Lubię takie zbiegi okoliczności, które łączą miejsce akcji z miejscem czytania. Nie czytałem wprawdzie "Wielu demonów" w Wiśle (w powieści przechrzczonej na Sigłę), ale niedaleko, niedaleko, w sąsiedztwie ewangelickich kościołów, pastorówek i jedynego w Polsce pomnika Marcina Lutra.
Ten luterański anturaż nadaje oczywiście powieści Jerzego Pilcha swoistego kolorytu. Autor portretuje swoją rodzinną miejscowość jako przestrzeń głęboko przenikniętą tradycjami i obyczajami religijnymi. Dla katolików nieco egzotyczną i tajemniczą jak - takie mi się nasuwa skojarzenie - Drohobycz Brunona Schulza. Wszystko doprawione jest humorem bardzo pokrewnym czeskiemu, który wpleść można nawet w rozmowy o sprawach najtrudniejszych. Przykładem może być brawurowo skonstruowany dialog Wzmożkowej i Fryca Moitschka zamykający powieść i jednocześnie rozwiązujący zagadkę zniknięcia Oli Mrakówny, która wydaje się głównym wątkiem książki Pilcha.
Do tego cała galeria oryginałów: naczelnik poczty - lokalny patriarcha, jego żona - starka Zuzka (archetyp śląskiej matrony utrzymującej w porządku cały siglański mikroświat), pastor Mrak i jego zbuntowane córki, żulik Józek Lumentiger, wspomniana Wzmożkowa (kapitalnie zarysowany wątek toksycznego matkowania synowi - poecie Juliuszowi).
Takiej bezwzględnej, ironicznej, ale zarazem ciepłej wiwisekcji lokalnej społeczności mógł dokonać tylko wywodzący się z niej pisarz. "Wiele demonów" to z pewnością jedna z najważniejszych pozycji w dorobku Jerzego Pilcha i jednocześnie powieść, która może spodobać się szerokiemu gronu czytelników.
%%%%%%%%%%%
Wynotowane cytaty
Wszystkie przebudzenia straszne. Straszne, bo do śmierci, do rzeczywistości, w której śmierć istnieje. Przebudzenia coraz potworniejsze, bo do życia, które sie kończy, koniec coraz bliższy; tak bliski, że reszta pobytu nie ma znaczenia, w najlepszym razie jest obserwowaniem wtasnego spadania. Jesteś człowiecze kamykiem ciśnietym w czeluść, gap się na siebie, nic wiecej. Jedno, co możesz zrobić, to w jako tako ułożonych słowach zdawać sprawę z lotu. Z końcówki lotu, bo długo uważałeś, że nie lecisz, nieświadomość była słodka - cóż z tego - minęła. [s. 164]
Swoją drogą: dlaczego Pan Bóg mówi niewyraźnie? Dlaczego jego ulubionym środkiem wyrazu jest bełkot lub bohomaz? Zwierzęcy wrzask nad doliną coś znaczy? Pękniecia tynku na suficie układaja sie w strzałki? Na Boga! Wymyślcie wreszcie takie bóstwo, żeby działało! Albo przynajmniej mówiło po naszemu. [s. 272]
Intensywność zabija strach. [s. 301]
Gdy się samemu świata nie zostawi, on nas zostawi, a zanim zostawi, skatuje, okaleczy, poniży i do wszelkiego upadku przywiedzie. [s. 314]
Bóg jest mistrzem barw ochronnych. [s. 429]
Wkroczymy w rzeczywistość, która istotnie jest w koncertach i sonatach, odgadniemy hasła, odczytamy szyfry i wszystko się zmieni. Wstąpimy w białe miasta, które są w muzyce, zanurzymy w jej rzeki, siądziemy na jej pociemniałych od upału werandach. Nie będzie to aż tak trudne, może nawet jeden gest starczy? [s. 441]
Żadna zresztą tragedia, życie to jest: raz, dwa, bardzo rzadko: trzy. Przedtem i potem nieobecność na ziemi, czyli śmierć. Po śmierci nie żyjesz, ale zanim się urodzisz, też nie żyjesz. Zdecydowaną większość czasu nie żyjesz, całe wieki nie żyjesz, przez liczne wieczności nie żyjesz... Im więcej nie żyjesz, tym bardziej z nagle ci danym życiem się certolisz, chcesz to nieskończenie krótkie życie za wszelką cenę wydłużyć, a przecież ono nawet pięciokrotnie, nawet dziesięciokrotnie dłuższe dalej będzie śmiesznie krótkie... [ss. 471-472]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz