Na tego typu film język niemiecki posiada odrębne słowo: Mammutfilm, czyli długaśne filmidło, co jednak nie musi być określeniem pejoratywnym. Tak się składa, że najlepsze niemieckie filmy ostatnich lat to właśnie takie mamucie produkcje. Mam tu na myśli kandydata do Oskara "Toni Erdmann", "Fabiana" i właśnie "Symfonię o umieraniu", najdłuższą z wymienionych tytułów.
Łączy te filmy jedna cecha: wcale się nie dłużą. Podczas seansu "Sterben" łapałem się na tym, że siedzę w kinie z otwartą buzią. To zapewne wynik bezpośredniości, z jaką Matthias Glassner opowiada o problemach bardzo trudnych: starzeniu i umieraniu rodziców, obumierających w nowoczesnych społeczeństwach więziach rodzinnych, coraz większych trudnościach w nawiązywaniu relacji uczuciowych.
"Symfonia o umieraniu" prowadzi swoją narrację zbliżając się odważnie i nieco ryzykownie do granic kiczu, groteski lub zgranych artystycznych chwytów. Między tymi rafami przepływa jednak bez szwanku, upewniając widzów, że reżyser panuje nad sytuacją.
Przeciętnemu Polakowi relacje rodzinne sportretowane w filmie mogą wydawać się niesłychane. Główny bohater, dyrygent Tom utrzymuje sporadyczny kontakt z rodziną. Nie ma czasu, by odwiedzać rodziców ani tym bardziej towarzyszyć im w ostatniej drodze. Nie dociera nawet na pogrzeb ojca, co nie spotyka się zresztą z potępieniem ze strony matki. Wyobraźmy sobie analogiczną sytuację we własnej rodzinie...
Zadziwiającą, szczerą i jedną z najlepszych scen filmu jest rozmowa, w której matka wyznaje Tomowi, że nigdy go nie lubiła ani nie kochała. Tom odpowiada podobnym wyznaniem, a wymiana zdań przebiega w spokojnej atmosferze, bez oskarżeń, bez oczekiwań, które już dawno same wygasły. W tej samej rozmowie Tom stwierdza, że jest tak samo zimny jak matka. Matka z tym stwierdzeniem się nie zgadza. Nie powinien również zgodzić się widz. Tom Lunies jest w tym filmie chyba najsympatyczniejszą postacią i ciepłym, dobrym choć zranionym człowiekiem. Widzimy mężczyznę uwikłanego w niesymetryczne relacje przyjacielskie i romantyczne. Cierpiąc na brak matczynej miłości i ciepła, sam oddaje się bez reszty swojej byłej partnerce Liv (jest przy porodzie i pomaga w wychowywaniu córki, którą Liv ma z innym mężczyzną), cierpliwie obchodzi się również z najbliższym przyjacielem Bernardem, chimerycznym, pogrążonym w depresji kompozytorem. Ta dwójka właściwie nie liczy się z uczuciami Toma. Bernard prosi go o pomoc w próbie samobójczej, Liv na pogrzebie beszta Toma, że nie zapobiegł temu samobójstwu, a wcześniej oczekując jego zaangażowania w wychowanie córki, bez ogródek przypomina mu, że nie jest ojcem dziecka.
Śmierć jest nowym początkiem. Wydaje się, że po stracie rodziców i przyjaciela Tom będzie całkiem samotny. Tymczasem tuż po pośmiertnym prawykonaniu w berlińskiej filharmonii utworu Bernarda (tytułowa "Symfonia o umieraniu") Ronja, z którą Tom niezobowiązująco się umawiał, oświadcza mu, że jest w ciąży. Tu zarówno koncept śmierci i narodzin, jak i towarzysząca temu muzyka zmarłego Bernarda przybliżają nas do granicy kiczu i trywialności, ale - jak wspomniałem - nie przekraczają jej.
Mam wrażenie, że reżyser (i scenarzysta w jednym) z dużą uwagą podszedł do wiarygodności psychologicznej. Dorosły Tom mierzy się wciąż z nierozwiązanymi i nierozumianymi do końca problemami z dzieciństwa. Podobnie jest z jego siostrą. Ellen w odróżnieniu od utalentowanego brata chce być nikim i konsekwentnie realizuje ten autodestrukcyjny plan w niekończącym się alkoholowym ciągu. W tym trudnym wątku reżyser znajduje miejsce na groteskowy humor. Ellen pracuje bowiem jako pielęgniarka stomatologiczna. Łatwo sobie wyobrazić krwawe filmowe sceny ze skacowaną lub nietrzeźwą pracownicą gabinetu dentystycznego i trudno jednocześnie uwierzyć, by takie rzeczy mogły wydarzyć się u prawdziwego dentysty.
sobota, 8 lutego 2025
Symfonia o umieraniu, reż. Matthias Glassner
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,
Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...
-
"Znachor" reż. Jakub Roszkowski, Teatr im. J. Słowackiego "Znachor" jako propozycja na dzień zakochanych? Historia opowi...
-
Najpierw ustalasz reguły gry! mówi pisarz. A potem narzekasz, że musisz ich przestrzegać! [Legendy, s. 78]. Albo ich nie przestrzegasz, ja...
-
Przyznam się szczerze, że nigdy do końca nie rozumiałem zmagań literatów I połowy XX stulecia z zagadnieniem formy. Wiele energii wkładali n...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz