Wchodzimy na widownię i od razu wiadomo, gdzie się znaleźliśmy - w d...pie. Scenografia przedstawia bowiem wnętrze końcowego odcinka jelita grubego, zaś z tyłu sceny, w jej centrum widzimy otwór. Po spektaklu rodzi się pytanie, czy to wynik tak daleko posuniętej przewrotności reżysera, który wiedział, z jakiej proweniencji tekstem pracuje.
Zaczyna się jak standup, nawet śmieszny, ale bawiący w najprostszy i najpłytszy zarazem sposób: wulgaryzmami i odwołaniami do fekaliów. Potem akcja grzęźnie w strumieniu świadomości bohaterów wypełnionym refleksjami na temat codzienności, imitującymi niekiedy intelektualne wyrafinowanie, ale w rzeczywistości niewiele widzowi przekazującymi. Rozumiem, że w czwórce postaci, szarych nieudaczniczek i nieudaczników w średnim wieku widz ma odnaleźć siebie. Ale to, co dociera do nas ze sceny, dojrzały widz doskonale wie. Potem mamy (któryż to już raz w teatrze!) rozmowę ze sztuczną inteligencją, a na końcu jakiś rytuał przejścia (oczywiście poprzez otwór odbytniczy) przenoszący nas w klimaty barwnych witkacowskich halucynacji albo w universum filmów s-f pokroju "Avatara".
Zadziwiające, że świetną grę pięciorga aktorów (czwórkę ludzi uzupełnia Jacuś - wewnętrzne dziecko jednego z protagonistów), znakomitą scenografię i fenomenalną wręcz reżyserię świateł i animacji zmarnowano na tak słaby tekst. Choć w trakcie spektaklu przechodziłem męki, wyszedłem z teatru pełen podziwu dla scenicznego warsztatu całego zespołu. Życzę im, by te wspaniałe możliwości mogli zaprezentować w połączeniu z lepszym materiałem dramatycznym.
Baśń dla wkur...onych
reż. Piotr Ratajczak
Marcin Chlanda
Marcin Chlanda
Anna Stela
Arkadiusz Buszko
Marcin Chlanda
Marcin Chlanda
Józef Piechowiak, Marta Mirska
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz