niedziela, 24 września 2023

2023-09-23 Koncert finałowy Warszawskiej Jesieni

Po raz pierwszy w Filharmonii Narodowej i po raz pierwszy na Warszawskiej Jesieni. Po raz pierwszy piłem gin z tonikiem czekając we foyer na koncert. Dużo tych pierwszych razów. Ale najważniejsze było to, że w wieku 42 lat wciąż mogę doświadczać zupełnie nowych wrażeń artystycznych. Gdybym był młodszy, mógłbym popaść w jakąś egzaltację. Przed koncertem wyłowiłem wzrokiem Wojciecha Michniewskiego. To miłe bardzo spotkać lubianą postać z radia.

Przejdźmy wreszcie do koncertu. Składał się z 6 utworów.

1. Teoniki Rożynek, Shift  na orkiestrę i audio playback (2022)

Zaczyna się z tytułowego playbacku. Teoniki serwuje słuchaczowi dwa dźwięki z dwóch biegunów słyszalności. Wysoki pisk, bliski granicy ultradźwięku i drgający basowy pomruk. Potem wchodzą jakieś sonorystyczne szmery układające się w rytmiczne chrapanie. To jest taki "Stary niedźwiedź mocno śpi", którego jednak muzycy prowadzeni partyturą Rożynek odważają się obudzić. Kalejdoskop pomysłów (stąd tytułowa zmiana?): w elektronice jakieś kosmiczne przestrzenne dźwięki, cała paleta sonorystycznych zabiegów na tradycyjnym instrumentarium i wreszcie wieńczące całość decrescendo harmonijek ustnych, na których grają smyczkowcy. Siedząca za mną muzyczna rodzina z dzieckiem komentuje: "Teoniki to jest żyleta". Owszem, bogata dźwiękowo rzecz, ale ciekawe utwory miały dopiero nadejść. Miałem dodatkowo wrażenie przesytu różnymi pomysłami. Za dużo grzybów w tym barszczu. Smak przez to coraz mniej wyrazisty.

2. Katherine Balch, Kalesa Ed Kaluca (2019)* na siedem kontrabasów

To bardzo solidna warsztatowa w sumie etiuda, która pokazuje co można wydobyć z tego instrumentu. Tu również mamy całą masę zabiegów sonorystycznych. Wydaje się, że Balch poszukuje takiej nietemperowanej harmonii szmerów, stuków, przechodząc jednak stopniowo do coraz bardziej temperowanych dźwięków wykonywanych smyczkiem lub pizzicato. Jest też poszukiwanie nietradycyjnych brzmień z użyciem tradycyjnych technik. Mikroglissanda przesuwane tam, gdzie nie ma już podstrunnicy zbliżają dźwięki kontrabasów do dzwonów rurowych. To wszystko odbywa się w porządku, który układa się w całość sprawiającą wrażenie bardzo dopasowanej.

3. Agata Zubel II Koncert fortepianowy (2022)* na dwa fortepiany i orkiestrę symfoniczną
(zamówienie London Philharmonic Orchestra i Filharmonii Narodowej w Warszawie)

To już jest numer z pogranicza sztuk. Owszem, prawie "klasyczny" koncert fortepianowy wzbogacony specyficznie uteatralizowanym zadaniem pianistki. Tomoko Mukaiyama wkracza na scenę w jaskrawożółtej szacie. Przypomina trochę tybetańskiego lamę. Do tego żółte buty Nike. W teatralnym geście wznosi ręce i gra na dwóch fortepianach partyturę, którą na moje oko i ucho dałoby się zrealizować na jednym instrumencie. Fortepian wykorzystywany jest tu dwojako. Skrajne części utworu ustawiają oba instrumenty niemalże w roli perkusji. Rytmicznie, fortissimo uderzane akordy roztapiają się w dość hałaśliwym akompaniamencie orkiestry. Ale słyszy się tu także dialog solistki z całym aparatem wykonawczym. Fortepian i orkiestra "odpowiadają" sobie czy to pojedynczymi dźwiękami, czy to sekwencjami i strukturami. Wyraźnie słyszalne jest to w środkowej części, w której kompozytorka uspokaja niejako nastrój i wykorzystuje fortepian jako typowo koncertowy, wirtuozowski instrument.

4. Alex Vaughan Biblaridion (2017)* na osiem puzonów

Utwór podobny w założeniu do tego na kontrabasy. Ma pokazać możliwości ciekawego przecież instrumentu. Mniej tu sonoryzmu, więcej gry barwą dźwięku przy tradycyjnej artykulacji, urozmaiconej jedynie wykorzystaniem trzech typów tłumików. Być może byłem już byt rozproszony, a być może utwór był jednak nudniejszy od pozostałych.

5. Wojciech Błażejczyk Liturgy of the Object (2023) na obiektofony, chór i orkiestrę symfoniczną

Od początku drugiej części koncertu intrygująco wyglądało zgromadzone na estradzie instrumentarium potrzebne do wykonania tego utworu. Była to zdecydowana kulminacja wieczoru. Coś co można byłoby nazwać rekapitulacją wszystkiego, co nazywamy muzyką. Przedsięwzięcie ambitne, bezczelne i w efekcie wizjonerskie. Kompozytor przetestował możliwości muzyków-wykonawców docierając niemal do granic muzycznego poznania. Niewyobrażalne, że tak zuchwały plan dał się zamknąć w skończonym dziele. Mamy tu przedziwną mieszankę elektroniki (brawo dla elektroakustyka!), muzyki konkretnej i sonoryzmu. Zadaniem chóru jest tu niejako kontra z pozycji tradycjonalistycznych. Słyszymy chorał gregoriański (!) i atonalne zbiorowe sceny w stylu brittenowskim. Mamy też znów element teatralno-performatywny. Perkusista Miłosz Pękala jako solista tego utworu gra na tytułowych obiektach. A są to wzmocnione i modulowane elektronicznie: świnka skarbonka, drabinka z lodówki, klosz od lampy, kartonowe pudło, masa jakichś duperelek, styropianowe opakowania, blaszana obudowa od mikrofalówki, pleksi. Można na tym grać ręką, smyczkiem, pałeczkami, patyczkami, metalowymi drutami a nawet wibrującą elektryczną spieniarką do mleka. Tak, oto prawdziwa liturgia, w której do dzikiego świata dźwięków to człowiek najpierwotniejszym swoim instrumentem czyli głosem wprowadzić może "muzyczny" porządek. Nie pomaga wspomniany chorał, trzeba przekrzyczeć, przeskandować obiekty i wtórujące im rozwydrzone sonorystycznie klasyczne instrumentarium. Obiekty, przedmioty, to co posiadamy, bierze nas jako zakładników. To wszak chórzystki na końcu trzymając kawałki styropianu, pudełka, plastikowe butelki wydają dobrze znane piski, szelesty, zgrzyty. Muzyka jest wszędzie. Muzyka wszechogarnia. Wszystko jest muzyką. Amen.

6. Hans van Koolwijk Balloon Performance

Finałowy utwór dowodzi przemyślanej konstrukcji całego wieczoru. Po feerii dźwięków, którą zaserwował Błażejczyk, przychodzi muzyczna prostota, prymitywizm wręcz, ale opakowany tak zaskakująco i efektem tak niesamowitego pomysłu, że z gmachu filharmonii słuchacz wychodzi oszołomiony audialnie, wizualnie i poznawczo. Jeśli spotkać się można często ze stwierdzeniem, że muzyka i matematyka to w zasadzie to samo, to Hans van Koolwijk dowodzi jedności muzyki z fizyką. Niby rzecz równie oczywista, ale unaoczniona niejako łopatologicznie. Pomysł jest prosty, ale żeby na niego wpaść, potrzeba geniuszu: napełniamy balony helem. Jako zatyczek - wentyli używamy piszczałek różnych grubości. Puszczamy balony. Szybują one pod sufit filharmonii. Gaz wydobywający się otworem piszczałek jest źródłem dźwięku. Gaz w balonie kończy się, balon opada i przestaje "gwizdać". Najpierw wielogłos, a na końcu ostatni samotny balon i jego słabnący pisk. Wszyscy patrzą w sufit. To fizyka, nie człowiek decyduje o końcu koncertu. Niesamowicie koresponduje to z "Liturgy of object". Czy jest lepsze miejsce na taki performance niż Warszawska Jesień?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...