Ach, jak ten Barry zwodzi czytelnika! Narratorem jest Thomas McNaulty, który opowiada swoje przygody z czasów eksterminacji Indian oraz wojny secesyjnej. Mówi też o swojej miłości do Johna Cole'a i mówi tak, że niemal do końca książki wydaje nam się, że ten Cole w momencie opowiadania nie żyje. Pod koniec czytelnik ma pewność, że to jednak McNaulty żegna się z tym światem. Cóż, do ostatnich kart powieści nie można być niczego pewnym.
Książka niebanalna, miejscami błyskotliwa. Opowiada bez ogródek o wojnach i zbrodniach. A jednak za głównych bohaterów Barry obiera właśnie białych Amerykanów (sam McNaulty jest imigrantem z Irlandii), którzy w owych masakrach biorą czynny udział. Tak było, cóż mogli zrobić szeregowcy, którzy z biedy zaciągnęli się do wojska? Mimo wszystko trudno odmówić sympatii Thomasowi i Johnowi, którzy w swym niełatwym położeniu zachowują człowieczeństwo, ratują indiańskie dziecko i są gotowi oddać za nie życie.
Jest to też romans, ale szorstki, żołnierski, bez romantycznych, cukierkowych westchnień, uwodzenia, miłosnych podchodów uwieńczonych tęczową kulminacją pierwszego pocałunku. McNaulty zdania w stylu: "Potem ruchaliśmy się cichutko, a później usnęliśmy" przemyca mimochodem pomiędzy kolejnymi opowieściami o wyczynach wojskowych.
Mogą nieco nużyć rozwlekłe i stanowiące trzon tej powieści batalistyczne, drobiazgowe opisy. Ale przecież dla weterana takie szczegóły to wątek i osnowa jego pamięci. Nie sposób też podjąć temat grozy wojennej bez zagłębienia się w ponure szczegóły. Dobrze jednak, że powieść i jej narrator tchną optymizmem. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej, kiedy autor dedykuje książką swojemu synowi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz