czwartek, 16 kwietnia 2026

James Schuyler, Co na kolację

Ależ to się czyta! Już w połowie książki można odczuwać żal, że zbliżamy się do końca. Żeby wzbudzić podziw czytelnika nie trzeba wcale - jak udowadnia Schuyler - szczególnie atrakcyjnej czy skomplikowanej fabuły. Można przyjrzeć się codzienności przeciętniaków prowadząc stylistyczną grę z tym, co się opisuje.

Dostajemy obrazek gdzieś z Ameryki lat siedemdziesiątych. Trzy domy: rodzina z bliźniakami i babcią, bezdzietne małżeństwo oraz "wesoła wdówka". Schuyler redukuje do minimum opisy, za to rozwija mistrzowskie dialogi. Bohaterowie "Co na kolację" mówią wyświechtanymi frazesami, produkują słowną watę, która przypomina język reklam telewizyjnych obrazujących idealny, szczęśliwy świat, gdzie problemem mogą być jedynie trudno schodzące plamy lub rozdwajające się końcówki włosów. Efekt tego zabiegu jest paradoksalny - autorowi udaje się znakomicie sportretować amerykańskie społeczeństwo. Czytelnik musi domyślić się w tych zabawnych rozmówkach fałszu, sztuczności i nieadekwatności do sytuacji, które spotykają bohaterów (uzależnienia, pobyt w szpitalu psychiatrycznym, zdrada małżeńska). Autor puszcza do nas oko w końcówce. Bohaterom na krótką chwilę opadają maski, ale natychmiast wszystko powraca do normy.

Lektura zabawna, dziś już nieco "retro", ale przecież dawne czasy i ich niepowtarzalny styl mają dla wielu czytelników niezaprzeczalny urok. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Federico De Roberto, Wicekrólowie

Mikołajewski przyrównuje tę książkę do "Pana Tadeusza", ja widzę raczej podobieństwa do "Anny Kareniny". Mamy tu bowiem ...