Dość wciągająca, choć niekiedy irytująca lektura. Raimund Gregorius, pięćdziesięcioletni z okładem, kostyczny nauczyciel greki, łaciny i hebrajskiego w berneńskim liceum, porzuca swe dotychczasowe uporządkowane i nieco monotonne życie i wyjeżdża do Lizbony w poszukiwaniu śladów pewnego Portugalczyka, którego książka wpadła mu w ręce i zachwyciła kilkoma cytatami. Być może nie pojechałby w tę podróż, gdyby nie spotkał na moście w rodzinnym mieście tajemniczej Portugalki, która napisała mu na czole numer telefonu.
Powieść detektywistyczna, choć bez zbrodni. Gregorius poszukuje śladów tajemniczego autora i, po nitce do kłębka, dowiaduje się coraz więcej o zmarłym 30 lat wcześniej doktorze Amadeu Prado. Odkrywanie stopniowe historii Prado buduje napięcie, wciąga, jest dużym atutem tej lektury. Gorzej z motywacją naszego detektywa - Gregoriusa. Dlaczego ruszył w tę podróż, cóż takiego Amadeu miał w sobie, że tak zafascynował berneńczyka? Odpowiedź - zarysowanie historii Prado nie wydaje mi się przekonująca.
Sztucznie brzmią również opowieści o Amadeu snute napotkanych przez Gregoriusa lizbończyków. Wygłaszają oni tak rozbudowane i wnikliwe peany o doktorze Prado, że trudno w nie uwierzyć. Również zapiski doktora Prado nie wydają się na tyle błyskotliwe lub odkrywcze, by rzucać wszystko i udawać się w podróż śladami tego, jak to ujęto w książce, "złotnika słów".
No i jeszcze jeden zarzut kompozycyjny - co stało się z kobietą z mostu i dlaczego Gregorius nigdy do niej nie zadzwonił?
Główny bohater - Prado - mówi kilka razy w tej książce, że nie znosi kiczu. To trochę paradoksalne, że książka o nim parokrotnie o ten kicz się ociera.
Oceniłem na 4
Wynotowane cytaty
Któż naprawdę chce być nieśmiertelny? Któż chciałby żyć wiecznie? Jakże nudna i jałowa musiałaby być świadomość, że nie ma znaczenia, co zdarzy się dzisiaj, w tym miesiącu, w tym roku – będzie jeszcze nieskończenie wiele dni, miesięcy i lat. Dosłownie nieskończenie wiele. Czy w takiej sytuacji cokolwiek jeszcze byłoby ważne? Nie musielibyśmy już liczyć się z czasem, nie moglibyśmy niczego zaprzepaścić, nie musielibyśmy się spieszyć. Byłoby obojętne, czy zrobimy coś dziś, czy jutro, całkowicie obojętne. Tysiąckrotne zaniedbania wobec wieczności stawałyby się niczym i nie miałoby sensu niczego żałować, bo zawsze zostawałby czas, by to nadrobić. Nie moglibyśmy nawet żyć chwilą, gdyż owo szczęście czerpiemy ze świadomości upływającego czasu, próżniactwo to przygoda w obliczu śmierci, wyprawa krzyżowa przeciw dyktatowi pośpiechu. Jeśli wszędzie i zawsze byłby czas na wszystko – gdzie zostałoby jeszcze miejsce na radość marnotrawienia czasu? [s. 154]
... wyobraźnia jest naszą ostateczną świętością... [s. 192]
Zawsze wzbraniałem się przed, jak to nazywają, dojrzewaniem. Nie lubię dojrzałości. Uważam tak zwaną dojrzałość za oportunizm lub czyste zmęczenie. [s. 198]
Umrzeć godnie oznacza umrzeć w uznianiu faktu, że to już koniec. I przeciwstawić się wszelkiemu kiczowi nieśmiertelności. [s. 318]
Sięgamy daleko w przeszłość - napisał Prado. - Staje się to przez nasze uczucia, te najgłębsze, czyli te, które decydują o tym, kim jesteśmy i jak to jest być nami. Owe uczucia bowiem nie znają czasu, nie znają go i nie uznają. [s. 335]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz