To zdanie mogłoby posłużyć za opis powieści Pajtima Statovciego. Nawet jeśli w beletrystyce nie da się utożsamić autora z narratorem i bohaterem, to jednak nie da się zaprzeczyć, że to, co czytamy wzięło początek w głowie pisarza. Nawet w takim wypadku pisanie bez ogródek o przemocy, wykroczeniach i nadużyciach całych społeczności, ale także jednostki, wymaga od autora odwagi, bezkompromisowości i odsłonięcia - owego "kroczenia nago przez otwarty plac".
Artim, główny bohater "Niewidzialnych" nie jest sympatyczną osobą. Oczywiście, dorastał w swojej kulturze, w trudnym, pełnym przemocy czasie rozpadu Jugosławii i od przemocy (także jej stosowania) nie potrafi uciec. Z drugiej strony jest człowiekiem wrażliwym, marzy, by zostać pisarzem. Brakuje mu chyba jednak pisarskiego szerokiego spojrzenia. Artim skupia się bowiem wyłącznie na sobie. To być może sposób na przetrwanie. Ale trudno być twórcą, nie skupiając się na tym, co dookoła nas. Ciężarna żona, potem dzieci stają się balastem, kochanek znajduje się w polu zainteresowania Artima, dopóki jest zdrowy, nawet pobyt w więzieniu i hańba nie wyrywają bohatera z autystycznego stuporu.
Kontrastem dla Artima są ludzie wokół, którzy dbają o niego, są stanie wiele dla niego oddać i zrobić. Nawet mimo wyrządzonych krzywd Ajsze troszczy się o swojego byłego męża. Milos haruje i ostatnie pieniądze wydaje na wspólny wyjazd.
Pajtovci opisując rozpad mikrokosmosu jednostki (świata, w którym wzrastał, rodziny, miłości) unika usprawiedliwiania swojego bohatera traumą wojny, sytuacji uchodźczej, koniecznością ukrywania się geja w homofobicznej kulturze. To jest siła jego prozy i jednocześnie jej słabość. Nasza kultura lubi wszak bohaterów dynamicznych. A Artim pomimo swoich życiowych zakrętów nie przechodzi żadnej przemiany. Tego mi w "Niewidzialnych" zabrakło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz