Jednak ostatecznie szajs. Trier zachował stylistykę, spójność historii z tą sprzed 25 lat, a jednak coś nie wyszło. Nie jest to spektakularna klapa, po prostu wyczerpała się chyba "energia" tej opowieści i energia samego reżysera. Scenariusz nie jest tak koronkową robotą jak ten sprzed ćwierćwiecza. Wiele rzeczy pojawia się tu niejako deus ex machina, dużo skrótów i uproszczeń. Mało podbudowy filozoficznej i ezoterycznej (co wyróżniało pierwsze dwie części). W zasadzie nie ma tu też medycyny!!! I brak charyzmatycznych postaci w rodzaju Drusse i Helmera. Mamy też wykwit megalomanii reżysera, który w roli księcia piekieł obsadził samego siebie.
Jest kilka pomysłów, które robią wrażenie, np. Braciszek żyjący na mokradłach, do których dociera się wagonikiem transportowym. Klub Anonimowych Szwedów. Śmierć Rigmor na linie... Za mało, żeby olśniewać. Aktorstwo takoż przeciętne.
I nie mogę wybaczyć Trierowi tego, co zrobił z muzyką Wagnera. Taki admirator dokonuje ohydnego miksu. Całość wygląda tak, jakby powiedział: dokończmy wreszcie to "Królestwo" i miejmy z głowy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz