Teatr Polski zaproponował widzom wierną tekstowi adaptację powieści Stanisława Lema. Czytelnik nie powinien być zaskoczony tym, co dzieje się na scenie. A jednak spektaklowi Michała Zdunika doskwiera jeden poważny brak. Mamy Kelvina, Harey, Snauta i innych, ale realizatorom zapodział się gdzieś protagonista równie ważny - ocean. To przecież ten twór stanowił przedmiot zainteresowania wszystkich mieszkańców stacji na Solaris, to z nim próbowano nawiązać kontakt, to w nim doszukiwano się ukrytego sensu i nieznanej formy inteligencji. Umykają tym samym filozoficzne pytania o naszą wyjątkowość we wszechświecie i o to, czy rzeczywiście jesteśmy "koroną stworzenia". Oglądając wrocławską adaptację miałem wrażenie, że chodzi w niej wyłącznie o usunięcie ze stacji "nieoczekiwanych gości" - wytworów umysłu Kelvina, Snauta czy Sartoriusa. Zaprzepaszczona została więc głębia tekstu Lema.
Nie mogłem oprzeć się również wrażeniu, że uszyto ten spektakl grubą fastrygą. Niemal wszystko na scenie toczy się tak, że trudno skupić uwagę na bohaterach, tym, co w danym momencie dzieje się między nimi. Trudno wyczuć puls tego przedstawienia i dostroić się do jego tempa. Nie pomagają w tym pomysły aktorskie, zwłaszcza na postaci Harey i Snauta. Nerwowość na granicy histerii, a w przypadku byłej dziewczyny Kelvina dodatkowo dziwna mechaniczność to patent zbyt prosty, by mógł przekonać widza. Doszyte do tekstu Lema wstawki z poezją Ginczanki, Baczyńskiego czy Tetmajera były pomysłem ciekawym, ale ostatecznie nie wzmocniły przekazu oferowanego przez wrocławski zespół.
Tytułowa planeta w powieści Lema krążyła wokół układu dwóch słońc emitujących światło o różnych widmach. Istniał dzień błękitny i dzień pomarańczowy. Załoga stacji musiała dostroić się to tego nietypowego z ziemskiego punktu widzenia cyklu. Dziwne, że twórcy nie wykorzystali Lemowskiego pomysłu w inscenizacji. Tu przecież otwierało się wielkie pole do popisu w dziedzinie scenicznego oświetlenia. Tymczasem operowanie światłem jest jednym z najmniej efektowych aspektów wrocławskiej "Solaris". Zdarzało się wręcz, że aktorzy ginęli w niedoświetlonych połaciach sceny, co raczej nie było zamysłem reżysersko-scenograficznym, lecz zwykłą niedbałością.
Dużym atutem "Solaris" na Świebodzkim jest za to muzyka. Chorał do greckich tekstów Pseudo Dionizego Areopagity znakomicie wykonany, ciekawie zinstrumentowany harmonijnie łączył się z klimatem wyludnionej stacji kosmicznej zagubionej gdzieś na planecie pokrytej olbrzymim oceanem plazmy.
adaptacja i dramaturgia – Ewa Mikuła
reżyser – Michał Zdunik
scenografia – Aleksandra Reda
kostiumy – Marta Kopańska
muzyka – Zuzanna Falkowska
choreografia – Monika Szpunar i Karolina Graca
reżyseria światła – Ewa Garniec
wideo – Izumi Yoshida
asystentka reżysera i obsługa thereminvoksu – Klementyna Umer
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz