Start w Przysiece Starej. Boguś pokazał nam szkołę, do której chodziła jego mama, miejsce urodzenia babci, ale oczywiście największą atrakcją był dla nas pałac z folwarkiem. Nieco zaniedbany, ale wciąż do uratowania. W parku dworskim jest kapliczka neogotycka, dojście do niej było jednak tak zarośnięte, że zrezygnowaliśmy z próby dotarcia do niej. Zamiast tego skręciliśmy w polną drogę prowadzącą do Nielęgowa. Malownicza, pośród drzew, potem przez las. Przed Nielęgowem widać stada krów wypasane na łąkach pod lasem. W samym Nielęgowie można z zewnątrz zwiedzić pałac, w którym jest restauracja. Kiedy przyjechaliśmy, była nieczynna. Na powitanie wybiegły nam dwa wyżły i dwa kundle. Kundle obskoczyły nas i obszczekały, a wyżły obserwowały tylko z daleka. Potem jednak pozwoliły podejść, a nawet pogłaskać. Z kundelkami, które miały o wiele więcej uroku niż wyżły już tak łato nie było. Kiedy chciałem zbliżyć się do jednego, zaczął na mnie warczeć.
Z Nielęgowa znowu przez las. Na jego brzegu mnóstwo jeżyn. Większość jeszcze nie dojrzała. Te które nadawały się do jedzenia były wspaniale słodkie. Za lasem widać już było wieżę kościoła w Wonieściu. Neogotyk, ale wg opisów na zrębach gotyckich. Wokół kościoła groby zasłużonych okolicznych ziemian. Pruscy, Bojanowscy i Skarżyńscy. Obok kościoła dom z wnęką, w której umieszczono figurę Michała Archanioła. Zrobiłem zdjęcie i przesłałem Miechunce.
Największa atrakcja Wonieścia to jednak pałac Wedermeyerów, secesyjny ze wspaniałą klatką schodową i okiennym witrażem przedstawiającym kasztanowiec. Pałac od wielu lat jest szpitalem neuropsychiatrycznym. Prezentuje się wspaniale i i jest dobrze utrzymany. Z pałacu drogą wzdłuż zbiornika - Boguś mówi, że powstał on w miejscu jeziora, które wyschło w średniowieczu - docieramy do Gryżyny. Neogotycki kościół nie robi zbyt wielkiego wrażenia, za to miły zaskoczeniem jest typowo polski dworek, zamieszkały, będący w miarę dobrym stanie.
Od Gryżyny do Racotu prowadzi bardzo wygodna i ładna droga rowerowa. Racot znam dobrze, bywałem kilkakrotnie. Tym razem udało nam się jednak wejść na teren stadniny, gdzie odbywały się zawody źrebiąt. Klacze z potomstwem hasały po parkurze, na końcu sędzia komentował zachowanie i wygląd źrebięcia. Sylwia była bardzo zadowolona.
Droga z Racotu do Kościana w większości również posiada ścieżkę rowerową, jednak nie tak malowniczą i wygodną, jak ta z Gryżyny. Po drodze mijamy matkę z grupką dzieci na rowerach. Zajmują całą szerokość drogi, kiedy chcemy ich wyprzedzić, zajeżdżają drogę albo ścigają się z nami. Kiedy dzwonimy, matka nie reaguje. Dziwaczna sytuacja, w dodatku niebezpieczna. Matki zawsze myślą, że posiadanie potomstwa zwalnia je z respektowania jakichkolwiek zasad współżycia społecznego.
W Kościanie nie mamy zbyt wiele czasu. Zaglądamy jedynie do kościoła św. Ducha. Do dziś nie wiedziałem, że istnieje w Kościanie taki kościół. Późnogotycki, z ciekawą grupą pasyjną na belce tęczowej. Dziwne, że Boguś nie zabrał mnie tam wcześniej. Potem już tylko krótka wizyta na rynku, którego wciąż nie mogą skończyć remontować. Od poprzedniej wizyty w czerwcu prace w ogóle nie postąpiły.
Po powrocie do Poznania idziemy na obiad do Południa, a ja odwiedzam ciocię Jolę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz