poniedziałek, 2 lutego 2026

Der fliegende Holländer, Oper Leipzig

Holender Tułacz wystawiony przez Operę w Lipsku to widowisko, które rozmachem i pomysłowością może przyciągnąć do teatru nie tylko miłośników sztuki operowej, ale również widzów, którzy przygodę z dramatem muzycznym dopiero zaczynają. Akt pierwszy może przywodzić na myśl "Moby Dicka". Holender opowieść o swoich przeklętych losach (Die Frist ist um...) snuje bowiem pośród olbrzymich wielorybów. Zdarza się, że te wielkie ssaki giną wyrzucone na brzeg przez ocean. Jak wiadomo, tytułowy bohater znajduje się w zgoła przeciwnej sytuacji. Nie może umrzeć, dopóki nie zostaną odkupione jego winy. Jest to zestawienie pomysłowe, choć na granicy kiczu.

Wyrazistą symbolikę reżyser i scenograf Michiel Dijkema wykorzystuje również w drugim akcie. Tu dziewczęta przędą nici, ale nie wełniane, a jedwabne. Widzimy kokon, z którego wykluwa się barwny motyl. Tym motylem jest Senta, która dojrzewa do miłości i małżeństwa. 

Akt trzeci jest najbardziej widowiskowy. Statek Holendra wpływa ze sceny na widownię. Publiczność nagle znajduje się pod ogromnymi żaglami. Na sali słychać okrzyki zachwytu. Nie brak również innych teatralnych sztuczek. Senta jest wciągana wysoko na reje, z których w końcowej scenie spada. Holender zaś dosłownie obraca się w proch. Znów znajdujemy się na granicy kiczu, ale nie możemy odmówić tej inscenizacji znakomitego przygotowania technicznego oraz wierności partyturze. Nieco słabiej było z aktorską warstwą przedstawienia. Tutaj sztampa mieszała się ze zbyt mocno chyba eksponowanym komizmem.

Muzycznie spektakl powinien zadowolić nawet najbardziej wymagającą publiczność. Można wszakże zgłosić kilka uwag. Ivan Repušić poprowadził uwerturę w nieco zbyt szybkim tempie, które jednak uspokoiło się później i pozwoliło rozkoszować się efektownym dźwiękowym światem muzyki Wagnera. Znakomicie wypadły chóry, zgromadzono również świetnych solistów. Wrażenie robiła zwłaszcza para protagonistów. Zarówno Egils Silins (Holender), jak i Ingela Brimberg (Senta) to śpiewacy, którzy lwią część kariery mają już za sobą, ale wciąż udowadniają, że są mistrzami swojego fachu. Silins jest Holendrem pierwszorzędnym, doskonale brzmiącym i jeśli coś można zarzucić jego roli to chyba wyłącznie zbytnią posągowość w warstwie aktorskiej. Ingela Brimberg przeciwnie, jest bardzo żywiołowa, do tego zachwyca świeżością głosu, choć najwyższe dźwięki skali są u niej nieco wykrzyczane. Tej dwójce świetnie sekunduje Erik - Brendan Gunnell, tenor bardzo szlachetnie brzmiący, pewny i elegancki. Piękną basową barwę zaprezentował Randall Jakobsh, śpiewał on jednak frazą mało kojarzącą się z Wagnerem, bardziej sprawdzającą się raczej w repertuarze buffo. 

 

30.01.2026 | 19:30 | Opernhaus

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...