Pierwszy mój kontakt z tą operą miał miejsce bardzo wcześnie. O polskiej prapremierze w Poznaniu mówiło się u mnie w domu dużo z racji pracy mojej mamy. Pamiętam, że chciałem bardzo tę operę zobaczyć, ale mama twierdziła, że to jest tylko dla dorosłych, więc poznańska inscenizacja Peryta pozostała tylko legendą.
Posłuchać całości udało mi się po trzydziestu latach, kiedy natrafiłem w internecie na rejestrację bodaj z Filharmonii Narodowej z Artyszem i nie pamiętam kim tam jeszcze. Nagranie, niekoniecznie doskonałe brzmieniowo pozostawiło we mnie wrażenie kakofonii i wyrobiło opinię, że to partytura trudna, wymagająca skupienia i kładąca nacisk na wiele elementów, wśród których dbałość o piękno wyrazu brzmieniowego zdecydowanie nie znajduje się na czele.
I wreszcie tak długo oczekiwany kontakt z dziełem na żywo kazał zrewidować wcześniejsze wrażenia. Oczywiście słuchanie w sali koncertowej bądź w operze ułatwia skupienie i lepsze zrozumienie materiału. Owszem dzieło jest wymagające, ale nawet średnio - tak jak ja czy Boguś - przygotowany muzycznie odbiorca jest w stanie wyciągnąć z niego wiele satysfakcjonujących elementów.
Język muzyczny jest dość atrakcyjny, rozbudowany aparat perkusyjny wnosi wiele nieoczywistych efektów dźwiękowych, wspaniale z nowoczesną muzyką komponują się cytaty i stylizacje barokowe, zdaje się, że Penderecki zastosował również technikę motywów przewodnich. Jeden z nich cały czas brzmiał mi w uszach po wyjściu, nawet go nuciłem. Całość Penderecki ujął w klamrę - na początku i na końcu oddaje głos efektownie brzmiącym bębnom.
Akcja dramatu muzycznego równie wciągająca i miejscami na tyle enigmatyczna i wieloznaczna, że daje wiele możliwości interpretacyjnych. Przynajmniej w wersji semi scenicznej, którą widzieliśmy w Katowicach. Reżyser tego wykonania, Georg Zlabinger, znakomicie wykorzystał przestrzeń sali koncertowej NOSPR, każąc śpiewakom śpiewać nie tylko z estrady, ale również z galerii chóru. Sama zaś akcja toczyła się niekiedy nawet pośród widowni.
Wykonanie bardzo satysfakcjonujące. Całokształt bardzo pewnie poprowadzony przez szefową radiowców z Katowic. Wspaniały dobór głosów z jedną tylko dość istotną chyba jednak pomyłką obsadową. Trudno oceniać możliwości techniczne i walory brzmieniowe głosu Yeree Suh (Benigny). Koreanka tak bardzo odbiegała wolumenem od reszty składu, że do siedzącego naprawdę blisko widza docierały jedynie strzępy jej interpretacji. Strzępy te dawały jakie takie pojęcie o technice czy dość przyjemnym brzmieniu, ale mimo wszystko jej kreacja pozostawiała duży niedosyt, tym bardziej, że Benigna to najważniejsza przecież partia w całej partyturze. Z mocno rozbudowanej obsady warto wyróżnić bardzo wyraziste i znakomicie poprowadzone partie Hrabiego Ebbo Hüttenwächtera (Remigiusz Łukomski), Jedidji Pottera (Patrick Vogel), Silvanusa Schullera (bardzo szlachetnie brzmiący Tadeusz Szlenkier) i Löwela Perla (Tomas Tómasson).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz