeśli takową miłość sam przeżył, może doświadczyć na tym przedstawieniu czegoś w rodzaju katharsis. O ileż silniej oddziałuje na słuchacza przy takim inscenizacyjnym założeniu sławny lament Tytanii "O Let Me Weep"!
Warto dodać, że spektakl stał na wysokim poziomie muzycznym, a twórcy zaangażowali zarówno świetnych śpiewaków, jak i tancerzy.

Utamaro, Drzeworyty japońskie z kolekcji Muzeum Narodowego w Krakowie

Miłość jest jednym z motywów najsilniej zaznaczonych w drzeworytach prezentowanych na trwającej właśnie wystawie czasowej. Odnosząc się do tytułu niniejszego wpisu, miłosne historie utrwalone na papierze przez japońskiego mistrza Kitagawę Utamaro należałoby zaliczyć do miłości niespełnionych. Jedna z wyróżnionych części kolekcji skupia się na historiach miłości zakazanych. Takich, które wykluczone są przez społeczny konwenans lub oczekiwania rodzin. Kończą się one zazwyczaj podwójnym samobójstwem. Inna część, zdecydowanie lżejsza w odbiorze, prezentuje kunsztowne rysunki owadów. Każdy z nich opatrzony jest tłumaczonym z japońskiego wierszem. Utwory te mówią zwykle o nieudanych zalotach. Olbrzymia estetyczna przyjemność. 

czwartek, 13 lutego 2025

Mathias Enard, Busola

Na określenie tej powieści należałoby użyć chyba wyrażenia "proza specjalistyczna" albo powieść dla orientalistów. By móc dobrze poruszać się w meandrach myśli głównego bohatera, Franza, należałoby odbyć studia orientalistyczne, bo czytanie "Busoli" z encyklopedią zniechęciłoby z pewnością większość czytelników. Liczba faktów, pojęć, nazwisk przytaczanych przez narratora jest bowiem naprawdę spora. Wypadałoby znać się również na muzyce, gdyż główny bohater i pierwszoosobowy narrator jest muzykologiem-orientalistą.
Tytułowa busola wskazuje oczywiście wschód. Jest jednak w powieści mowa o fałszywej busoli, kupionej ze śmiesznymi rzeczami, której igła magnetyczna była ukryta przed wzrokiem użytkownika, a urządzenie pokazywało zupełnie inne kierunki. Dla Franza prawdziwym kierunkiem był nie wschód, a Sara, jego wielka niespełniona miłość. Gdyby była spełniona, nie dostalibyśmy wszak tego długaśnego, bardzo poetyckiego i erudycyjnego monologu.
Monolog ten to - możemy założyć - gonitwa myśli podczas bezsennej nocy. Wskazują na to umieszczone na początku rozdziałów cyfry odpowiadające upływającym godzinom. Jest to natłok myśli naukowca, więc może przytłoczyć czytelnika. Można odnieść wrażenie, że Enard chciał tu wyłożyć całą swoją wiedzę na temat wschodu. To taki intelektualny popis, z jednej strony imponujący, ale z drugiej irytujący. Może przez to prawdziwsza staje się postać Franza, nieco zadufanego akademika.
Robią wrażenie w tej książce błyskotliwe, pięknie budowane zdania, refleksja na temat Orientu, świadomość, że jest on konstruktem ludzi zachodu. Enard nie wykłada czytelnikom swojego Wschodu łopatologicznie. Daje dzięki temu możliwość refleksji i własnych interpretacji. Opis rewolucji religijnej w Iranie pozwala zorientować się, co leżało u jej podłoża, a Chomejni i jego akolici  nie jawią się tu jako krwiożercze potwory, choć oczywiście powieść nie zaciera śladów opresji i reżimu panującego nad Zatoką Perską.
Zabrakło mi natomiast dobrej redakcji. Nie znam się na Oriencie, ale orientuję się trochę w muzyce. Wypadałoby pokazać tekst przed drukiem jakiemuś muzykologowi. Jest bowiem w tej warstwie trochę pomyłek i niedokładności. Jeśli w dziedzinie wschodoznawczej pojawiły się błędy, to orientaliści również mogliby poczuć zawód.

poniedziałek, 10 lutego 2025

Mario Vargas Llosa, Marzenie Celta

Nie jestem wielkim fanem twórczości peruwiańskiego noblisty. "Marzenie Celta" to kolejna z jego powieści, w której analizuje problem przemocy, władzy i nierówności, choć skupia się tym razem na postaci, która w zasadzie całe życie poświęciła na walce o prawa człowieka i była w tej dziedzinie właściwie pionierem.

Choć zbeletryzowana, biografia Rogera Casementa pisana jest niemal jak literatura faktu. Dużo danych, nazwisk, faktów. W warstwie czysto literackiej nieco więc zawodzi. Wartością powieści jest jednak próba przybliżenia bohatera właściwie zapomnianego, a poza Irlandią mało znanego. 

Vargas Llosa zauważa, że w jego ojczystym Peru, w którym Casement przeprowadził doniosłą batalię o prawa rdzennych mieszkańców i zaprzestanie wyzysku przez kompanie kauczukowe, nie ma w zasadzie śladów po brytyjskim dyplomacie. Niewiele zostało ich w samej Irlandii. Do niedawna niechętnie wspominano tego bojownika o wyzwolenie zielonej wyspy nawet w ojczyźnie. Powodem jest skandal obyczajowy, który wywołały ujawnione jeszcze za jego życia (kiedy siedział w celi śmierci za działalność niepodległościową) dzienniki pełne przygód homoseksualnych.

Czy ta "skaza" słusznie zepchnęła Casementa w cień? Z punktu widzenia dzisiejszej obyczajowości oczywiście nie. Jednak nawet purytańskie społeczeństwo początku XX w. powinno docenić wartość walk o prawa człowieka w Kongo, Amazonii oraz o prawa narodów do samostanowienia.

sobota, 8 lutego 2025

Symfonia o umieraniu, reż. Matthias Glassner

Na tego typu film język niemiecki posiada odrębne słowo: Mammutfilm, czyli długaśne filmidło, co jednak nie musi być określeniem pejoratywnym. Tak się składa, że najlepsze niemieckie filmy ostatnich lat to właśnie takie mamucie produkcje. Mam tu na myśli kandydata do Oskara "Toni Erdmann", "Fabiana" i właśnie "Symfonię o umieraniu", najdłuższą z wymienionych tytułów.
Łączy te filmy jedna cecha: wcale się nie dłużą. Podczas seansu "Sterben" łapałem się na tym, że siedzę w kinie z otwartą buzią. To zapewne wynik bezpośredniości, z jaką Matthias Glassner opowiada o problemach bardzo trudnych: starzeniu i umieraniu rodziców, obumierających w nowoczesnych społeczeństwach więziach rodzinnych, coraz większych trudnościach w nawiązywaniu relacji uczuciowych.
"Symfonia o umieraniu" prowadzi swoją narrację zbliżając się odważnie i nieco ryzykownie do granic kiczu, groteski lub zgranych artystycznych chwytów. Między tymi rafami przepływa jednak bez szwanku, upewniając widzów, że reżyser panuje nad sytuacją.
Przeciętnemu Polakowi relacje rodzinne sportretowane w filmie mogą wydawać się niesłychane. Główny bohater, dyrygent Tom utrzymuje sporadyczny kontakt z rodziną. Nie ma czasu, by odwiedzać rodziców ani tym bardziej towarzyszyć im w ostatniej drodze. Nie dociera nawet na pogrzeb ojca, co nie spotyka się zresztą z potępieniem ze strony matki. Wyobraźmy sobie analogiczną sytuację we własnej rodzinie...
Zadziwiającą, szczerą i jedną z najlepszych scen filmu jest rozmowa, w której matka wyznaje Tomowi, że nigdy go nie lubiła ani nie kochała. Tom odpowiada podobnym wyznaniem, a wymiana zdań przebiega w spokojnej atmosferze, bez oskarżeń, bez oczekiwań, które już dawno same wygasły. W tej samej rozmowie Tom stwierdza, że jest tak samo zimny jak matka. Matka z tym stwierdzeniem się nie zgadza. Nie powinien również zgodzić się widz. Tom Lunies jest w tym filmie chyba najsympatyczniejszą postacią i ciepłym, dobrym choć zranionym człowiekiem. Widzimy mężczyznę uwikłanego w niesymetryczne relacje przyjacielskie i romantyczne. Cierpiąc na brak matczynej miłości i ciepła, sam oddaje się bez reszty swojej byłej partnerce Liv (jest przy porodzie i pomaga w wychowywaniu córki, którą Liv ma z innym mężczyzną), cierpliwie obchodzi się również z najbliższym przyjacielem Bernardem, chimerycznym, pogrążonym w depresji kompozytorem. Ta dwójka właściwie nie liczy się z uczuciami Toma. Bernard prosi go o pomoc w próbie samobójczej, Liv na pogrzebie beszta Toma, że nie zapobiegł temu samobójstwu, a wcześniej oczekując jego zaangażowania w wychowanie córki, bez ogródek przypomina mu, że nie jest ojcem dziecka.
Śmierć jest nowym początkiem. Wydaje się, że po stracie rodziców i przyjaciela Tom będzie całkiem samotny. Tymczasem tuż po pośmiertnym prawykonaniu w berlińskiej filharmonii utworu Bernarda (tytułowa "Symfonia o umieraniu") Ronja, z którą Tom niezobowiązująco się umawiał, oświadcza mu, że jest w ciąży. Tu zarówno koncept śmierci i narodzin, jak i towarzysząca temu muzyka zmarłego Bernarda przybliżają nas do granicy kiczu i trywialności, ale - jak wspomniałem - nie przekraczają jej.
Mam wrażenie, że reżyser (i scenarzysta w jednym) z dużą uwagą podszedł do wiarygodności psychologicznej. Dorosły Tom mierzy się wciąż z nierozwiązanymi i nierozumianymi do końca problemami z dzieciństwa. Podobnie jest z jego siostrą. Ellen w odróżnieniu od utalentowanego brata chce być nikim i konsekwentnie realizuje ten autodestrukcyjny plan w niekończącym się alkoholowym ciągu. W tym trudnym wątku reżyser znajduje miejsce na groteskowy humor. Ellen pracuje bowiem jako pielęgniarka stomatologiczna. Łatwo sobie wyobrazić krwawe filmowe sceny ze skacowaną lub nietrzeźwą pracownicą gabinetu dentystycznego i trudno jednocześnie uwierzyć, by takie rzeczy mogły wydarzyć się u prawdziwego dentysty.

niedziela, 2 lutego 2025

Luigi Pirandello, Jeden, nikt i sto tysięcy, Warszawa 2011 [wyd. PIW]

Przyznam się szczerze, że nigdy do końca nie rozumiałem zmagań literatów I połowy XX stulecia z zagadnieniem formy. Wiele energii wkładali niektórzy w wyzwolenie się z różnego rodzaju form, masek itp. (Gombrowicz czy Pirandello właśnie) albo w poszukiwanie czystej formy (Witkacy). Sensu tych poszukiwań nie potrafię odgadnąć i nie wiem, czy wspomnianych autorów (i kilku innych) poszukiwania owe doprowadziły do ostatecznych rozwiązań.

Pirandello w charakterystycznie ironiczny sposób dostrzega zagrożenia wynikające z takich poszukiwań. Otóż mogą one doprowadzić twórcę do domu wariatów. Moscarda, główny bohater powieści "Jeden, nikt i sto tysięcy" pragnąc uwolnić się od form popada bowiem w szaleństwo. Użyte wcześniej słowo "twórca" należy przy tym rozumieć w najszerszym możliwym znaczeniu. Twórcą jest każdy z nas. Każdy bowiem, w przeważającej mierze nieświadomie, musi samemu wykreować własny obraz świata i poszczególnych osób, które spotyka na swojej drodze życia. Moscardów jest więc tylu, ilu ludzi, którzy się z nim stykają. 

Tworzenie obrazów, ujęć, zamkniętego zbioru opinii na czyjś temat jest daremne. Uchwycić kogoś w takiej formie równa się uśmierceniu danej osoby. Wszystko póki żywe jest wszak zmienne. Ta konkluzja staje się swego rodzaju wyzwalającym odkryciem, któremu narrator daje wyraz pod koniec powieści:

Nazwisko jest napisem nagrobnym, niczym więcej. Jest dobre dla zmarłych. Dla tego, kto przybrał ostateczną formę. Ja jestem żywy i nie przybrałem ostatecznej formy. Życie nie przybiera ostatecznej formy. I nie wie, co to nazwy. To drzewo oddycha, drżąc nowymi liśćmi. Jestem tym drzewem. Drzewem, chmurą; jutro książką albo wiatrem; książką, którą czytam, wiatrem, który chłonę ustami. Cały na zewnątrz, włóczęga. [ss. 221-222]

Odkrycie to należy przełożyć na życie codzienne, w którym trzeba zrezygnować z przybierania masek na użytek kontaktu z innymi ludźmi. Fakt, że inni wciskają nas w swoje formy, ma również wpływ na nas samych, kiedy pod wpływem drugiego człowieka odgrywamy "wersję" przeznaczoną dla danej osoby. Z czymś takim Moscarda postanawia skończyć:

Otóż to: dla siebie nikim.
To była może droga prowadząca do tego, by stać się jednym dla wszystkich. [s. 220]

Odważna próba, wydaje się jednak, że niemożliwa do zrealizowania, chyba że szaleństwo można potraktować na równi ze śmiercią. Jedno i drugie wydaje się wyzwoleniem od formy. Nie wiem czy słusznie, ale zwariowany Moscarda staje się dla mnie postacią pokrewną Ludwikowi z "Kosmosu" Gombrowicza. W podobny sposób jak u Gombra główny bohater przez większą część powieści docieka tajemnicy, która rozwiązuje się w finale będącym swoistą iluminacją.

Niełatwo brnie się przez owe wewnętrzne zmagania bohatera Pirandella. Tym większe wrażenie robi wątek erotyczno-sensacyjny wpleciony do narracji pod koniec powieści. Zdaje się, że ten specyficzny, zakończony postrzeleniem z pistoletu, nieudany romans Moscardy z Anną Rosą był próbą, którą musiał przejść główny bohater na drodze do odnalezienia siebie samego - nieograniczonego żadnymi formami. Wszak rzekome obopólne erotyczne zainteresowanie tej dwójki wynikało jedynie z sugestii Didy (żony Moscardy), a nie z autentycznie żywionych uczuć. W awanturniczym epizodzie zrealizowali więc formę, w jaką wtłoczyła ich osoba trzecia. 

Na koniec istotna refleksja. Filozoficzne założenia wynikające z powieści Pirandella stawiają pod znakiem zapytania zasadność wszelkiej twórczości, w tym pisarstwa. Daremny trud, skoro wszelkie wysiłki prowadzą artystę wyłącznie do uśmiercenia przedmiotu swojej twórczości. Tego włoski noblista był z całą pewnością świadom i stąd zapewne finalne szaleństwo narratora i wspomniana już wyczuwana "miedzy wierszami" ironia autora.



czwartek, 30 stycznia 2025

Grzegorz Gauden, Polska sprawa Dreyfusa

Niewinnie oskarżony student, niewiarygodni świadkowie, matactwa organów ścigania, które za wszelką cenę dążyli do udowodnienia tezy: Żydzi chcieli zabić prezydenta. Dlaczego polska sprawa Dreyfusa mogła w ogóle mieć miejsce? Po pierwsze, z powodu potężnego wszechobecnego w przedwojennej Polsce antysemityzmu (dzisiejszy antysemityzm to tzw. małe miki). Po drugie, z powodu działań lwowskiej policji, kierującej śledztwo na fałszywe tory, po to by ukryć swoje liczne zaniedbania, które doprowadziły do zamachu na prezydenta Wojciechowskiego. Po trzecie, z powodu przestarzałego jeszcze prawa procesowego (pierwsza kodyfikacja w niepodległej Polsce miała wszak miejsce w 1928 roku). Niektóre ówczesne rozwiązania wydają się wprost przerażające w porównaniu z dzisiejszymi standardami. W procesie doraźnym, który mógł trwać nie dłużej niż 3 dni i musiał zakończyć się uniewinnieniem, przekazaniem sprawy do rozpatrzenia przez sąd z ławą przysięgłych lub karą śmierci (innych kar nie przewidziano), obrońcy nie mieli dostępu do akt sprawy w czasie postępowania przygotowawczego. Materiał dowodowy poznawali w zasadzie dopiero na sali sądowej, nie mieli też kontaktu z klientem przed rozprawą. A w sprawie Steigera (polskiego Dreyfusa) opinia publiczna wydała już wyrok przed procesem. Nie można się więc dziwić, że odesłanie sprawy do sądu przysięgłych Gauden określa mianem cudu. 

Zarówno w procesie doraźnym, jak i tym drugim uderza nierówność stron. Sąd dowolnie oddala pytania obrońców, wymierza im kary, nie ma też pewności, czy protokolanci dobrze notują zeznania. W drugim procesie zapada wyrok uniewinniający, bo ujawniona dzięki pracy adwokatów skala kompromitacji prokuratury i policji była tak wielka, że nie dało się chyba zasądzić inaczej. Cóż z tego, Steiger po uniewinnieniu musiał wyprowadzić się ze Lwowa, bo w tym mieście nie miał już przyszłości.

Reportaż sądowy wstrząsający, bo nawet na czytelniku dość z historią polskiego antysemityzmu obeznanym, wciąż robią wrażenie takie dyktowane nienawiścią rasową rzeczy jak negacja faktów, zdrowego rozsądku oraz elementarny brak wrażliwości. Doprowadza to do ponurej refleksji, że późniejsze rządy sanacji mimo wszystko tamowały w pewien sposób nastroje Polaków okresu międzywojnia. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby rządziła endecja... Smuci również to, że pewne mechanizmy trwają. Prasa wówczas i dziś nie kieruje się rzetelnością przekazu, tylko jego ideologiczną spójnością. Trudno się oprzeć wrażeniu, że to przede wszystkim przywara prasy prawicowej.

Książka Gaudena, oparta w dużej mierze na protokołach sądowych trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Zastanowić się należy, czy analogia ze sprawą Dreyfusa jest pełna. Wydaje się, że proces Steigera nie odbił się w Polsce aż tak szerokim echem. Nie było wszak w tej sprawie (lub nie pisze o tym autor) postaci takiej jak Zola (czy Conan Doyle w brytyjskim odpowiedniku - sprawie George'a Edaljiego), która potrafiłaby przemówić do sumień części rodaków. Któż jednak miał to zrobić? Dwaj najwięksi tamtego czasu - Żeromski i Reymont - stali nad grobem. Dodatkowo autora "Przedwiośnia" wielu badaczy oskarża o antysemityzm. Szczęściem, nawet bez takiego wsparcia, polska sprawa Dreyfusa zakończyła się dobrze dla oskarżonego.

poniedziałek, 13 stycznia 2025

Weronika Kostyrko, Róża Luksemburg. Domem moim jest cały świat, Warszawa 2024 [wyd. Marginesy]

Po lekturze byłem bardzo smutny. Ze spacerów po Berlinie znałem wprawdzie miejsce nad Landwehrkanal, gdzie na nabrzeżu umieszczono spiżowe litery ROSA LUXEMBURG. Tu wrzucono ciało zamordowanej do wody. Poza tym oraz wiadomościami z lekcji historii nie wiedziałem o niej nic więcej. 

Weronika Kostyrko opowiada o Róży Luksemburg snując dwa główne wątki: prywatnego życia swojej bohaterki oraz wielkiej historii ze szczególną uwagą skupiając się na ważnych rewolucyjnych momentach (rewolucji 1905, rewolucji w Rosji i wreszcie rewolucji w Niemczech). Trzeci - bardziej eksponowany pod koniec książki - to poglądy i pisarstwo Luksemburg. Bliżej poznajemy jej polemikę z Marksem na temat akumulacji kapitału, krytykę kolonializmu, pacyfizm, krytykę Lenina i jego sposobu rozumienia dyktatury proletariatu. Przywódca bolszewików wyznawał kierowniczą rolę partii i jej elit. Róża hasło "cała władza w ręce rad" rozumiała zaś dosłownie, stojąc na pozycjach radykalnie rewolucyjnych i jednocześnie demokratycznych. Jej wizja - humanistyczna, antyprzemocowa była jednocześnie utopijna. 

Poglądy ustawiały Różę niemal zawsze na marginesie, mimo to niestrudzenie i niezłomnie walczyła o swoje ideały. Krucha i słabego zdrowia, okazywała wielki hart ducha w wielu sytuacjach. Wielokrotnie więziona, w życiu politycznym zdominowanym przez mężczyzn dochodząca do głosu i broniąca swoich racji. Prywatnie ofiara - powiedzielibyśmy dziś - stalkingu. Wielka miłośniczka przyrody, potrafiąca zachwycić się źdźbłem trawy albo świergotem sikorki. 

Najwięcej wrogów narobiła sobie w latach I wojny światowej głosząc radykalnie pacyfistyczne hasła. Rozbrat wzięła wtedy nawet z socjalistami z SPD, którzy poparli finansowanie niemieckich zbrojeń. 

Wyprzedzała swoje czasy. Ten kwiat nie mógł kwitnąć w ogarniętej wojennym i nacjonalistycznym szałem Europie.

wtorek, 7 stycznia 2025

Crossing

Osoby transpłciowe stanowią, jak można przeczytać po pobieżnym researchu w internecie, około 1proc. społeczeństwa. Ich doświadczenie i odczucia są zapewne trudne do zrozumienia przez cispłciową większość. Film Levana Akina próbuje zbliżyć widzów do tej mniejszości w ciekawy sposób. W centrum historii nie stoi bowiem ani Tekla, ani Evrim (transpłciowe kobiety), tylko Lia, emerytowana nauczycielka z Gruzji, która rusza do Stambułu, by odnaleźć wyrzuconą przed laty z domu transpłciową siostrzenicę (Teklę). Przed podróżą, która stanowi fabułę filmu, Lia musiała przebyć drogę wewnętrzną. Spotykamy ją bowiem w momencie akceptacji wyboru nieobecnej Tekli. Lia nikogo nie ocenia, chce po prostu odnaleźć krewną. Nie możemy jej również nazwać sojuszniczką LGBT. To co się liczy, to więzy rodzinne i świadomość, że zawiodło się bliską osobę. Pod koniec filmu Lia zdobywa się wszak na wyznanie, które znamy z innych obrazów poruszających tematykę tolerancji - żal, że lęk przed opinią otoczenia przeważył nad uczuciami do członka rodziny. 

Tę wzruszającą historię znakomicie zagraną przez Mzię Arabuli (Lia) i Deniz Dumanli (Evrim) dopełniają piękne ujęcia tętniącego życiem Stambułu. Sekwencja na promie zmierzającym w stronę Złotego Rogu, w której kamera przemierza zakamarki pod pokładem, by wreszcie wydostać się na pokład jest niemal hipnotyczna. Plus klękajcie narody przed dzieciakiem, który gra na czymś podobnym do gitary i śpiewa na promie, a potem do kotleta gdzieś przy knajpianych ogródkach. Piękne!

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...