Czy Max Aue da się lubić?
Można znaleźć w sieci fragment recenzji Krzysztofa Vargi, w którym czytamy, że podczas lektury "Łaskawych" czasem czujemy sympatię do Obersturmbannführera Aue. Otóż nie! Wolałbym, żeby Varga nie wypowiadał się w imieniu czytelników. Nie ma bowiem, w mojej ocenie, fragmentu, w którym można by poczuć sympatię do tej osoby. Littel dba o to, by jakiekolwiek pozytywne uczucia względem głównego bohatera zdusić, zanim zdołają wykiełkować.
Aue jest nazistą z przekonania i do samego końca. Jego jedyne wątpliwości są natury estetycznej. Ten miłośnik poezji, muzyki klasycznej i dobrych trunków wolałby z pewnością nie odwiedzać obozów zagłady, nie patrzeć na mord w Babim Jarze, nie zadawać się z prymitywami pokroju Blobela, Hössa czy nawet Himmlera. Wierzy jednak Führerowi, więc przystaje na to, co się dzieje kosztem męczących go nieustannie mdłości.
Jednak nie tylko uwikłanie głównego bohatera w zbrodnię holocaustu czyni z niego postać antypatyczną. Wielce problematyczna jest również jego historia rodzinna. Aue nosi w sobie głębokie poczucie krzywdy. Porzucony przez ojca, twierdzi, że odtrąciła go matka i to na nią zrzuca winę za swe traumy. Trudno mu wszakże współczuć. Odbieramy go jako osobnika niedojrzałego, który nie przepracował przeszłości i swoje relacje rodzinne zamroził w emocjonalności trzynastolatka. Niedojrzała jest również jego postawa społeczna. I nie chodzi tu nawet o ślepe posłuszeństwo zbrodniczym przełożonym (wszak nie odbiegał w tym zakresie od rzeszy podobnych mu Niemców), ale o bierność i potrzebę bycia kierowanym przez innych. Aue nie zrobiłby kariery w SS, gdyby nie popychali go mentorzy i przyjaciele: Thomas, Leland i Mandelbrod.
Choć antypatyczny, jest jednak Aue atrakcyjną postacią literacką. Po pierwsze dlatego, że znajduje się w ważnych miejscach i momentach historii, zna ważne postaci. Nie odczuwamy przy tym przesytu, jakiegoś literackiego "przesolenia", jak to na przykład miało miejsce z Erykiem Stamelmannem z "Doliny Radości" Chwina, którego historia była po prostu niewiarygodna. Po drugie, jest szczęściarzem, wychodzi zawsze z opresji, w czym pomagają mu niekiedy (a niekiedy utrudniają) epizody ewidentnego szaleństwa (ugryzienie Hitlera w nos!). Miejscami nieprawdopodobne zachowania czytelnik może tolerować chyba właśnie dlatego, że w czasie zbiorowej fiksacji, jaką był narodowy socjalizm, ekstrawagancje Auego wydają się wpisywać w ogólny nurt. Ta nuta szaleństwa i fart stawiają naszego SS-Obersturmbannführera w jednym szeregu z takimi postaciami jak Tyron Slothrope z "Tęczy Grawitacji" Pynchona czy porucznik Hoszowski z "Warunku" Rylskiego. Zwłaszcza ten ostatni. Przedzieranie się Maxa i Thomasa z Drawska do Berlina pod koniec zimy 1945 jako żywo przypomina ewakuację Hoszowskiego i Rangułta z Rosji w 1812 r.
Inne, choć dalekie, literackie pokrewieństwo jest proweniencji Kafkowskiej. Bohater ma problem z rodzicami. Ma również problem z prawem - Auego regularnie nachodzą dwaj policjanci, którzy nieustępliwie, pomimo kolejnych sądowych umorzeń, próbują doprowadzić do jego skazania w związku z niewyjaśnioną śmiercią matki i ojczyma. Nie wiadomo przy tym, czy nasz bohater jest winien. Zagadka zabójstwa rodziców nie zostaje rozwikłana. Możemy jednak założyć, że padli ofiarą napadu szaleństwa później wypartego przez Maxa.
Max Aue jest człowiekiem swoich czasów. Nie budzi naszej sympatii, bo budzić jej nie może chyba żadna postać z powieści Littela. Stosunkowo najłaskawiej autor potraktował kobiety. Tu spośród szeregu odhumanizowanych, zautomatyzowanych wręcz funkcjonariuszek, sekretarek, gospodyń wyróżniają się dwie - Una i Helena, siostra i przyjaciółka Maxa. Są dalekie od ideologicznego zaczadzenia, ale pozostają bierne. Una wiedzie łatwy żywot żony bogatego arystokraty, a Helena pozostaje zakochana w Maxie, nawet kiedy dowiaduje się o jego udziale w eksterminacji.
Littel wnikliwie i ze swadą sportretował III Rzeszę. "Łaskawe" pozostają unikatem bo prezentują perspektywę zbrodniarzy i pokonanych w tej wojnie. Jesteśmy przyzwyczajeni do narracji zwycięzców, a jeśli do głosu dochodzą Niemcy, to jest to zwykle głos uznający winę i poszukujący historii tych nielicznych "sprawiedliwych" (vide Kirst, Fallada, Böll, Hegi i wielu innych). Pomimo przyjętej perspektywy nikt nie powinien mieć wątpliwości co do intencji autora. Oczywistym jest, że Littel potępia nazizm, a ewentualne kontrowersje czy zarzuty związane z epatowaniem erotyką łamiącą wszelkie tabu powinny zejść na plan dalszy wobec bezlitosnego obnażenia szaleństwa, w którym pogrążyły się Niemcy czasów Hitlera.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz