niedziela, 17 grudnia 2023

16.12.2023 Księga niepokoju Bernarda Soaresa, pomocnika księgowego w Lizbonie

To może na początek anegdota. Zamiast przepisywać żmudnie fragmenty z książki do mojego zbiorku cytatów, często skanuję dane strony telefonem, program do OCR przerabia je na plik tekstowy. Potem te cytaty wysyłam sobie z telefonu na komputer przez Facebooka. Zwykle dbam, żeby post był prywatny. Tym razem przeoczyłem i jeden z najbardziej dołujących fragmentów Pessoi przeczytało kilkoro znajomych. Wrażliwe koleżanki zaczęły komentować ze zmartwieniem, a ja przejąłem się, że mogą mnie zobaczyć w tak pesymistycznej "wersji".
Tymczasem, gdyby ów fragment nie dotarł do mnie i nie poruszył mnie w jakiś szczególny sposób, nie wynotowałbym go przecież. A ze wstydem związanym z publikacją tego cytatu wiąże się siła prozy Pessoi. Przelewa on na papier takie refleksje, które większość z nas pewnie ma, ale siłą konwenansu i swoistego obowiązku dążenia do rozwoju, doskonalenia itd. itp. oddala od siebie takie myśli, a już na pewno wzbrania się przed ich artykułowaniem do wiadomości bliźnich. To wolno tylko jednostkom skrajnie depresyjnym i słabym...
A Pessoa lub raczej Bernardo Soares nie wstydzi się ucieczki od życia w świat marzeń, przyznania, że nic nie osiągnie, bierności, rezygnacji. Jest wszakże druga strona takiej postawy - skupienie na sobie, swoisty rozwój duchowy...
Docierają więc do mnie i są mi bardzo bliskie zapiski pomocnika księgowego. Z drugiej strony mam świadomość swego rodzaju "efekciarstwa" stosowanego przez autora. Mam tu na myśli zwłaszcza naszpikowanie tekstu licznymi paradoksami, które są właśnie efektowne, ale niekoniecznie logiczne, odkrywcze czy mądre. Inna rzecz mniej ciekawa w tej książce to opisy okolic, w których żyje Soares, zmieniających się w poszczególnych porach roku. Te melancholijne fragmenty zachęcają do kartkowania.
Warto na koniec wspomnieć o niezwykle efektownym zakończeniu tej książki. Jest nim swoiste panteistyczne wyznanie wiary. Odrzucenie (już wcześniej na kartach tego działa) boga osobowego i dostrzeżenie jedności z przyrodą - wszechświatem, od którego jednocześnie jesteśmy oddzieleni. A oddziela nas zapewne świadomość siebie.


--------------------

wynotowane cytaty

Fernando Pessoa, Księga niepokoju Bernarda Soaresa, pomocnika księgowego w Lizbonie, Warszawa 2007 [wyd. Świat Literacki]

Uważałem, że Bóg, chociaż nieprawdopodobny, mógłby istnieć, a w takim razie należy Go wielbić, natomiast Ludzkość, będąc zaledwie pewną biologiczną ideą, która określa nie więcej niż jeden ze zwierzęcych gatunków, nie zasługuje na większe uwielbienie niż jakikolwiek inny gatunek zwierząt. [s. 15]

Jedynym sposobem na to, abyśmy pozostawali w zgodzie z życiem, jest pozostawanie w niezgodzie ze sobą. [s. 30]

Odczuwam moje życie tak, jakby mnie nim tłuczono. [s. 77]

Ach, nie ma tęsknoty bardziej bolesnej niż tęsknota za tym, czego nigdy nie było. [s. 87]

Zresztą kiedy myślę, z całą przenikliwością, na jaką mnie stać, o tym, co pozornie było moim życiem, widzę to jako coś kolorowego - papierek po czekoladce lub banderolę od cygara - zmiatanego przez natrętną służącą szczotką z obrusu, aby trafić zaraz na śmietniczkę między okruchy i skorupki tej prawdziwej rzeczywistości. Ten barwny drobiazg wyróżnia się wśród rzeczy o równie błahym przeznaczeniu, bo jest jednym z wybrańców, którzy trafią na śmietniczkę. A gdzieś ponad zamiataniem kontynuują swoją rozmowę bogowie, obojętni na incydenty przy obsłudze świata. [s. 114]

Bardziej mi żal tych, którzy marzą o czymś prawdopodobnym, uzasadnionym, bliskim, niż tych, którzy marzą o czymś dziwacznym i odległym. Ci, którzy marzą na wielką skalę, są albo szaleńcami, którzy w swoje marzenia wierzą - co czyni ich szczęśliwymi - albo zwykłymi marzycielami, dla których rojenia są tylko muzyką duszy, kołyszącą ich do snu, niczego przy tym nie mówiąc. Ale człowiek, który marzy o czymś prawdopodobnym, ma realną możliwość prawdziwego rozczarowania. [s. 121]

Asystowałem incognito przy stopniowym obumieraniu mojego życia, przy powolnym rozkładzie wszystkiego, czym chciałem być. [s. 159]

Szczęśliwy ten, kto nie wymaga od życia więcej, niż ono samo mu daje, kto kieruje się instynktem kotów, które sadowią się w słońcu, kiedy jest słońce, a kiedy nie ma słońca - w cieple, gdziekolwiek by ono było. Szczęśliwy ten, kto rezygnuje ze swojej osobowości na rzecz wyobraźni i oddaje się kontemplacji cudzych losów, doświadczając nie wszystkich wrażeń, tylko zewnętrznego spektaklu wszystkich wrażeń. Szczęśliwy wreszcie ten, kto rezygnuje ze wszystkiemu i komu, ponieważ ze wszystkiego zrezygnował, niczego nie można zabrać ani uszczuplić. [s. 189]

Nasza cicha nienawiść wobec raju podszyta jest nadzieją nieszczęśliwej nędzarki, liczącej na to, że w niebie będzie wieś. Tak, to nie ekstazy abstrakcji ani cudy absolutu mogą oczarować czującą duszę: to domostwa i stoki gór, zielone wyspy pośród niebieskich mórz, ścieżki między drzewami i długie godziny odpoczynku w odwiecznych ogrodach, choćby nie miały nam być nigdy dane. Jeżeli w niebie nie ma ziemi, to lepiej, żeby nieba nie było. Niech wszystko będzie niczym i niech skończy się ta powieść pozbawiona wątku. [s. 231]

Czas jak wieczorny tramwaj zawraca z jazgotem przez cienie moich myśli. Kiedy unoszę wzrok ponad swoje myśli, oczy pieką mnie od spektaklu świata. [s. 255]

Wyzbądźmy się i tego złudzenia. Nie posiadamy nawet naszych wrażeń. Nic nie mów. W końcu pamięć to nasze wrażenie na temat przeszłości - a każde wrażenie to iluzja.
- Słuchaj mnie, słuchaj bez przerwy. Słuchaj i nie spoglądaj przez otwarte okno na płaski pejzaż po drugiej stronie rzeki, nie zwracaj uwagi na zmierzch [...] ani na ten gwizd pociągu, przecinający nieokreśloną dal [...]. Słuchaj mnie uważnie...
Nie posiadamy własnych wrażeń. Nie posiadamy w nich siebie. [s. 281]

Nie posiadamy ani ciała, ani prawdy - ani nawet złudzenia. Jesteśmy widmami złożonymi z kłamstw, cieniami złudzeń, a nasze życie jest puste i z zewnątrz i od wewnątrz.

Czy ktokolwiek zna granice własnej duszy, tak by mógł powiedzieć "Ja to ja"? [s. 281]

Bądź obojętny. Kochaj zachód słońca i świtanie dnia, dlatego że z kochania tych rzeczy nie ma - nawet dla ciebie - żadnego pożytku. Odziej swoją istotę w złotogłów martwego wieczora, jak obalony król o różanym poranku, z majem w białych chmurach i uśmiechem dziewic w odległych rezydencjach. Niech twoja żądza skona pośród mirtów, twoje znudzenie niech zgaśnie pośród tamaryndowców i niech odgłos wody towarzyszy temu wszystkiemu jak podczas zmierzchu nad rzeką, gdzie nic nie ma znaczenia poza wiecznym biegiem wód ku odległym morzom. Reszta to życie, które nas opuszcza, płomień gasnący w naszych oczach, purpura znoszona, jeszcze zanim się w nią odzialiśmy, księżyc czuwający nad naszym osamotnieniem, gwiazdy roztaczające swoją ciszę nad naszą godziną rozczarowania. Gorliwy jest ten jałowy i przyjazny żal, który tuli nas z miłością do piersi. [s. 282]

Postrzeganie największego lęku jako incydentu bez znaczenia, nie tylko w życiu wszechświata, ale i w życiu naszej duszy, to początek mądrości. Utrzymanie tej perspektywy w samym środku tego lęku to pełna mądrość. W chwili gdy cierpimy, ludzki ból wydaje nam się nieskończony. Ale ludzki ból nie jest nieskończony, bo nic, co ludzkie, nie jest nieskończone, a nasz ból nie ma żadnej wartości poza tym, że jest bólem, którego doświadczamy. [s. 325]

Dostrzegam w sobie zdolność do budzenia szacunku, ale nie jakiegoś głębszego uczucia. Niestety, nigdy nie zrobiłem niczego, co by uzasadniło ten szacunek ze strony osób, które go z początku czuły, tak że ostatecznie nie traktowały mnie z prawdziwym szacunkiem.
Czasami wydaje mi się, że znajduję w cierpieniu przyjemność. Ale naprawdę jest tak, że chciałbym czegoś zgoła innego.
Nie mam zalet przywódcy ani zwolennika. Nie mam też zalet człowieka zadowolonego - czyli zalet, które przydają się wtedy, gdy brakuje innych.
Inni, mniej inteligentni ode mnie, są silniejsi.
Lepiej kształtują swoje życie pośród ludzi, zręczniej zarządzają swoją inteligencją. Mam wszelkie przymioty potrzebne do tego, aby wywierać wpływ, brak mi tylko umiejętności robienia tego - lub po prostu woli, aby tego pragnąć. [s. 329]

W każdym umyśle - jeżeli nie jest zwyrodniały - jest wiara w Boga. W żadnym umyśle - jeżeli nie jest zwyrodniały - nie ma wiary w określonego Boga. [s. 360]

Marzyciel widzi tylko to, co ważne. [s. 377]

Wszystko, co żyje, żyje dlatego, że się zmienia; zmienia się, dlatego, że mija, a ponieważ mija, umiera. Wszystko, co żyje, zmienia się nieustannie w coś innego, stale sobie przeczy, uchyla się przed życiem.
Dlatego życie jest przerwą, powiązaniem, relacją - jednak relacją między tym, co minęło, i tym, co co minie; martwą przerwą między Śmiercią i Śmiercią. [s. 393]

Dzienny lub nocny obrazie Ziemi, mojej matki, matczynej tak czule; niepotrafiącej mnie nawet krytykować jak moja ludzka matka, bo brak ci duszy, którą byś mnie bezwiednie analizowała, i ukradkowych spojrzeń, zdradzających takie myśli o mnie, do których sama byś się nie chciała przyznać. Olbrzymi oceanie, mój hałaśliwy towarzyszu z dziecięcych czasów, który mnie koisz i dajesz wytchnienie, bo twój głos nie jest głosem ludzkim i nigdy nie wyzna po cichu cudzym uszom moich słabości, moich niedoskonałości. Rozległe niebo, niebo niebieskie, niebo bliskie tajemnicy aniołów, [...], ty nie patrzysz na mnie zielonymi oczyma, a jeśli tulisz słońce do piersi, nie robisz tego po to, aby mnie kusić, a gdy się [...] gwiazdami, to nie po to, aby mi okazać swoją wzgardę... Uniwersalny pokoju Natury, tak matczynej przez to, że mnie nie zna; odległy spokoju atomów i systemów, tak braterskich w tym, że nic nie mogą wiedzieć na mój temat... Chciałbym się modlić do waszego ogromu i waszej ciszy, z wdzięcznością za to, że was mam i że mogę was kochać bez podejrzeń i wątpliwości; chciałbym dać uszy waszej głuchocie, mimo której zawsze nas słyszycie, dać oczy waszej subtelnej ślepocie, która pozwala wam widzieć; chciałbym być przedmiotem waszego zainteresowania przez te zmyślone oczy i uszy; znaleźć pocieszenie w tym, że uwzględnia mnie wasza baczna Nicość, jakby to była ostateczna śmierć - gdzieś daleko, bez nadziei na inne życie, poza jakimkolwiek Bogiem i możliwością istnienia, gdzie byłbym rozkosznie żaden w duchowej barwie wszystkich materii... [s. 434]




niedziela, 10 grudnia 2023

St. Wyspiański, Powrót Odysa, Teatr Nowy Poznań, 2023-12-10

Temat inspirujący wielu. Tu mamy nieuwspółcześniony - poza kilkoma krótkimi wstawkami - tekst Wyspiańskiego. Można z nim wiele zrobić, nawet wbrew tekstowi zaproponować jakąś wizję sceniczną. Telega zaproponował - zupełnie wbrew antycznemu decorum (którego trochę tu jednak brakowało) - jakąś pop-eklektyczną formę, w której sceny prawie jak z antyku gryzły się z teledyskami, czy quasi-cytatami filmowymi. Powrót i rozprawa z zalotnikami mogła niektórym skojarzyć się z filmami Tarantino, tym bardziej, że nie szczędzono sztucznej krwi. I do momentu owej krwawej jatki miałem poczucie, że pomimo dobrych fragmentów, coś tu jednak zmarnowano.

I wtedy nastąpiła zmiana dekoracji. Surowe, betonowe dworzyszcze Odysa zastępują białe, sterylne ściany domu dla obłąkanych. Cichnie szarpiąca nerwy muzyka. Przy łagodnych dźwiękach z inwokacją do syren Odys prowadzi swój monolog - bardzo dobrze podany przez Sebastiana Greka.

Pojawiają się syreny - wszystkie postacie, w białych surrealistycznych kostiumach. Odys dociera do Itaki? Odnajduje dom? Czy ginie w morskiej pianie własnego szaleństwa? Kompozycyjnie ten spokojny, falujący jak spokojne morze monolog tonącego wspaniale dopełnia i dyskontuje całość. I dzięki niemu dość ryzykownie poprowadzona gra jednak wygrywa.

Widać po całości, że reżyser jest młody - taki jest język jego inscenizacji i nie jest to wada tego teatru. Zdaje się, że pomysły i sceny w pierwszej części powiązano tu trochę zbyt luźno. Dobrze zrobiłoby temu "Odysowi", gdyby uszyto go nieco mocniejszą nicią, wyrazistszym ściegiem, bez ryzyka dosłowności (bo od niej ten spektakl był naprawdę daleko). Wyrazistszy ścieg pozwoliłby może śmielej wprowadzić ledwie zarysowane wątki uchodźcze z Morza Śródziemnego i białoruskiej granicy. A czy tonący Odys nie byłby sam takim uchodźcą?

Ten spektakl pokazuje nam reżysera, który ma perspektywy. Oby się dobrze rozwinął. Aktorstwo niestety nierówne z wybijającym się Telemachem - znakomita improwizacja na wejście (Dariusz Pieróg) i Odysem (ale dopiero w drugiej części). 

PS. Wątek homoerotyczny z Telemachem i jego kochankiem można łączyć z estetyką bliską najmłodszemu pokoleniu twórców. Ale przecież jest to bardzo inteligentnie wprowadzone, jeśli pomyślimy, że rzecz dzieje się w starożytnej Grecji. Panowie Pieróg z Niemytem zagrali to zresztą bardzo czule i romantycznie.


Reżyseria: MICHAŁ TELEGA
Scenografia, kostiumy, światła: KRYSTIAN SZYMCZAK                                                                       
Asystentka scenografa: ALEKSANDRA WAWRZYNIAK
Muzyka: PIOTR KORZENIAK
Choreografia: DAWID TAS
Inspicjentka: HANNA KUJAWIAK

Obsada:

DOROTA ABBE
MARTA HERMAN
SEBASTIAN GREK
MICHAŁ KOCUREK
ADAM MACHALICA
ANDRZEJ NIEMYT
DARIUSZ PIERÓG
ŁUKASZ SCHMIDT
oraz gościnnie
PIOTR KORZENIAK/PRZEMYSŁAW „ŚLEDZIUHA” ŚLEDŹ (gitara)

czwartek, 30 listopada 2023

2023-11-30 Macocha, Teatr Polski w Poznaniu

Macocha

Reżyseria
Błażej Biegasiewicz
Dramaturgia
Beniamin M. Bukowski 
 
Tekst miejscami bardzo banalny i nie ratuje go stwierdzenie, że rozprawia się z mitem macochy, który jest bardzo zakorzeniony w baśniach. Można było pomyśleć, jak ten infantylizm zneutralizować. 
Podobnie banalne były niektóre rozwiązania inscenizacyjne. Te jakieś układy choreograficzne - rodem prawie z Teatru U Przyjaciół. 
Ale były też momenty dobre, wciągające, ciekawe. Najlepsza chyba scena to ta najbardziej nierealna - piosenka - odlot Cichonia z całym repertuarem środków od dziecięcego płaczu po jakiś rodzaj lotu nad kukułczym gniazdem.
I ten powtarzający się motyw ptasi.
"Jesteś odwrotnością kukułki. Zamiast podrzucać jaja do gniazd wchodzisz do gniazda i je zawłaszczasz" - mówi pasierb do macochy.
Plus dla Cichonia i plusik dla Szumskiej.
Oceniam na 3+

wtorek, 28 listopada 2023

28.11.2023 Milan Kundera, Nieznośna lekość bytu

Bezbrzeżnie smutna książka, która ciężkości nabiera pod koniec, w "Uśmiechu Karenina", ostatnim rozdziale naznaczonym zbliżaniem się do śmierci. Czyżby więc swoistą wagę życie zyskiwało bądź też osiągało dopiero wtedy? 

Powieść Kundery ma dwie zasadnicze warstwy. Jedna to czysto fabularny opis perypetii życiowych dra Tomasza, Teresy, Sabiny i Franza, w którym na pierwszy plan wysuwa się sfera erotyczna i uczuciowa. Druga to przezierający przez tę pierwszą warstwę przerażający obraz totalitaryzmu w wydaniu czechosłowackim. Podany tu niejako z pierwszej ręki. Obie budują ów smutny obraz ludzkiego życia. Być może najdalej od owego smutku jest Sabina, która życie poświęca nie na walkę z komunistyczną rzeczywistością, a na walkę z kiczem. 

Ale kicz to - jak pisze Kundera - swego rodzaju niezgoda na "gówno". W komunistycznej sztuce nie było miejsca na gówno, co jednak dość silnie kontrastowało z rzeczywistością kraju za żelazną kurtyną. Sabina w sielankowej scenerii domku gdzieś w USA, a potem w Kalifornii uciekła od gówna. Reszta, przede wszystkim Teresa i Tomasz zgnojeni przez władzę w tym gównie tkwiła. Tam, gdzie nie ma gówna - zdaje się pisać Kundera - jest kicz. A więc Sabina od niego nie uciekła.

Wzruszające momenty tej powieści mówią o poszukiwaniu miłości przez Teresę, która odnajduje ją w relacji z Kareninem suczką, która na końcu umiera. Przedsmak tej relacji mamy również w historii z zakopaną przez dzieci wroną, której Teresie nie udaje się uratować.

Nieznośną lekkością naznaczone jest samo pisarstwo Kundery. Czyta się to szybko, sprawnie przechodząc z bohaterami przez koleje ich losów. Autor nie przytłacza nas swą erudycyjną obecnością. Czasami tylko wychyla się gdzieś zza fabuły z paroma dosadnymi stwierdzeniami, jak np. te o gównie. A na końcu okazuje się, że po tej "lekkiej" lekturze zostaliśmy z nieznośnym ciężarem. I nie wiemy wcale, czy to brzemię bohaterów, czy też nie czasem nasz własny ciężar.

******

wynotowane cytaty

Nieznośna lekkość bytu, Warszawa 2023 [wyd. WAB]


Widzenie jest wyznaczone dwiema granicami: silnym oślepiającym światłem i totalną ciemnością. To być może powoduje niechęć Sabiny do wszelkiego ekstremizmu. Skrajności oznaczają granicę, za którą kończy się życie, a za fanatycznym ekstremizmem w sztuce i w polityce kryje się pragnienie śmierci. [ss. 113-114]

Od tego czasu wiedziała, że piękno jest zdradzonym światem. Możemy się z nim spotkać tylko w miejscach, w których prześladowcy przez pomyłkę o nim zapomnieli. [s. 134]

Ale świat był tak paskudny, że nikomu nie chciało się zmartwychwstawać. [s. 279]

Człowiek jest pasożytem krów, tak by go prawdopodobnie scharakteryzował w swej zoologii nieczłowiek. [s. 347]

niedziela, 26 listopada 2023

24.11.2023 Olga Tokarczuk, Empuzjon, reż. Robert Talarczyk, Teatr Śląski im. St. Wyspiańskiego

Grupa mężczyzn stojących na scenie, w centrum oświetlony mężczyzna z wyciągniętą do przodu lewą ręką
 

Przyzwoity spektakl, świetnie utrzymujący klimat tajemnicy i grozy. Po raz kolejny Tokarczuk używa konwencji horroru do wypowiedzenia się w ważnym temacie. To ciekawe, że w spektaklu o zemście kobiet za patriarchalny świat, w którym możliwe było palenie "wiedźm" na stosie, cała obsada jest męska. Żonę Opitza gra wszak mężczyzna, sam zaś Wojnicz, czyli główny bohater, przez większość czasu identyfikuje się także jako samiec.
Wszystko w śląskiej produkcji było na wysokim, wyrównanym poziomie. Aktorzy mieli okazję do zaprezentowania swoich umiejętności.
Nie była to wszakże realizacja z wyżyn. Ale wolę taki teatr niż irytujące eksperymenty, w których zapomina się o aktorach lub o opowieści. Teatr, nawet jeśli używa dekonstrukcji, nawet jeśli zaplanowany jest jako manifest, ma być opowieścią.

Realizatorzy

adaptacja i reżyseria
Robert Talarczyk
muzyka
Wojciech Kilar (w opracowaniu Adama Wesołowskiego)
scenografia, kostiumy, reżyseria świateł
Katarzyna Borkowska
choreografia
Kaya Kołodziejczyk
wideo-art
Wojtek Doroszuk
przygotowanie iluzjonistyczne
Paweł Kwiecień
konsultacje literackie
prof. Ryszard Koziołek
asystenci reżysera
Michał Piotrowski, Mateusz Worek
realizacja dźwięku
Grzegorz Maj, Franciszek Borgiel
realizacja światła
Maria Machowska, Piotr Roszczenko
realizacja wideo
Szymon Suchoń
kierownictwo produkcji
Małgorzata Długowska-Błach
kierownik techniczny produkcji
Maciej Rokita
współpraca produkcyjna
Justyna Pankiewicz (STUDIO teatrgaleria)
asystentka produkcji
Dorota Damec

Obsada

Mieczysław Wojnicz
Michał Piotrowski
Wilhelm Opitz
Marcin Gaweł
Thilo von Hahn
Mateusz Smoliński
Walter Frommer
Dariusz Maj
August August
Krzysztof Strużycki
Longin Lukas
Marcin Szaforz
doktor Semperweiß
Wiesław Sławik
ojciec Wojnicza
Artur Święs
Rajmund, Hans Castorp
Jakub Fret

23 listopada 2023 Czarna Maska, K. Penderecki, NOSPR, dyr. Marin Alsop

Pierwszy mój kontakt z tą operą miał miejsce bardzo wcześnie. O polskiej prapremierze w Poznaniu mówiło się u mnie w domu dużo z racji pracy mojej mamy. Pamiętam, że chciałem bardzo tę operę zobaczyć, ale mama twierdziła, że to jest tylko dla dorosłych, więc poznańska inscenizacja Peryta pozostała tylko legendą.
Posłuchać całości udało mi się po trzydziestu latach, kiedy natrafiłem w internecie na rejestrację bodaj z Filharmonii Narodowej z Artyszem i nie pamiętam kim tam jeszcze. Nagranie, niekoniecznie doskonałe brzmieniowo pozostawiło we mnie wrażenie kakofonii i wyrobiło opinię, że to partytura trudna, wymagająca skupienia i kładąca nacisk na wiele elementów, wśród których dbałość o piękno wyrazu brzmieniowego zdecydowanie nie znajduje się na czele.
I wreszcie tak długo oczekiwany kontakt z dziełem na żywo kazał zrewidować wcześniejsze wrażenia. Oczywiście słuchanie w sali koncertowej bądź w operze ułatwia skupienie i lepsze zrozumienie materiału. Owszem dzieło jest wymagające, ale nawet średnio - tak jak ja czy Boguś - przygotowany muzycznie odbiorca jest w stanie wyciągnąć z niego wiele satysfakcjonujących elementów.
Język muzyczny jest dość atrakcyjny, rozbudowany aparat perkusyjny wnosi wiele nieoczywistych efektów dźwiękowych, wspaniale z nowoczesną muzyką komponują się cytaty i stylizacje barokowe, zdaje się, że Penderecki zastosował również technikę motywów przewodnich. Jeden z nich cały czas brzmiał mi w uszach po wyjściu, nawet go nuciłem. Całość Penderecki ujął w klamrę - na początku i na końcu oddaje głos efektownie brzmiącym bębnom.
Akcja dramatu muzycznego równie wciągająca i miejscami na tyle enigmatyczna i wieloznaczna, że daje wiele możliwości interpretacyjnych. Przynajmniej w wersji semi scenicznej, którą widzieliśmy w Katowicach. Reżyser tego wykonania, Georg Zlabinger, znakomicie wykorzystał przestrzeń sali koncertowej NOSPR, każąc śpiewakom śpiewać nie tylko z estrady, ale również z galerii chóru. Sama zaś akcja toczyła się niekiedy nawet pośród widowni.
Wykonanie bardzo satysfakcjonujące. Całokształt bardzo pewnie poprowadzony przez szefową radiowców z Katowic. Wspaniały dobór głosów z jedną tylko dość istotną chyba jednak pomyłką obsadową. Trudno oceniać możliwości techniczne i walory brzmieniowe głosu Yeree Suh (Benigny). Koreanka tak bardzo odbiegała wolumenem od reszty składu, że do siedzącego naprawdę blisko widza docierały jedynie strzępy jej interpretacji. Strzępy te dawały jakie takie pojęcie o technice czy dość przyjemnym brzmieniu, ale mimo wszystko jej kreacja pozostawiała duży niedosyt, tym bardziej, że Benigna to najważniejsza przecież partia w całej partyturze. Z mocno rozbudowanej obsady warto wyróżnić bardzo wyraziste i znakomicie poprowadzone partie Hrabiego Ebbo Hüttenwächtera (Remigiusz Łukomski), Jedidji Pottera (Patrick Vogel), Silvanusa Schullera (bardzo szlachetnie brzmiący Tadeusz Szlenkier) i Löwela Perla (Tomas Tómasson).

Wykonawcy
Marin Alsop – dyrygentka
Lionel Sow – kierownictwo artystyczne Chóru NFM
Artur Koza – przygotowanie Chóru NFM
Georg Zlabinger – reżyseria
Karolina Iwańska-Paśnicka – asystent reżysera, inspicjent
Néstor Bayona – asystent dyrygenta, pianista korepetytor
Tadeusz Szlenkier – tenor (Silvanus Schuller)
Yeree Suh – sopran (Benigna)
Joanna Kędzior – sopran (Arabella)
Karolina Sikora – mezzosopran (Róża Sacchi)
Patrick Vogel – tenor (Jedidja Potter)
Nathanaël Tavernier – bas (François Tortebat)
Ewa Tracz – sopran (Daga)
Tomas Tómasson – baryton (Löwel Perl)
Patrick Alexander Keefe – bas–baryton (Robert Dedo)
Dariusz Machej – bas (Pleban Wendt)
Mateusz Zajdel – tenor liryczny (Hadank)
Remigiusz Łukomski – bas (Hrabia Ebbo Hüttenwächter)
Magdalena Pluta – alt (Hrabina Laura)
Piotr Maciejowski – tenor (Schedel)
Jan Żądło – bas (Doktor Knoblochzer)
Justyna Ołów – mezzosopran (Czarna Śmierć)

 

poniedziałek, 20 listopada 2023

2023-11-18 Osobliwości sycylijskie, reż Roberto Ando

Film dużej urody. Pietyzm, z jakim odtworzono Sycylię sprzed stu lat robi wielkie wrażenie. Kiedy oglądałem scenę z nianią leżącą w trumnie podczas przyjazdu Pirandella, złapałem się na tym, że tak właśnie wyobrażałem sobie Włochy czytając "Serce" Amicisa w podstawówce.

Tu do pięknej scenografii i znakomitych zdjęć dochodzi fantastyczne aktorstwo*, świetny włoski humor no i trop, który sprawdza się w każdym dobrym filmie, czyli teatr w kadrze. Jest to w sumie prosta historia, w której pokazano mały wycinek życia sławnego pisarza i przy okazji rozprawiono się z przywarami, które na Sycylii wciąż pewnie pozostają żywe (korupcja, indolencja fachowców, swary rodzinne).

*Cała galeria wyrazistych epizodów i drugich planów: burdelmama, niania (!), odrzucony kochanek itd. itp. 

Oceniłem na 5

17.11.2023 Michal Ajvaz, Morderstwo w hotelu Intercontinental; Powrót starego warana; Inne miasto

Zbiór wierszy, opowiadań i powieść w jednym tomie. Zarówno wiersze jak i opowiadania wyglądają w mojej ocenie jak zapis marzeń sennych, zapewne doprawionych wyobraźnią autora, bo gęstość groteskowych zdarzeń i przemian jest tu niesłychana. 

Z prawdziwą maestrią mamy tu jednak do czynienia na końcu - w powieści "Inne miasto". Dopiero czytając ten utwór, można się zgodzić z umieszczoną gdzieś notą wydawniczą, w której porównuje się prozę Ajvaza do Brunona Schulza. Ja wpisałbym jeszcze ten utwór do długiej listy spadkobierców Kafki. Poszukiwania tytułowego "Innego miasta" są wszak w jakiś sposób pokrewne próbom dotarcia przez K. do Zamku. 

I tu mamy pokaz niesłychanie bujnej wyobraźni autora. O ile jednak w opowiadaniach i wierszach mieliśmy do czynienia z wolnym przepływem snów - pomysłów - groteskowych zdarzeń, o tyle w "Innym mieście" surrealizm podporządkowany jest idei dotarcia do ukrytego gdzieś za niedosiężną zasłoną - a jednocześnie blisko nas - równoległego świata. Wędrówka pomiędzy światami jest też próbą odpowiedzi na pytania o cel naszej egzystencji i o to, czy do niego w ogóle można dotrzeć. 

Oceniłem na 5

Wynotowane cytaty:


Jeśli nie nauczymy się słuchać tekstu pustej kartki,
To chyba nie zrozumiemy też sensu słów drukowanych. [Rzeka podziemna, s. 24]

Z prawdziwym przesłaniem książki spotka się tylko ten, kto nieśpiesznie szwenda się wzdłuż jej linijek jak brzegiem morza, wsłuchując się w cichy przybój mowy. Leniwy włóczęga prześcignie najszybszego biegacza. [Chrząszcz, s. 58]

Co robić, będziemy cierpliwie przykładać do ucha chłodne konserwy, będziemy w milczeniu wpychać w siebie długie nitki spaghetti, trochę śliskie, blado połyskujące w blasku księżyca, nie wiedząc nawet, gdzie się właściwie kończą. [Chrząszcz, s. 64]

... nasze wyobrażenia o końcu są fałszywe, kawałkujemy trwanie na poszczególne wydarzenia, żeby móc je sobie w głowie przejrzyście ułożyć jak polana w drewutni, tymczasem żaden wypadek nie jest ani trochę bardziej końcem niż początkiem czy środkiem, „żadna ze śmiertelnych rzeczy nie ma narodzin ani końca w nieszczęsnej śmierci, jest tylko mieszanie i rozdział zmieszanych" - powiada Empedokles... [Chrząszcz, s. 67]

... cel, który na szlaku zawsze tylko wprowadza nas w błąd, ponieważ cel, to nasze wyobrażenie, wrosłe w miejsce, z którego wychodzimy i nieustannie z powrotem nas do niego ściągające... [Inne miasto, s. 286]

czwartek, 16 listopada 2023

12.11.2023 Uwolnienie, Zenon Fajfer, reż. Kuba Kowalski, Wrocławski Teatr Współczesny

Dość spontaniczna wycieczka. Dzień zmiany rozkładów jazdy napawał mnie trochę niepokojem, ale pociągi jeździły bardzo punktualnie. Pogoda nie zachęcała do szczególnych spacerów, więc skierowaliśmy kroki na Włodkowica, licząc, że może dostaniemy się do Peruwiany. Nie było nam dane. Niedaleko, na św. Antoniego natknęliśmy się na krvn. Miejsce lekko hipsterskie, dość zaniedbane, ale jednak z dobrym jedzeniem - znowu burger i winem (pomarańczowe!). Można potraktować ten lokal jako rezerwowy w razie zajęcia Peruwiany. 

Po obiedzie jeszcze słodkie w kawiarni na Kiełbaśniczej i spektakl.

Tekst o teatrze, w którym nie ma teatru, albo raczej pole oddaje się widzom, od których oczekuje się, że będą aktorami. Nie, nie jest to spektakl, do którego wciąga się widzów. Między tymi, którzy wykupili bilety siedzą aktorzy, którzy ujawniają się przez niemal cały czas trwania spektaklu. Za mną siedziała aktorka, która ujawniła się chyba najpóźniej.

Tekst nie miał szczególnych walorów literackich. Przypisałbym go jakiemuś młodziakowi - studentowi. A tu okazuje się, że pan Fajfer parę lat starszy jest ode mnie. Kuba Kowalski, którego Calderon z Sopotu tak mi się podobał, tym razem może nie zawiódł, ale trochę rozczarował. Tak jakby trochę puścił ten spektakl samopas. Żaden z aktorów nie przekonał mnie, że jest jednym z nas - widzów. Może o to chodziło, że mieli być nieprzekonywający. 

Najciekawsze w całym spektaklu zadanie należało do nas. Wyjście odbywało się poprzez scenę i kulisy. Gdzieś w głębi sceny mijaliśmy niewidoczną z widowni staruszkę - krawcową szyjącą na Łuczniku wielką kurtynę. 

Po spektaklu na Kiełbaśniczej Kapka - czyli winiarnia. Rozczarowująca jednak jeśli chodzi o wina i zupełnie bez atmosfery.

11.11.2023 Iłówiec - Mosina - Poznań

Boguś nie chciał jechać, więc pojechałem z Janem. Pogoda była wspaniała, świeciło słońce, powietrze dość ciepłe. Na drzewach złociły się jeszcze liście, więc droga z Pecnej do Grzybna była wyjątkowo malownicza. Przy pałacu w grzybnie cudnie złocił się na tle niebieskiego nieba miłorząb. W Żabnie zaś udało się nam obejrzeć wnętrze drewnianego kościoła. Zajrzeliśmy też do dworku z oryginalną sygnaturką zwieńczoną krzyżem. 

Ta część trasy była mi znana, dalej odkrycia. Sielskie widoki na polnej drodze w stronę Baranówka, rząd starych wierzb, zieleń oziminy i błękit nieba. W Baranówku stara chata, jakiś płot, koła na ścianach. Potem całkiem dobrze zachowany cmentarzyk w Sowinkach. 

Latyfundium Świtalskiego wielkie, nie spodziewałem się, że aż tak. Do środka nie bardzo można zajrzeć. Jechaliśmy więc drogą wzdłuż murów, a potem przez las do Mosiny. Przejeżdżałem tyle razy przez to miasto lub przechodziłem nawet w drodze z WPN na dworzec lub z dworca do WPN i nigdy nie miałem okazji go zwiedzić. A tu same ciekawostki - pomnik eleganta, odrestaurowana synagoga i malowniczy dom z wieżą z czerwonej cegły tuż za nią. W rynku bardzo dobra restauracja - Fircyk. Z racji daty, w menu królowała gęsina. Rosół, na który miałem ochotę, nie zdążył się ugotować, więc jadłem burgera z halloumi i frytkami. Miejsce ciekawe, do którego warto wrócić. 

Po wizycie na rynku inne ciekawe miejsca - zieleniec na terenie dawnego kirkutu. Jan mówi, że powinno się używać zwrotu cmentarz żydowski. Tuż obok cmentarz ewangelicki. Stare drzewa w świetle niskiego słońca rzucają długie cienie. Przy kościele i cmentarzu wąską uliczką a potem ścieżką wzdłuż kanału Mosińskiego wyjeżdżamy w las. Chwilami ścieżki nie można odnaleźć w liściach i ściółce, ale docieramy w końcu do widokowej atrakcji - stromych skarp w zakolach kanału. Stamtąd leśna droga prowadzi nas do Niwki, w której zwiedzamy kolejny cmentarz ewangelicki. Potem z Niwki nadwarciańską drogą wracamy do Poznania. 

Ja z rogalem jadę jeszcze do cioci Joli. W mieście wielkie tłumy ciągnące na św. Marcin i ze św Marcina. Wujek Maciej zjadł aż pół rogala. 




czwartek, 9 listopada 2023

4.11.2023 Nekla i okolice

Z pociągu wysiadamy w Podstolicach. Jest słonecznie, choć zimno. Jeszcze złoto na drzewach. Choć tych drzew coraz mniej. Olbrzymie połacie lasu w tych okolicach niedawno zostały wycięte i poruszamy się drogami wśród dwu-trzyletnich sadzonek sosny. Brak drzew oznacza, że przez dużą część trasy towarzyszy nam hałas drogi krajowej. 

Bliżej Barczyzny las gęstnieje. Znajdujemy trochę grzybów i docieramy do cmentarza ewangelickiego z XVIII w. Nie ma już na nim nagrobków. Gdyby nie ogrodzenie i tablica informacyjna, można by było pomyśleć, że to zwykły las. Dowiadujemy się z tablicy, że wieś w XVI w. spustoszyła zaraza, dopiero po pewnym czasie na tereny te sprowadzono Olędrów. Wraz z ich przybyciem zmieniła się też nazwa wsi (Sławęcin). 

Wędrówka wśród pól - docieramy do dębu Bardszczyn. Obok stadnina koni. Kawałek dalej wchodzimy w zagajnik. Widać, że droga stara, miejscami ubita polnymi kamieniami, po bokach leciwe wierzby. Ten dukt doprowadza nas do drugiego z cmentarzy z nagrobkiem Lierschów - Boguś mówi, że to jacyś przodkowie dziennikarza z Głosu Wielkopolskiego. 

W Nekli jemy obiad - typowa stypowa restauracja. Rosół i rolada wieprzowa, Michał - żurek, Boguś penne. Nie najgorsze i tanio. Przed pociągiem zwiedzamy jeszcze pałac i park. Trzeba zapewne wrócić, bo pałac w renowacji.




2023-11-08 Pascal Mercier, Nocny Pociąg do Lizbony, Warszawa 2008, wyd. Noir Sur Blanc

Dość wciągająca, choć niekiedy irytująca lektura. Raimund Gregorius, pięćdziesięcioletni z okładem, kostyczny nauczyciel greki, łaciny i hebrajskiego w berneńskim liceum, porzuca swe dotychczasowe uporządkowane i nieco monotonne życie i wyjeżdża do Lizbony w poszukiwaniu śladów pewnego Portugalczyka, którego książka wpadła mu w ręce i zachwyciła kilkoma cytatami. Być może nie pojechałby w tę podróż, gdyby nie spotkał na moście w rodzinnym mieście tajemniczej Portugalki, która napisała mu na czole numer telefonu. 

Powieść detektywistyczna, choć bez zbrodni. Gregorius poszukuje śladów tajemniczego autora i, po nitce do kłębka, dowiaduje się coraz więcej o zmarłym 30 lat wcześniej doktorze Amadeu Prado. Odkrywanie stopniowe historii Prado buduje napięcie, wciąga, jest dużym atutem tej lektury. Gorzej z motywacją naszego detektywa - Gregoriusa. Dlaczego ruszył w tę podróż, cóż takiego Amadeu miał w sobie, że tak zafascynował berneńczyka? Odpowiedź - zarysowanie historii Prado nie wydaje mi się przekonująca. 

Sztucznie brzmią również opowieści o Amadeu snute napotkanych przez Gregoriusa lizbończyków. Wygłaszają oni tak rozbudowane i wnikliwe peany o doktorze Prado, że trudno w nie uwierzyć. Również zapiski doktora Prado nie wydają się na tyle błyskotliwe lub odkrywcze, by rzucać wszystko i udawać się w podróż śladami tego, jak to ujęto w książce, "złotnika słów".

No i jeszcze jeden zarzut kompozycyjny - co stało się z kobietą z mostu i dlaczego Gregorius nigdy do niej nie zadzwonił?

Główny bohater - Prado - mówi kilka razy w tej książce, że nie znosi kiczu. To trochę paradoksalne, że książka o nim parokrotnie o ten kicz się ociera.

Oceniłem na 4

 

Wynotowane cytaty

Któż naprawdę chce być nieśmiertelny? Któż chciałby żyć wiecznie? Jakże nudna i jałowa musiałaby być świadomość, że nie ma znaczenia, co zdarzy się dzisiaj, w tym miesiącu, w tym roku – będzie jeszcze nieskończenie wiele dni, miesięcy i lat. Dosłownie nieskończenie wiele. Czy w takiej sytuacji cokolwiek jeszcze byłoby ważne? Nie musielibyśmy już liczyć się z czasem, nie moglibyśmy niczego zaprzepaścić, nie musielibyśmy się spieszyć. Byłoby obojętne, czy zrobimy coś dziś, czy jutro, całkowicie obojętne. Tysiąckrotne zaniedbania wobec wieczności stawałyby się niczym i nie miałoby sensu niczego żałować, bo zawsze zostawałby czas, by to nadrobić. Nie moglibyśmy nawet żyć chwilą, gdyż owo szczęście czerpiemy ze świadomości upływającego czasu, próżniactwo to przygoda w obliczu śmierci, wyprawa krzyżowa przeciw dyktatowi pośpiechu. Jeśli wszędzie i zawsze byłby czas na wszystko – gdzie zostałoby jeszcze miejsce na radość marnotrawienia czasu? [s. 154]

... wyobraźnia jest naszą ostateczną świętością... [s. 192]

Zawsze wzbraniałem się przed, jak to nazywają, dojrzewaniem. Nie lubię dojrzałości. Uważam tak zwaną dojrzałość za oportunizm lub czyste zmęczenie. [s. 198]

Umrzeć godnie oznacza umrzeć w uznianiu faktu, że to już koniec. I przeciwstawić się wszelkiemu kiczowi nieśmiertelności. [s. 318]

Sięgamy daleko w przeszłość - napisał Prado. - Staje się to przez nasze uczucia, te najgłębsze, czyli te, które decydują o tym, kim jesteśmy i jak to jest być nami. Owe uczucia bowiem nie znają czasu, nie znają go i nie uznają. [s. 335]

niedziela, 5 listopada 2023

David Foster Wallace, Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi, Warszawa 2015, wyd. WAB

Świadectwo doskonałego warsztatu pisarskiego, daru wnikliwej obserwacji, które po przeniesieniu na papier tworzą gęstą literacką tkankę.To pisarstwo wciąga, ale jest też bardzo wymagające i może czytelnika pokonać. Mnie pokonały dwa "cyberopowiadania", mocno futurystyczne, kreujące język, którym być może będziemy się posługiwali za kilkadziesiąt lat.

Większość opowiadań z tego zbioru, adekwatnie do tytułu, zajmuje się różnymi personami, najczęściej mężczyznami, których cechują erotomania, mizoginia itp. Nagromadzenie historii kręcących się wokół takich tematów, w ujęciu naturalistycznym, z wnikliwą obserwacją psychologiczną na dłuższą metę może czytelnika zmęczyć.

Najciekawsze opowiadanie w tym zbiorze trochę nie przystaje do reszty. "Na zawsze w górze" to jakby strumień świadomości dzieciaka, który w dniu 13 urodzin idzie z rodzicami na pływalnię lenią. Wallace obrazuje kłębiące się myśli chłopca na moment przed skokiem z wieży pływackiej. Błyskotliwe, bezlitosne i gorzkie. Z tego też pochodzi poniższy cytat.

Wynotowany cytat

Więc co jest kłamstwem? Twardość czy miękkość? Cisza czy czas?
Kłamstwo polega na tym, że jest jedno i drugie. [s. 25]

środa, 1 listopada 2023

27.10.2023 Christian Lindberg w Filharmonii Poznańskiej

Ponoć najsławniejszy puzonista świata. Wstyd się przyznać - nie słyszałem o nim. Grając na tym instrumencie niełatwo przebić się do czołówki i wieść życie solisty. Ale ten facet to wulkan energii. Jak się na niego patrzy, można zrozumieć jego sukces. W Poznaniu wystąpił zarówno w roli solisty jak i dyrygenta.
Na początek uwertura do Wolnego Strzelca. Melodyjna i bardzo dobrze zagrana. Potem koncert puzonowy autorstwa samego Lindberga. Skrzący się kolorami, ale ja bym rzekł, że niemal neoklasyczny. Malarski dźwiękowo, czasem jaskrawy, a czasem wręcz pastelowy.
Na koniec Brahms. Niekoniecznie mój ulubiony kompozytor. Ale IV Symfonii słuchało się przyjemnie.

niedziela, 22 października 2023

Anna Arno, Tam za kasztanami jest świat. Paul Celan. Biografia

Celana znałem przede wszystkim z "Fugi śmierci". Wcześniej czytałem może kilka wierszy w oryginale. Trudnych. Mam czasem tak, że biografia autora zachęca mnie do czytania jego twórczości. Czasem zaś twórczość do zgłębienia biografii. 

Fuga śmierci - powiadają, że najważniejszy wiersz XX stulecia. Piękny, choć tragiczny, a Celan nazywał go nagrobkiem dla matki zgładzonej prawdopodobnie w Bełżcu. 

Rzetelna dość praca, w której brakuje mi jakby motywu. Dlaczego Arno zajęła się Celanem? Pisze rzeczowo, nie ujawnia sympatii. Trudno jednak chyba wykrzesać z siebie jakąś sympatię dla tego trudnego, egotycznego człowieka. Ale może choć zdradzić nieco fascynacji twórczością? Nie widzę tego. 

Ot, przeczytałem...

2023-10-14 Pamiątkowo - Duszniki - Buk

Poranek słoneczny, w jasnym jesiennym słońcu krążymy po Pamiątkowie. Bywałem tam kiedyś w dawnych czasach i okazuje się, że nie zapadła mi ta wieś w pamięć. Czerwony sklep, ładna alejka nad jeziorem. 

Gdy tylko wyjeżdżamy ze wsi i przecinamy szosę szamotulską, pogoda gwałtownie się psuje. Chmurzy się i mocno wieje. Ale droga na Witoldzin jest bardzo malownicza. Pod lasem wielka rzeźba grzybiarki. Rysami twarzy przypomina mi mamę SylviuSza. 

Radzyny - szkoła i zbiornik widziany z wysokiej skarpy, a potem szosą kawałek do Kaźmierza. Robię zakupy w Żabce, a Boguś na targu. Nie zwiedzamy kościoła, bo trwa pogrzeb. Kawę, którą kupiłem w Żabka Cafe wypijam na schodkach pałacu. 

Na szosę do Bytynia przebijamy się przez straszliwy obóz mieszkaniowy. Wytyczono na nim ulice o ciekawych nazwach: Propolisowa, Nektarowa... Znów las, szukam grzybów, ale z całej wycieczki przywożę tylko jednego kozaka. Las tu ładny, ale bardzo rzadki. Niedługo nie będzie co wycinać...

Na szosie przy uschniętym drzewie najgorszy moment pogodowy. Przez chwilę chowamy się pod jakąś tarniną, ale szybko decydujemy się jechać dalej. Dojeżdżając polną drogą do jeziora mierzymy się z silnym wiatrem i siekącym w twarz deszczem. Jezioro Bytyńskie mocno pofalowane i spienione. Ale ścieżką wzdłuż brzegu jedzie się przyjemnie, od wiatru osłania nas wysoki tatarak i topole. Coś za coś - droga bardzo nierówna od korzeni. 

Dojeżdżamy do majątku i robi się na chwilę pogodnie. Zabudowania folwarczne robią wrażenie. Pałacu Niegolewskich nie da się obejrzeć, jest ukryty głęboko wewnątrz ogrodzonego parku. Ale jest kościół, gotycki, oszpecony trochę XX-wieczną wieżą.

Po drugiej stronie szosy polna droga wiedzie nas do Wilczyny. Znów bardzo malowniczo, pagórkowato. a na zaoranym polu uciekają przed nami sarny. Już to widzieliśmy kilka kilometrów bliżej wiosną poprzedniego roku w Gaju. Wilczyna okazuje się maleńka. Zabudowania wokół kościoła robią jednak wrażenie i pozwalają stwierdzić, że musiała to być bogata wieś. Sam kościół mocno zniszczony przebudową, ale jego otoczenie pełne starych grobów urokliwe.

Znów szosa prosto do Dusznik. Wieś trochę rozczarowuje. Duża, z dawnego klimatu zostały pewnie tylko dwa kościoły i pałac. Ciekawy zwłaszcza kościół katolicki. Dużo pięknych gotycki elementów. I głupi proboszcz, który do XVI-wiecznej belki tęczowej przybił ohydny plastikowy baner z jakimś hasłem. Niedaleko kościoła ciekawe stare gospodarstwo. Potem las, gęsty, choć nieduży. Ciekawa roślinność, tarniny, trzmielina, stare drzewa. Za lasem polna aleja lipowa prowadzi do grodziska Sędziny. Wyniosłe, porosłe starodrzewiem. Ciekawy widok z niego. Wieś Sędziny też ciekawa - popadający w ruinę klasycystyczny pałac sąsiaduje z modernistycznym kościołem. 

Przez Pole jedziemy do Sędzinka - tu szkoła z czerwonej cegły, a w Wilkowie kamienna gorzelnia, malowniczo położona nad brzegiem Mogilnicy. Pałac zmodernizowany stracił wiele cech zabytku. Wychodzi w końcu słońce i będzie nam towarzyszyło do końca wycieczki. W Buku skupiamy się przede wszystkim na znalezieniu restauracji, w której bardzo chciałem skosztować golonki.

Udało się. Ciekawe danie - szarpana golonka w cieście panko, ziemniaczki puree z chrzanem, marynowana cukinia i buraczki. Do tego wcześniej zupa kurkowa. Niezłe. Wychodzę przepełniony. Zostaje tylko chwilka na rundkę po Buku i jedziemy na dworzec. 





sobota, 14 października 2023

2023-10-13 Thank You Very Much reż./chor. Claire Cunningham, CK Zamek

"Ludzie wykonują więcej ruchów niż to konieczne" - to zdanie pada ze sceny gdzieś w połowie spektaklu i ono mogłoby być kwintesencją tego spektaklu. Na początku zaś Claire uprzedza - to się będzie toczyło w swoim tempie, będzie dokładnie tyle czasu, ile potrzebują artystki. Jesteśmy w centrum tej opowieści, my z naszymi potrzebami. Nie my jesteśmy dla sztuki, tylko sztuka dla nas. Dobrze przyjąć te założenia i poddać się powolnemu tempu spektaklu, skupić się na drobnych ruchach. A te drobne ruchy mają moc poruszyć świat. 

Spektakl tworzą 4 kobiety. Po dwóch z nich widać niepełnosprawność. Claire porusza się o kulach, Tanja o kulach i na wózku. O niepełnosprawności Vicky i Jo dowiadujemy się z ich opowieści. Wszystkie wcielają się w Elvisa i próbując stać się nim, opowiadają o tym, że najlepiej być sobą. A Elvis ze swoją muzyką i ruchami scenicznymi, które artystki opanowały perfekcyjnie, jest świetnym dopełnieniem tego niezwykle treściwego, dobrego spektaklu. Oto sztuka - nie robić wokół siebie hałasu, zredukować ruch, pośpiech, artystyczne błyskotki i zostawić widza z czymś ważnym, pięknym, ciepłym. Brawo!

A po spektaklu cudowny wieczór z Sylviuszem i Karoliną. Zaprosiliśmy je na wino do Estrella Galicia. Białe, ciekawe, z owocową nutą, podane w ceramicznym dzbanku i pite z czarek. Do tego chleb ze wspaniałą oliwą, sery - ach! i smażone ziemniaki z pikantnym sosem paprykowo-pomidorowym. Uczta!


opis ze strony Zamku:

"Thank You Very Much” – Claire Cunningham (National Theatre of Scotland i Manchester International Festival)

 czas trwania: 90’ / wiek: 12+

Spektakle w języku angielskim z polskimi napisami. Prezentacja drugiego spektaklu (14.10) dodatkowo
z tłumaczeniem na PJM.

 
reżyseria i choreografia: Claire Cunningham
drugi reżyser: Dan Watson
dramaturgia: Luke Pell
scenografia: Bethany Wells
kreator dźwięku: Matthias Herrmann
kreator świateł: Chris Copland
wystepują: Claire Cunningham, Tanja Erhart, Jo Bannon, Vicky Malin
tłumaczenie na PJM (spektakl 14.10): Marta Jaroń
produkcja: Manchester International Festival i National Theatre of Scotland we współpracy z Claire Cunningham Projects i Kunstenfestivaldesarts, przy wsparciu National Lottery w ramach inicjatywy Creative Scotland

Spektakl prezentowany w ramach projektu performatywnego „Obecność”, przygotowanego przez CK ZAMEK w Poznaniu we współpracy z norweskim CODA Oslo International Dance Festival oraz warszawskim Teatrem 21 dzięki grantowi z Funduszy Norweskich i EOG.

niedziela, 8 października 2023

2023-10-08 Riget III Exodus

Jednak ostatecznie szajs. Trier zachował stylistykę, spójność historii z tą sprzed 25 lat, a jednak coś nie wyszło. Nie jest to spektakularna klapa, po prostu wyczerpała się chyba "energia" tej opowieści i energia samego reżysera. Scenariusz nie jest tak koronkową robotą jak ten sprzed ćwierćwiecza. Wiele rzeczy pojawia się tu niejako deus ex machina, dużo skrótów i uproszczeń. Mało podbudowy filozoficznej i ezoterycznej (co wyróżniało pierwsze dwie części). W zasadzie nie ma tu też medycyny!!! I brak charyzmatycznych postaci w rodzaju Drusse i Helmera. Mamy też wykwit megalomanii reżysera, który w roli księcia piekieł obsadził samego siebie.

Jest kilka pomysłów, które robią wrażenie, np. Braciszek żyjący na mokradłach, do których dociera się wagonikiem transportowym. Klub Anonimowych Szwedów. Śmierć Rigmor na linie... Za mało, żeby olśniewać. Aktorstwo takoż przeciętne. 

I nie mogę wybaczyć Trierowi tego, co zrobił z muzyką Wagnera. Taki admirator dokonuje ohydnego miksu. Całość wygląda tak, jakby powiedział: dokończmy wreszcie to "Królestwo" i miejmy z głowy.

poniedziałek, 2 października 2023

1.10.2023 Turkusowa Suknia, reż. Maryam Touzani

 Jeden z piękniejszych filmów, jakie widziałem w tym roku i pierwsza wizyta w sali audiowizualnej Zamku. Piękna sala z ciekawą drewnianą, tłumiącą dźwięk boazerią i bardzo niewygodnymi fotelami.

Odważny film jak na Maroko. Nie do pomyślenia chyba w innych krajach arabskich (może poza Tunezją). Subtelna, prosta, a jednak w barwny sposób opowiedziana historia. 

Touzani pozwala bohaterom na szczerość, oczyszczające wyznania. Dzięki temu sytuacja staje się przejrzysta moralnie. W obliczu zbliżającej się śmierci Mina przyznaje się, że niesłusznie oskarżyła Yussufa o kradzież różowej satyny. Halim przyznaje się żonie do ukrywanych przez lata skłonności homoseksualnych. Wszyscy wszystko wiedzą, ale to właśnie odwaga i szczere wyznania zbliżają całą trójkę do siebie.

Akceptacja Miny jest wzruszająca. Jakby wiedziała, że po jej śmierci Halimowi zostanie tylko Yussuf. Halim z oddaniem pielęgnuje żonę do samego końca.  

Od połowy filmu wiadomo, że w suknię szytą dla swarliwej klientki Halim ubierze Minę po jej śmierci. Przewidywalne, ale piękne. Gdyby nie surowa przestrzeń i opresyjna społeczność portowego marokańskiego miasteczka, można byłoby nazwać tę historię baśnią. 9/10

Turkusowa suknia - streaming: gdzie obejrzeć online?

niedziela, 1 października 2023

2023-09-22 Paweł Huelle, Śpiewaj Ogrody

Jest kilka powodów, dla których podoba mi się ta książka.

1. Muzyka jako jeden z głównych tematów. Dzięki kompozytorowi, który jest jednym z bohaterów, ocieramy się o prawdziwe postaci i wielkie nazwiska. W tym przypadku o Wagnera i jego zaginione dzieło. Takie motywy zawsze były dla mnie bardzo wciągające.

"Śpiewaj ogrody" Huellego są więc bardzo podobne konstrukcyjnie do "Pulverkopfu" Pasewicza. Mamy w nich narratora/głównego bohatera osobie młodego chłopaka, który odkrywa wojenną przeszłość. Ta płaszczyzna u obu pisarzy ogniskuje się na postaci fikcyjnego niemieckiego kompozytora (u Huellego: Ernest Theodor Hoffmann z Sopotu, u Pasewicza: Norbert von Hannenheim z Berlina/Międzyrzecza), figurze artysty, którego, jako człowieka nieporwanego ideą nazistowską, totalitarna rzeczywistość miażdży i unicestwia. Historię obu artystów, osobnych, wybitnych, bezkompromisowych, a jednocześnie swoiście bezradnych poznajemy za pośrednictwem kobiet. U Huellego jest to pani Greta, żona kompozytora, u Pasewicza Weronika Werhunt, zakochana raczej bez wzajemności w homoseksualnym muzyku, którym opiekuje się w końcowym stadium życia i obłędu. W przypadku tego drugiego obracamy się w kręgu Arnolda Schoenberga i jego uczniów. W obu powieściach mamy też scenę prawykonania dzieła, które kobiety opisują jako wybitne i które spotyka się z niezrozumieniem oraz odrzuceniem z powodów ideologicznych.

2. Prowadzenie narracji w kilku płaszczyznach czasowych - to też podobieństwo pomiędzy Huellem i Pasewiczem. Mamy więc w "Ogrodach" współczesność - rzeczywistość dojrzewającego młodzieńca, czasy wojenne - historia kompozytora oraz wątek osadzony w XVIII wieku - mroczną historię dawnego właściciela domu przy Polankach, oliwskiego markiza de Sade.

U Pasewicza jest trochę inaczej. Narracja nie zagłębia się dalej niż w czasy młodości Weroniki (a więc Republikę Weimarską). Druga warstwa to szkolne czasy bohatera, trzecia - współczesność dojrzałego pisarza w Poznaniu.

Czasowa wielopłaszczyznowość narracji zawsze wydawała mi się atrakcyjnym zabiegiem.

3. Genius loci. Trójmiasto. Niesamowita właściwość tego fragmentu Wybrzeża, polegająca na inspirowaniu pisarzy, ma oczywiście swoje korzenie we wspaniałej historii Gdańska, Kaszub i Żuław. Osadzone tu literackie historie zazwyczaj wciągają. W przypadku Huellego dałem się jednak wciągnąć po raz pierwszy. Wcześniejsze lektury ("Opowiadania na czas przeprowadzki" czy "Weiser Dawidek") tej siły nie miały. Być może pomogła tu właśnie muzyka i czasowa wielopłaszczyznowość.

4. Okładka. Ponoć nie ocenia się po niej książki, ale ta ma wyjątkowo ładną, co widać na załączonym zdjęciu.

niedziela, 24 września 2023

2023-09-23 Koncert finałowy Warszawskiej Jesieni

Po raz pierwszy w Filharmonii Narodowej i po raz pierwszy na Warszawskiej Jesieni. Po raz pierwszy piłem gin z tonikiem czekając we foyer na koncert. Dużo tych pierwszych razów. Ale najważniejsze było to, że w wieku 42 lat wciąż mogę doświadczać zupełnie nowych wrażeń artystycznych. Gdybym był młodszy, mógłbym popaść w jakąś egzaltację. Przed koncertem wyłowiłem wzrokiem Wojciecha Michniewskiego. To miłe bardzo spotkać lubianą postać z radia.

Przejdźmy wreszcie do koncertu. Składał się z 6 utworów.

1. Teoniki Rożynek, Shift  na orkiestrę i audio playback (2022)

Zaczyna się z tytułowego playbacku. Teoniki serwuje słuchaczowi dwa dźwięki z dwóch biegunów słyszalności. Wysoki pisk, bliski granicy ultradźwięku i drgający basowy pomruk. Potem wchodzą jakieś sonorystyczne szmery układające się w rytmiczne chrapanie. To jest taki "Stary niedźwiedź mocno śpi", którego jednak muzycy prowadzeni partyturą Rożynek odważają się obudzić. Kalejdoskop pomysłów (stąd tytułowa zmiana?): w elektronice jakieś kosmiczne przestrzenne dźwięki, cała paleta sonorystycznych zabiegów na tradycyjnym instrumentarium i wreszcie wieńczące całość decrescendo harmonijek ustnych, na których grają smyczkowcy. Siedząca za mną muzyczna rodzina z dzieckiem komentuje: "Teoniki to jest żyleta". Owszem, bogata dźwiękowo rzecz, ale ciekawe utwory miały dopiero nadejść. Miałem dodatkowo wrażenie przesytu różnymi pomysłami. Za dużo grzybów w tym barszczu. Smak przez to coraz mniej wyrazisty.

2. Katherine Balch, Kalesa Ed Kaluca (2019)* na siedem kontrabasów

To bardzo solidna warsztatowa w sumie etiuda, która pokazuje co można wydobyć z tego instrumentu. Tu również mamy całą masę zabiegów sonorystycznych. Wydaje się, że Balch poszukuje takiej nietemperowanej harmonii szmerów, stuków, przechodząc jednak stopniowo do coraz bardziej temperowanych dźwięków wykonywanych smyczkiem lub pizzicato. Jest też poszukiwanie nietradycyjnych brzmień z użyciem tradycyjnych technik. Mikroglissanda przesuwane tam, gdzie nie ma już podstrunnicy zbliżają dźwięki kontrabasów do dzwonów rurowych. To wszystko odbywa się w porządku, który układa się w całość sprawiającą wrażenie bardzo dopasowanej.

3. Agata Zubel II Koncert fortepianowy (2022)* na dwa fortepiany i orkiestrę symfoniczną
(zamówienie London Philharmonic Orchestra i Filharmonii Narodowej w Warszawie)

To już jest numer z pogranicza sztuk. Owszem, prawie "klasyczny" koncert fortepianowy wzbogacony specyficznie uteatralizowanym zadaniem pianistki. Tomoko Mukaiyama wkracza na scenę w jaskrawożółtej szacie. Przypomina trochę tybetańskiego lamę. Do tego żółte buty Nike. W teatralnym geście wznosi ręce i gra na dwóch fortepianach partyturę, którą na moje oko i ucho dałoby się zrealizować na jednym instrumencie. Fortepian wykorzystywany jest tu dwojako. Skrajne części utworu ustawiają oba instrumenty niemalże w roli perkusji. Rytmicznie, fortissimo uderzane akordy roztapiają się w dość hałaśliwym akompaniamencie orkiestry. Ale słyszy się tu także dialog solistki z całym aparatem wykonawczym. Fortepian i orkiestra "odpowiadają" sobie czy to pojedynczymi dźwiękami, czy to sekwencjami i strukturami. Wyraźnie słyszalne jest to w środkowej części, w której kompozytorka uspokaja niejako nastrój i wykorzystuje fortepian jako typowo koncertowy, wirtuozowski instrument.

4. Alex Vaughan Biblaridion (2017)* na osiem puzonów

Utwór podobny w założeniu do tego na kontrabasy. Ma pokazać możliwości ciekawego przecież instrumentu. Mniej tu sonoryzmu, więcej gry barwą dźwięku przy tradycyjnej artykulacji, urozmaiconej jedynie wykorzystaniem trzech typów tłumików. Być może byłem już byt rozproszony, a być może utwór był jednak nudniejszy od pozostałych.

5. Wojciech Błażejczyk Liturgy of the Object (2023) na obiektofony, chór i orkiestrę symfoniczną

Od początku drugiej części koncertu intrygująco wyglądało zgromadzone na estradzie instrumentarium potrzebne do wykonania tego utworu. Była to zdecydowana kulminacja wieczoru. Coś co można byłoby nazwać rekapitulacją wszystkiego, co nazywamy muzyką. Przedsięwzięcie ambitne, bezczelne i w efekcie wizjonerskie. Kompozytor przetestował możliwości muzyków-wykonawców docierając niemal do granic muzycznego poznania. Niewyobrażalne, że tak zuchwały plan dał się zamknąć w skończonym dziele. Mamy tu przedziwną mieszankę elektroniki (brawo dla elektroakustyka!), muzyki konkretnej i sonoryzmu. Zadaniem chóru jest tu niejako kontra z pozycji tradycjonalistycznych. Słyszymy chorał gregoriański (!) i atonalne zbiorowe sceny w stylu brittenowskim. Mamy też znów element teatralno-performatywny. Perkusista Miłosz Pękala jako solista tego utworu gra na tytułowych obiektach. A są to wzmocnione i modulowane elektronicznie: świnka skarbonka, drabinka z lodówki, klosz od lampy, kartonowe pudło, masa jakichś duperelek, styropianowe opakowania, blaszana obudowa od mikrofalówki, pleksi. Można na tym grać ręką, smyczkiem, pałeczkami, patyczkami, metalowymi drutami a nawet wibrującą elektryczną spieniarką do mleka. Tak, oto prawdziwa liturgia, w której do dzikiego świata dźwięków to człowiek najpierwotniejszym swoim instrumentem czyli głosem wprowadzić może "muzyczny" porządek. Nie pomaga wspomniany chorał, trzeba przekrzyczeć, przeskandować obiekty i wtórujące im rozwydrzone sonorystycznie klasyczne instrumentarium. Obiekty, przedmioty, to co posiadamy, bierze nas jako zakładników. To wszak chórzystki na końcu trzymając kawałki styropianu, pudełka, plastikowe butelki wydają dobrze znane piski, szelesty, zgrzyty. Muzyka jest wszędzie. Muzyka wszechogarnia. Wszystko jest muzyką. Amen.

6. Hans van Koolwijk Balloon Performance

Finałowy utwór dowodzi przemyślanej konstrukcji całego wieczoru. Po feerii dźwięków, którą zaserwował Błażejczyk, przychodzi muzyczna prostota, prymitywizm wręcz, ale opakowany tak zaskakująco i efektem tak niesamowitego pomysłu, że z gmachu filharmonii słuchacz wychodzi oszołomiony audialnie, wizualnie i poznawczo. Jeśli spotkać się można często ze stwierdzeniem, że muzyka i matematyka to w zasadzie to samo, to Hans van Koolwijk dowodzi jedności muzyki z fizyką. Niby rzecz równie oczywista, ale unaoczniona niejako łopatologicznie. Pomysł jest prosty, ale żeby na niego wpaść, potrzeba geniuszu: napełniamy balony helem. Jako zatyczek - wentyli używamy piszczałek różnych grubości. Puszczamy balony. Szybują one pod sufit filharmonii. Gaz wydobywający się otworem piszczałek jest źródłem dźwięku. Gaz w balonie kończy się, balon opada i przestaje "gwizdać". Najpierw wielogłos, a na końcu ostatni samotny balon i jego słabnący pisk. Wszyscy patrzą w sufit. To fizyka, nie człowiek decyduje o końcu koncertu. Niesamowicie koresponduje to z "Liturgy of object". Czy jest lepsze miejsce na taki performance niż Warszawska Jesień?

niedziela, 17 września 2023

17.09.2023 Nowy Tomyśl, Lwówek, Opalenica

Nieudana wycieczka. Zapowiadała się ciekawie, niestety pod Lwówkiem podczas zrywania jabłek z przydrożnej jabłonki Bogumił zauważył, że ma dziurę w oponie, a z niej wystaje bąbel dętki. Chwilę później oczywiście przebił tę dętkę. Wymiana, zabezpieczenie pęknięcia na mojej głowie. Boguś nie wozi narzędzi i nie interesuje się stanem roweru. Kiedy mu to powiedziałem, to się obraził. 

Oponę dało się skleić przy pomocy zestawu do klejenia dętek od wewnątrz i z zewnątrz. Tak by wytrzymało chociaż do końca wycieczki. Niestety zwiedzanie z duszą na ramieniu zabija całą przyjemność eksploracji. W Pakosławiu obmacawszy sklejone miejsce Boguś stwierdził, że chce jak najkrótszą drogą wracać do pociągu.

Co zdołaliśmy zobaczyć? W Wytomyślu dwór, niestety odnowiony bez szacunku dla historycznej tkanki. Szkoda, jak po modernizacji dworki i pałace zaczynają wyglądać jak współczesne kolumienkowe kiczowate chaty docieplone styropianem. Bardzo ładny za to kościół i jego otoczenie oraz cmentarzyk ze starymi grobami. 

W Lwówku największe wrażenie robi kościół. Duży, gotycki z malowanym sufitem i ścianami. Wielki jak na takie miasteczko jest też rynek. Ciekawa była ruina kościoła ewangelickiego i barokowy kościół cmentarny z kopułą. Rzadko spotykana rzecz w Wielkopolsce. 

Rozczarowanie to brak dostępu do pałaców w Posadowie i Pakosławiu. Zwłaszcza ten pierwszy wygląda monumentalnie. Niewiele jednak dało zobaczyć pomiędzy drzewami. 

Z Pakosławia 18 km jazdy bez przerwy ruchliwą i niezbyt piękną szosą. W Opalenicy knajpa "Szplin". Plindze z gzikiem dobre (zwłaszcza gzik, który robił wrażenie robionego metodą domową). Sałatka z camembertem natomiast ohydna z uwagi na zalanie jej konfiturą z żurawin. Wszystko pływało w tych żurawinach. Boguś poczęstował mnie swoją pizzą. Zakalcowate ciasto. Dość paskudna.



sobota, 16 września 2023

15.09.2023 Skończ z tymi kłamstwami


Ekranizacja powieści Philippe'a Bessona. Ani jego powieści, ani tego filmu z pewnością nie można zaliczyć do arcydzieł. Bardzo sztampowy. Być może poruszy starszą publikę, wśród której znajdzie się pewnie niejeden pan nadal siedzący w szafie. W całym seansie najciekawsza i najzabawniejsza była sytuacja pozaekranowa. Przed nami w kinie usiadło dwóch mężczyzn. Uznałem, że para. Kiedy w piątej minucie filmu doszło do sceny zbliżenia męsko-meskiego, panowie z rzędu przed nami uciekli w popłochu z sali. Boguś twierdzi, że pomylili sale i na pewno chcieli iść na "Oppenheimera". Jeśli to pomyłka, to iście freudowska. 

Po filmie miły wieczór w Bratankach na winie i langoszu paprykowym. Boguś jadł fenomenalną zupę cebulową. Muszę wrócić tam na tę zupę.

14.09.2023 Leonie Swann, Sprawiedliwość owiec

Nie czytam kryminałów. W tym wypadku skłonił mnie podtytuł książki "Filozoficzna powieść kryminalna". Skąd ta przydawka "filozoficzna"? Nie ma jej w oryginalnym tytule "Glennkill. Ein Schafskrimi". Może dlatego, że parę owiec, bohaterek książki snuje metafizyczne rozważania o otchłani? Na wyrost ta filozofia. Historyjka, prosta, w żaden sposób nie porywająca. Umieszczenie akcji w prowincjonalnej irlandzkiej mieścinie daje wielkie pole do popisu. W takich miejscach genius loci snuje się jak wieczorna mgła przy ziemi, wystarczy go tylko dobrze uchwycić. Tak jak to po mistrzowsku zrobiła Diane Setterfield w "Była sobie rzeka". Zwierzęta jako bohaterowie powieści dają z kolei możliwość autorom do zaprezentowania talentu satyrycznego. Nic z tego. Czasem może przemknie przez twarz czytelnika jakiś wątły uśmieszek, ale to tyle. Obawiam się, że nic z tej książki nie zapamiętam.

niedziela, 10 września 2023

10.09.2023 Wapno

Start w Laskownicy Małej. Tuż obok, w Laskownicy Wielkiej, orientuję się, że już tędy kiedyś jechałem. Odbijam na Łukowo. Pałac do niedawna zrujnowany odzyskuje dawny blask. Renowacja przebiega jak się zdaje z szacunkiem dla historycznej tkanki. Niestety efekty można podziwiać z daleka, zza płotu. Niedaleko pałacu cieszy oko piękny krajobraz - bujna zieleń nad stawami rybnymi i wrzask ptactwa wodnego. Z dala widać mnóstwo łabędzi.

Kolejny przystanek to Czeszewo. Kościół gotycki, szkoda, że otynkowany. Obok ukryty w krzakach pałac. Nieco dziwny. Typowo dworkowy z doklejoną masywną wieżą z krenelażem. Obrośnięty samosiejkami. Niewiele widać z zewnątrz. W Kujawkach ciekawy budynek z czerwonej cegły, też jakiś rodzaj dworku. Dalej jedyny las na tej trasie. 

Do Wapna dociera się malowniczo wijącą się pomiędzy pagórami drogą. Najpierw wita mnie wieża ciśnień, potem spichlerz ze stawem, zupełnie zielonym. Samo Wapno, jak można się było spodziewać, podupadło po katastrofie górniczej i zamknięciu kopalni. Duży jak na taką dziurę dworzec świeci pustkami, w pobliżu górnicze wagoniki z datą katastrofy przypominają historię tego miejsca. Do kopalni soli można bez przeszkód wjechać. Potężne budynki robią duże wrażenie. Jednym z ciekawszych budynków w tej wsi jest też coś, co było wcześniej chyba domem kultury. Portyk z kolumnami w kształcie amerykańskich prekolumbijskich bóstw. 

Obok Wapna równie ciekawa miejscowość - Srebrna Góra. Właśnie dlatego wybrałem tę trasę, wiedząc, że Boguś w tej samej chwili będzie w Srebrnej Górze w Górach Sowich. Zrobiłem sobie zdjęcie przy tabliczce na wjeździe do miejscowości i wysłałem mu z podpisem: "Szach mat, Żmijo!". Wieś piękna - okazałe założenie pałacowe - XVIII-wieczny pałac z dwiema dworkowymi oficynami po bokach. Vis a vis klasycystyczny kościół na wzgórzu. Soczysta zieleń, bujne drzewa. Idealne miejsce na drugie śniadanie. 

Dalej upalny powrót w stronę Wągrowca. Po drodze całkowita ruina pałacu w Smuszewie. Widać jeszcze szczątki ozdobnego frontonu. Wszystko się jednak rozpada. Wdziera się natura. Za kilka lat nie będzie nic. Sąsiedni pałac w Wiśniewie, zdecydowanie mniejszej urody, miał więcej szczęścia. Widać, że ostatnio wymieniono okna, ale budynek stoi pusty.

Polami jadę w stronę Tarnowa Pałuckiego. Przyjemny zagajniczek w Plebance. Mam nadzieję, że kościół w Tarnowie będzie otwarty. Niestety nie udaje się. Trasa do Wągrowca jest najmniej przyjemna Ruchliwa szosa. W Wągrowcu czasu jest tylko tyle, by kupić i wypić piwo 0%.

W drodze powrotnej spotykam w pociągu te same osoby, które jechały rano w przeciwnym kierunku. Młodą kolarkę już któryś raz spotykam na tej trasie. Rodzice z dziatwą na rowerkach i w wózku rowerowym walczą z wyjącymi pociechami. Po ojcu widać, że ma już dość. Matka bardziej wytrwała. Hałaśliwa grupa seniorów dosiada się niestety do mnie. Jedyna pani w tym gronie opowiada jakieś dyrdymałki i tańczy. Facet obok mnie śmierdzi i wygłasza wykłady o lekach, o grzybach o własnościach silikonu. Na Garbarach wręcz uciekam z pociągu.



9.09.2023 Kruszwica


Zabieramy na wycieczkę debiutantkę - Karolinę D. Przyjemnie i wesoło jedzie się pociągiem, choć na wejściu konduktorka straszy, że nie wpuści, bo są tylko 4 haki, a my nie mamy biletów na rower.
Wysiadamy w Kołodziejewie. Tu dwór i kościół. Potem gruntową drogą przez kujawskie pola. Mamy szczęście do tych dróg bo większość ocieniona jakimiś drzewami. Na początku akurat nadarzyły się grusze. Nazrywaliśmy więc owoców.
Docieramy do Głogówca. Działa tu chyba jakiś rzeźbiarz ludowy. Przy drodze mnóstwo powalonych pni, z których tenże wyczarował jakieś anioły, syreny i inne dziwy. NA końcu wsi folwark z ciekawym pałacem. Podczas te wycieczki będzie nam zawsze towarzyszył dreszczyk emocji, bo będziemy wchodzili na posesje opatrzone zakazem wstępu. Po drodze są jeszcze Strzelce z dworem i kościołem drewnianym - zamkniętym.
Pokonując groblę na Jeziorze Pakoskim, widzimy, jak niski poziom ma ten akwen i Noteć Zachodnia. Południowy kraniec jeziora (Jezioro Bronisławskie) to wręcz błotnista kałuża, do tego śmierdząca i zazieleniona.
Strzelno robi wrażenie mieściny bardzo podupadłej. Oczywiście dwa romańskie kościoły odpicowane na wysoki połysk odcinają się bardzo od reszty miasta. Trzeba mi było zwiedzać Strzelno na dwa razy. Lat temu 11 udało mi się zajrzeć do kościoła klasztornego (św. Trójcy). Widziałem wówczas sławne kolumny. Tym razem podczepiliśmy się pod wycieczę nauczycieli i zajrzeliśmy do wnętrza rotundy św. Prokopa. Kiedy grubasek przewodnik opowiadał pierdółki o cudach świętego Prokopa - kojarzyciela małżeństw, wdrapaliśmy się z Sylwiuszem po drabince na emporę. Zasiadał tam Łokietek, Jagiełło i Napoleon. Teraz my.
- Święty Prokopie daj mi po chłopie. Może być garbaty, byle bogaty - oto znak, że należy opuścić rotundę, bo przewodnik obniża loty. W parku przy tutejszym pałacu jemy śniadanie i ruszamy dalej. Znów polne drogi, a porośnięta starodrzewiem aleja przy Polanowicach jest przepiękna. W tejże wsi miły młody pan na portierni folwarku pozwala nam podejść do pałacu, który jest dość okazały i posiada wieżę - obserwatorium astronomiczne. Kolejna gęsto zadrzewiona aleja doprowadza nas do samej Kruszwicy.
Szkoda, że miasto mające tak wielką atrakcję turystyczną jest tak zaniedbane. No, ale przynajmniej Mysia Wieża dostarcza emocji. Wyświetlane z rzutnika myszy gonią odwiedzających. Duża i ładna atrakcje jest pod samą Kruszwicą. Pałac w Kobylnikach. Akurat trwał tam festiwal poezji. Niestety mający chyba za sobą lata świetności. Bywali tu drzewiej bardziej znani poeci (Józef Baran), teraz chyba tylko lokalne sławy.
Kolejny folwark - Szarlej - znów zwiedzamy z dreszczykiem. Tutejszy dwój nie jest już tak okazały jak poprzednie, ale Sylwii udaje się wejść do środka. Ostatni dwór na trasie to Łojewo - odrestaurowany i zamieszkały.
W drodze do Inowrocławia niespodzianka. Mijamy niepozorny różowy domek. Na nim mosiężna tablica "Tu urodził się Jan Kasprowicz". W środku małe muzeum, bez żadnych eksponatów. Jest za to pani - chodzące kompendium wiedzy o Janie Kasprowiczu. Dowiadujemy się, że dom powstał na miejscu starej chałupy wiele lat po urodzeniu poety. Mieszkała w nim siostra Kasprowicza i jej rodzina. Pani zdążyła nam opowiedzieć losy Jana mniej więcej do matury. Potem musieliśmy pożegnać się i pędzić na pociąg. Udało się jeszcze zahaczyć o Rynek, zjeść lody.
Na dworcu powtórka z rozrywki, konduktorka krzyczy, że nie wpuści nas z rowerami. Nie rozumiem, po co ten teatr, skoro koniec końców wpuszczają.
Dzień kończymy miłą kolacją w Południu. Empanady a'la caprese, ja do tego zupę mazurską. Kamila zabija swym cudnym uśmiechem, a na końcu obdarowuje nas chlebem. Byliśmy ostatnimi klientami, a zostało i jeszcze mnóstwo chleba. Gdy wychodzimy, potańcówka w rytmie tanga trwa w najlepsze.

8.09.2023 Majgull Axelsson, Dom Augusty

Coś w rodzaju sagi skandynawskiej, ale osadzonej w XX wieku. Pod kątem rozprawy z przeszłością, dzieciństwem pozbawionym miłości rodzicielskiej, kojarzy mi się bardzo ta powieść z "Czerwonymi szpilkami" Magdaleny Tulli. Mam jednak wrażenie, że literatura Tulli jest wyższej próby. U Axelsson widać za to mocne zainteresowanie psychologią. Skutek braku miłości w dzieciństwie to emocjonalne zamknięcie, najbardziej widoczne u Alicji, uzależnienie od seksu - druga strona medalu (Andżelika). Najbardziej zagadkową i skomplikowaną postacią jest zaś Augusta. Z jednej strony kochająca Izaaka i synów, z drugiej okrutna i zimna dla córki.
Kompozycyjnie dość ciekawa książka, mieszająca chronologię i trzy różne płaszczyzny czasowe (młodość Augusty - okolice Wielkiej Wojny, młodość Alicji - lata 50' i teraźniejszość - młodość Andżeliki - koniec XX w.). Dużą wartością jest też umiejętność wnikliwej obserwacji, skupienie na detalach. Dobrze się czyta, ale nie jestem pewien, czy coś z tej powieści pozostanie ze mną na dłużej.

niedziela, 3 września 2023

2 września 2023 Złotów

Nogi nie chciały mnie od samego rana nieść, jednak wybraliśmy się na dawno planowaną wycieczkę do Złotowa. Start w Okonku, który pomimo malowniczości okazał się dziurą mocną podupadłą. Ciekawe okolice kościoła, niektóre kamienice nawet duże, ale wszystko mocno zaniedbane. Na rzeczce czarnej kaczka albinoska. 

Szosą przez las do Lędyczka, który również jest nieco zapomniany, a dawną świetność trzeba zeskrobywać spod warstwy zmurszałych tynków... Ładnie tu nad Gwdą, która utrzymuje wysoki poziom. Przy kościele pomnik, chyba bohaterów Wielkiej Wojny, dziś z zatartymi śladami niemieckiej historii. 

Na szosie złotowskiej szaleje wiatr, który wieje nam w oczy. Zbaczając to w lewo, to w prawo, zaglądamy do kolejnych zapomnianych wsi.

Grodno - za pagórami, po betonowych pływach można dojechać do stadniny koni z pałacem, który po restauracji zatracił atrakcyjność starego zabytku.

Krzywa Wieś - położona w kotlince perełka z kościołem ceglastym, drewnianą kuźnią i brukowanymi uliczkami. Maleńka, kilkanaście domów.

Bielawa - pofolwarczne założenie. Ciekawy pałac, mocno podupadający, częściowo zamieszkały. Oby przetrwał...

Wreszcie Radawnica - tu otrząsamy się z atmosfery rozpadu. Wieś była ośrodkiem polskości w 20-leciu. Uniwersytet Ludowy działający w starym pałacu lśni i pięknie funkcjonuje. Folwark obok nieco podupadły, ale jaki malowniczy! Gęsi pasą się przy oborze z gotyckimi szczytami. Obok poewangelicki chyba kościół z ciosów kamiennych. Malowniczy, ale po zaglądnięciu przez okienko do środka, widać, że od kilkunastu co najmniej lat zupełnie nieużywany. Wystarcza neogotycka świątynia położona w innej części wsi. 

Przed wjazdem do Złotowa zbaczamy jeszcze do Dzierżążenka. Kusi nas gruba, ceglasta podstawa starego wiatraka. W samym mieście wita nas pałac Działyńskich. Przydałby mu się mały remont. Potem barokowy, dość bogaty kościół, niedaleko na placu drugi neoklasyczny, poniemiecki, obok neogotyckie więzienie. Zjeżdżamy nad jezioro, docieramy do cmentarza i kościoła św. Rocha. Ładny neogotyk, na ścianach kościoła i na niektórych grobach widać znak Rodła - symbol Polonii w Niemczech. W parku Adama Mickiewicza wieszcz ukazany tak, jak prawie nigdy się go nie pokazuje. Młody poeta w pelerynie, oparty o głaz. Kwintesencja romantyzmu. 

Po drodze na rynek kilka zabytków z początku wieku - Rada Miejska, a obok Dom Polski. Przed nim ławeczka ks. Bolesława Domańskiego. Przechodzące licealistki włączyły nam tajemny guzik, dzięki któremu, pomnik księdza zaczął przemawiać. Usłyszeliśmy tedy 5 Prawd Polaków z przemówienia wygłoszonego w 1938 roku. 

  1. „Jesteśmy Polakami”
  2. „Polak Polakowi Bratem!”
  3. „Wiara Ojców naszych jest wiarą naszych dzieci”
  4. „Co dzień Polak Narodowi służy”
  5. „Polska Matką naszą – nie wolno mówić o Matce źle!”.

Rynek nie wyróżniał się niczym specjalnym. Były tu trzy knajpy, więc postanowiliśmy coś zjeść. Jako że ludzie siedzieli tylko w jednej - barze Miś - weszliśmy tamże. Po informacji, że na kotleta trzeba czekać 45 minut, udaliśmy się na poszukiwanie innego lokalu. Wylądowaliśmy w restauracji Cechowej, dość przyjemnej. Pierś z kurkami, opiekane ziemniaczki i surówka z młodej kapusty. Bez rewelacji, ale też bez zawodu. 

Po obiedzie pojechaliśmy zobaczyć budynek starostwa i pomnik Piasta. Niedaleko był też dworzec, ładny budynek, niestety niszczejący. W mieście zajrzeliśmy jeszcze ponownie nad jezioro, w miejsce, w którym niegdyś stał zamek. Pozostało po nim dosłownie kilka kamieni. Malowniczy mostek wiedzie nas do skansenu, a dalej droga do Jastrowia.

Po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy wysadzonym w styczniu 1945 moście na Gwdzie. To dziś atrakcja, zatrzymują się tam wycieczkowicze. Z mostu nasypem, po którym kiedyś biegły tory jedziemy w stronę Jastrowia. Wjazd od strony Złotowa zaskakuje. Po drodze dość bogate wille z początku XX w. Ciekawy budynek szkoły, plac przy kościele i główna ulica również noszą ślady świetności. Odnajdujemy także kirkut z zachowanymi macewami. Było to z pewnością przed wojną ładne miasteczko. 

Dworzec sympatyczny, czekamy 20 minut na spóźniony pociąg. Obawy Bogusia o rzekomym przepełnieniu były na szczęście płonne. Wracamy do domu zmęczeni i zadowoleni. 



1 września 2023, Cicha dziewczyna, reż. Colm Bairéad

Cicha dziewczyna

Prosta historia. To sztuka zrobić dobry film w oparciu o tak prosty węzeł dramaturgiczny. Siłą tego obrazu są jednak przede wszystkim emocje, tym silniejsze, że w środowisku, w którym normą i obyczajem jest nieobnoszenie się z nimi, nawet najmniejsze wzruszenie ma energię wulkanicznej erupcji. Nie wiem, czy ten emocjonalny chłód, który był także tematem i etykietą "Duchów Inisherin" (innego z filmów oglądanych w tym roku) to jakaś irlandzka specjalność, ale po obejrzeniu tych dwu obrazów, trzeba chyba odetchnąć z ulgą, że wychowywało się w środowisku, gdzie było więcej ciepła.
Duża biegłość operatorska, dbałość o szczegóły i piękno kadru. Zabrakło jedynie "błysku", którego zawsze szukam w książkach, filmach. Błysku, który przenosi solidną, fachową robotę na poziom maestrii.

niedziela, 27 sierpnia 2023

2023-08-27 Wonieść

Start w Przysiece Starej. Boguś pokazał nam szkołę, do której chodziła jego mama, miejsce urodzenia babci, ale oczywiście największą atrakcją był dla nas pałac z folwarkiem. Nieco zaniedbany, ale wciąż do uratowania. W parku dworskim jest kapliczka neogotycka, dojście do niej było jednak tak zarośnięte, że zrezygnowaliśmy z próby dotarcia do niej. Zamiast tego skręciliśmy w polną drogę prowadzącą do Nielęgowa. Malownicza, pośród drzew, potem przez las. Przed Nielęgowem widać stada krów wypasane na łąkach pod lasem. W samym Nielęgowie można z zewnątrz zwiedzić pałac, w którym jest restauracja. Kiedy przyjechaliśmy, była nieczynna. Na powitanie wybiegły nam dwa wyżły i dwa kundle. Kundle obskoczyły nas i obszczekały, a wyżły obserwowały tylko z daleka. Potem jednak pozwoliły podejść, a nawet pogłaskać. Z kundelkami, które miały o wiele więcej uroku niż wyżły już tak łato nie było. Kiedy chciałem zbliżyć się do jednego, zaczął na mnie warczeć. 

Z Nielęgowa znowu przez las. Na jego brzegu mnóstwo jeżyn. Większość jeszcze nie dojrzała. Te które nadawały się do jedzenia były wspaniale słodkie. Za lasem widać już było wieżę kościoła w Wonieściu. Neogotyk, ale wg opisów na zrębach gotyckich. Wokół kościoła groby zasłużonych okolicznych ziemian. Pruscy, Bojanowscy i Skarżyńscy. Obok kościoła dom z wnęką, w której umieszczono figurę Michała Archanioła. Zrobiłem zdjęcie i przesłałem Miechunce.

Największa atrakcja Wonieścia to jednak pałac Wedermeyerów, secesyjny ze wspaniałą klatką schodową i okiennym witrażem przedstawiającym kasztanowiec. Pałac od wielu lat jest szpitalem neuropsychiatrycznym. Prezentuje się wspaniale i i jest dobrze utrzymany. Z pałacu drogą wzdłuż zbiornika - Boguś mówi, że powstał on w miejscu jeziora, które wyschło w średniowieczu - docieramy do Gryżyny. Neogotycki kościół nie robi zbyt wielkiego wrażenia, za to miły zaskoczeniem jest typowo polski dworek, zamieszkały, będący w miarę dobrym stanie. 

Od Gryżyny do Racotu prowadzi bardzo wygodna i ładna droga rowerowa. Racot znam dobrze, bywałem kilkakrotnie. Tym razem udało nam się jednak wejść na teren stadniny, gdzie odbywały się zawody źrebiąt. Klacze z potomstwem hasały po parkurze, na końcu sędzia komentował zachowanie i wygląd źrebięcia. Sylwia była bardzo zadowolona.

Droga z Racotu do Kościana w większości również posiada ścieżkę rowerową, jednak nie tak malowniczą i wygodną, jak ta z Gryżyny. Po drodze mijamy matkę z grupką dzieci na rowerach. Zajmują całą szerokość drogi, kiedy chcemy ich wyprzedzić, zajeżdżają drogę albo ścigają się z nami. Kiedy dzwonimy, matka nie reaguje. Dziwaczna sytuacja, w dodatku niebezpieczna. Matki zawsze myślą, że posiadanie potomstwa zwalnia je z respektowania jakichkolwiek zasad współżycia społecznego.

W Kościanie nie mamy zbyt wiele czasu. Zaglądamy jedynie do kościoła św. Ducha. Do dziś nie wiedziałem, że istnieje w Kościanie taki kościół. Późnogotycki, z ciekawą grupą pasyjną na belce tęczowej. Dziwne, że Boguś nie zabrał mnie tam wcześniej. Potem już tylko krótka wizyta na rynku, którego wciąż nie mogą skończyć remontować. Od poprzedniej wizyty w czerwcu prace w ogóle nie postąpiły. 

Po powrocie do Poznania idziemy na obiad do Południa, a ja odwiedzam ciocię Jolę. 



sobota, 26 sierpnia 2023

Sandor Marai, Pierwsza miłość, Warszawa 2007 [wyd. Czytelnik]



Zaczyna się ciekawie. Soczysty literacki opis codzienności prowincjonalnego nauczyciela. Choć codzienność ta na początku zostaje złamana przez pobyt w miejscowości kuracyjnej. Refleksje, spostrzeżenia, dokładny ogląd rzeczywistości, przyglądanie się z pozoru nieistotnym szczegółom. Tu widać nawet jakieś pokrewieństwa z Gombrowiczem.
Potem powrót do szkoły i znów obserwacje klasy. Oczywiście także próba portretu psychologicznego głównego bohatera - prof. łaciny "Morsa". Do tego studium rozpadu osobowości, kryzysu psychicznego, dziwne zauroczenie dwójką uczniów (echa "Profesora Unrata" i "Śmierci w Wenecji" - tu też mamy upiększające wizyty u fryzjera, ale "Mors" nie przekracza granicy śmieszności). Dynamika tych wewnętrznych przeżyć trochę mnie jednak nie przekonuje, bo załamanie, do którego dochodzi na końcu książki wydarza się jednak nieco z nagła, jest za słabo ugruntowane. I ten Madar - uczeń policzkujący nauczyciela... A może to już wytwór chorej wyobraźni profesora? Rozwiązanie nie do końca mnie zadowoliło. Ciekawa jednak obserwacja starzejącego się człowieka. 

cytaty:


Kiedy tylko człowiek się psuje. Zostaje sam. Jakby mówił w próżni: nie słychać jego głosu. Nikt go nie rozumie. Chadza tymi samymi drogami, co inni... i nigdzie nie dochodzi. Zawsze w kółko, zawsze dokoła siebie. Jest wokół niego coś, co się rozkłada. [s. 58]

Ten, kto współ-czuje z ludźmi, jest szczęśliwy. Wie, po co żyje. [s. 62]

Dzisiaj zastanawiałem się, jak marny jest człowiek. Zarówno w psie, jak i w Bogu szuka sposobności, aby móc kogoś kochać.

Człowiek dochodzi do punktu, kiedy musi usunąć się z drogi. Nie myśli o tym zawczasu, ani się do tego nie przygotowuje. Pewnego dnia wszystko: ciało, dusza, okoliczności - osiągają pewien punkt, kiedy człowiek musi zejść na bok. Dzisiaj zastanawiałem się nad tym, czy nie jest to aby początek śmierci. Człowiek nie umiera przecież z jednej godziny na drugą, jest to powolny proces, który trwa długo, może nawet latami. Dopóki człowiek się z nim nie pogodzi. [ss. 172-173]

Pójść na emeryturę, wyjechać na wakacje, umrzeć - co to wszystko znaczy? Jak to się stało? Nie rozumiem. Tak minęło to całe, całe życie. Nic nie było. Nic nie będzie. [s. 247]

23-26 sierpnia Budapeszt



Początkowo cieszyłem się na wycieczkę połączoną z udziałem w Mistrzostwach Świata w lekkiej atletyce, mając w perspektywie towarzystwo Moniki i Zbysława. Niestety Moniki nie było, a Zbycha zastąpił Groobcio Ś. Do tego upały 35-stopniowe. Nie zanosiło się na fajny wyjazd.
A zatem pobyt nieciekawy, męczący. Konieczność dopasowywania się do przypadkowych i jednak różnych osobowości i oczekiwań. Do tego hotel położony w podłej okolicy. Codzienna wieczorna droga na stadion przez brzydkie okolice.
Kulinarna klapa - w pobliżu nic poziomowego. Drugiego dnia poszliśmy do rzekomo kultowej jadłodajni Frici Papa. Przed wejściem kolejka chętnych. Obsługa flejtuchowata, wystrój obskurny, jedzenie smaczne, ale wizualnie niezachęcające. Nie poleciłbym nikomu. W tej opinii jestem zresztą odosobniony. Towarzystwo bardzo zadowolone. Na tym tle pozytywnie wyróżniła się restauracja z dnia pierwszego, choć na warunki polskie postawiłbym tróję. Ostatniego dnia - zupełna speluna, kelner pener z papierosem, wszystko brudne. Żarcie przeciętne.
Co zwiedziliśmy? Okolice parlamentu, bazyliki św. Stefana - to w upałach pierwszego dnia. Drugiego - wzgórze Gellerta, ładna panorama na miasto, szczyt niedostępny (roboty budowlane). Stąd blisko do zamku w Budzie. Tu też same remonty. Nie robi wrażenia ta tkanka. Budują jakieś gargamele przy starych budynkach. Śmiesznie wyglądają te barokowe zakrętasy odlane z żelbetu. Do katedry nie wszedłem - koleżeństwo nie chciało. Zwiedziliśmy też wielką halę targową - tu kupiłem salami dla cioci Joli (warto) i pamiątki.
Trzeciego dnia wreszcie każdy chodził sobie sam. Ja jeszcze raz poszedłem na Budę. Szwendanie się uliczkami to mój ulubiony sposób poznawania miast. Natrafia się przy tym na tablice pamiątkowe. Ciekawą i piękną miał Pilinszky (jeden z największych poetów węgierskich w XX w.). Ukazano go palącego papierosa, a dymek układał się we fragment wiersza. Z kolei Rezső Seress, autor legendarnej "Gloomy Sunday" siedzi w łódeczce - fajeczce i gra na pianinie. Dezső Kosztolányi stoi pod drzewkiem. Na koniec udało się wypić palinkę. Nie piłem wina!
Wylot i powrót do Poznania z wielką ulgą. Może kiedyś wrócę, ale nie latem i z Bogusiem, na naszych zasadach.

18.08.2023 Michio Kaku, Wszechświaty Równoległe

Oparte na solidnej bazie naukowej rozważania na temat podróży w czasie i możliwości rozwoju naszej cywilizacji. Owa baza naukowa - podbudowa teoretyczna zajmuje w tej książce pewnie jakieś 3/4 zawartości. Humanista czyta ją z wypiekami na twarzy, bo to jedyny rodzaj literatury, dzięki której można chociaż w przybliżeniu pojąć teorię względności czy teorię kwantową albo teorię strun. Ta właśnie część jest przyczyną rozkoszy czytelniczej. Kaku ma dar opowiadania w prosty i obrazowy sposób. Podobnie było w przypadku "Krótkiej historii czasu" Hawkinga. 


Druga część książki - scenariusze dla ludzkości w obliczu 1) zagłady ekologicznej planety 2) zagłady układu słonecznego w perspektywie zakończenia żywotu słońca 3) zagłady Wszechświata w perspektywie rozszerzenia i ochłodzenia się tegoż, choć oparte na wspomnianej podbudowie teoretycznej, wydają się rozważaniami fantasty i jako takie mnie nie interesują.
Tak czy owak - znakomite kilka dni z astrofizyką i mechaniką kwantową.

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...