Nieudana wycieczka. Zapowiadała się ciekawie, niestety pod Lwówkiem podczas zrywania jabłek z przydrożnej jabłonki Bogumił zauważył, że ma dziurę w oponie, a z niej wystaje bąbel dętki. Chwilę później oczywiście przebił tę dętkę. Wymiana, zabezpieczenie pęknięcia na mojej głowie. Boguś nie wozi narzędzi i nie interesuje się stanem roweru. Kiedy mu to powiedziałem, to się obraził.
Oponę dało się skleić przy pomocy zestawu do klejenia dętek od wewnątrz i z zewnątrz. Tak by wytrzymało chociaż do końca wycieczki. Niestety zwiedzanie z duszą na ramieniu zabija całą przyjemność eksploracji. W Pakosławiu obmacawszy sklejone miejsce Boguś stwierdził, że chce jak najkrótszą drogą wracać do pociągu.
Co zdołaliśmy zobaczyć? W Wytomyślu dwór, niestety odnowiony bez szacunku dla historycznej tkanki. Szkoda, jak po modernizacji dworki i pałace zaczynają wyglądać jak współczesne kolumienkowe kiczowate chaty docieplone styropianem. Bardzo ładny za to kościół i jego otoczenie oraz cmentarzyk ze starymi grobami.
W Lwówku największe wrażenie robi kościół. Duży, gotycki z malowanym sufitem i ścianami. Wielki jak na takie miasteczko jest też rynek. Ciekawa była ruina kościoła ewangelickiego i barokowy kościół cmentarny z kopułą. Rzadko spotykana rzecz w Wielkopolsce.
Rozczarowanie to brak dostępu do pałaców w Posadowie i Pakosławiu. Zwłaszcza ten pierwszy wygląda monumentalnie. Niewiele jednak dało zobaczyć pomiędzy drzewami.
Z Pakosławia 18 km jazdy bez przerwy ruchliwą i niezbyt piękną szosą. W Opalenicy knajpa "Szplin". Plindze z gzikiem dobre (zwłaszcza gzik, który robił wrażenie robionego metodą domową). Sałatka z camembertem natomiast ohydna z uwagi na zalanie jej konfiturą z żurawin. Wszystko pływało w tych żurawinach. Boguś poczęstował mnie swoją pizzą. Zakalcowate ciasto. Dość paskudna.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz