niedziela, 26 kwietnia 2026

Do Czempinia

 Słonecznie, wietrznie i zimno. Najbardziej wiało na moście Edwarda Raczyńskiego w Rogalinku. Za mostem pojawiła się nowa droga rowerowa, która - zdaje się - prowadzi aż do samej Mosiny. My jednak odbiliśmy w lewo nad Kanał Mosiński, gdzie mieliśmy mały popas. Zeszliśmy po skarpie na piaszczysty brzeg. Zza kanału dochodziły do nas przedziwne dźwięki. Rozpaczliwe zawodzenie okazało się odgłosem drona na wietrze. 

W Sowińcu zastanawialiśmy się nad maścią pasących się tam koni. Karogniade, kasztany, gniade? Potem odbiliśmy w las. Wszędzie sucho, dość piaszczysto, wreszcie dojechaliśmy do szosy na Żabno. Zwiedzanie kościoła, potem cmentarza ewangelickiego, a potem przez las za cmentarzem. Cudny ten las, miejscami taka świetlista dąbrowa. Odbijamy na Górkę i Przylepki. Na skraju lasu pole konwalii dopiero co wyrosłych z cebulek. Długa aleja lip doprowadza nas prawie do samej wsi. 

W zakrzaczonym parku ruina pałacu. Stamtąd równie przyjemną drogą zmierzamy do Brodnicy. Szary Nepomucen wita nas na początku wsi, dobrze się wkomponowuje w szary betonowy płot. Oglądamy pałac, kościół, grób Wybickiego, a potem położony w innej części wsi cmentarz. Jego osobliwością jest spora górka położona w środku tej nekropolii. Na szczycie same groby dziecięce i jeden stary grobowiec Kazimierza Sedlaka, dyrektora dóbr brodnickich. 

Droga na Kopyta. Wąska, przyjemna. Samotny żuraw podrywa się do lotu. Po drodze dwa domki ukwiecone tulipanami we wszystkich kolorach. Mijamy szosę śremską, stare tory kolejowe. Ani śladu prac nad przywróceniem ruchu. Kawałek dalej przy kapliczce upamiętniającej koniec wojny (1945) odbijamy w prawo, w aleję, która prowadzi do Rakówki. Majątek utrzymany pięknie. Ktoś kupił i mieszka. Okrążamy go i polną drogą zmierzamy w stronę Gorzyczek. 

Kiedy ostatnio przejeżdżaliśmy tędy, nie chciałem wjechać do folwarku. Tym razem na szczęście wjechałem, by podziwiać olbrzymi platan rosnący przy opuszczonym pałacu. Zabudowania folwarczne też ładne. Niestety zamarudziliśmy i nie starczyło czasu na zwiedzanie Borowa i pałacu w Czempiniu. Walcząc z wiatrem gnaliśmy na dworzec, by złapać pociąg z Czempinia do Poznania.  

sobota, 25 kwietnia 2026

Han Kang, Nie mówię żegnaj

Poetycka, piękna, ale też trudna, wymykająca się gatunkowym klasyfikacjom. Taka jest ostatnia jak do tej pory powieść Han. Autorka wciąga czytelnika w tę lekturę intrygując stanem głównej bohaterki - narratorki. Wiemy, że przeżywa swego rodzaju kryzys, izolację, doprowadza się do abnegacji. Dręczą ją sny. Z tego stanu wyrywa ją przyjaciółka, która trafiła do szpitala. Narratorka jedzie na wyspę Czedżu zaopiekować się papużką chorej. Rozpoczyna się znakomicie opisany, pełen napięcia wyścig z czasem. 
Kiedy bohaterka trafia na miejsce, bieg powieści rwie się na achronologicznie ułożone fragmenty. Narratorka sama, a co za tym idzie także czytelnik, traci orientację. Nie wiemy już, czy poruszamy się w świecie realnym, czy w świecie duchów. I właśnie w takim stanie bohaterka zaczyna poznawać tragiczną historię wyspy Czedżu, na której w 1948 r. doszło do ludobójstwa. Miejscami mamy teraz właściwie do czynienia z czymś, co przypomina literaturę faktu. Przytaczane są wypowiedzi świadków tamtych wydarzeń, a zadaniem narratorki jest upamiętnienie zamordowanych. 
Bohaterka broni się przed tym. To wszak zadanie bardzo kosztowne emocjonalnie. Nie powinna nas zatem dziwić rwana opowieść, która zapewne ma odzwierciedlać rozterki i trudności narratorki.
To gatunkowe przełamanie, które następuje mniej więcej w połowie książki, może niektórych czytelników rozczarować. Skoro jednak Han Kang wybrała jako temat tak trudny rozdział dziejów Korei, nie powinno zaskakiwać, że zrezygnowała z przeprowadzenia odbiorców przez tę historię w bezpiecznej epickiej formie. Lektura jest wyzwaniem, które warto podjąć, choćby dlatego, że w naszej europejskiej świadomości tematy poruszane w "Nie mówię żegnaj" właściwie nie istnieją. 

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Percival Everett, James

Pobieżnie przejrzałem opinie na temat tej książki: wtórna wobec "Przygód Hucka Finna", brakuje humoru Marka Twaina. Proponuję zapomnieć o Twainie i czytać "Jamesa" bez kontekstu. Oddać głos tytułowemu bohaterowi, niewolnikowi, który u Twaina jest postacią drugoplanową i poznać historię opowiedzianą z punktu widzenia czarnego mieszkańca Południa. Nie bez znaczenia będzie tu fakt, że autor sam jest Afroamerykaninem.

Warto przy tym zwrócić uwagę na warstwy, z których Everett zbudował swoją powieść. Pierwsza z nich to fabuła - atrakcyjna, łotrzykowska historia pełna zwrotów akcji i niebezpieczeństw. Druga to język. Czarni mówią inaczej niż biali. James, niewolnik, który sam nauczył się czytać i pisać, potrafi jednak posługiwać się językiem literackim. Biali zaś nie potrafią mówić jak czarni. James ma świadomość, że język jest czymś, co odgradza panów od niewolników. Można odnieść wrażenie, że choć specyficzny dialekt widzimy jako cechę przynależną stanowi niewolniczemu, to jest on również swego rodzaju azylem, w którym James i jego pobratymcy czują się bezpiecznie. 

Trzecia warstwa polega na próbie przyjrzenia się transgresjom, przekraczaniu granicy pomiędzy wolnością i jej brakiem. Zasadniczym problemem tych transgresji jest niemożność wyobrażenia sobie funkcjonowania w świecie, w którym nie ma podziału na wolnych i zniewolonych. James, znajdując się w sytuacjach zbliżonych do wolności, na przykład wtedy, gdy udaje mu się zdobyć rewolwer, wydaje się bardzo zagubiony, nie wie jak działać i co z przytrafiającymi mu się namiastkami wolności począć. Również białym nie mieści się w głowie konfrontacja z czarnymi, którzy zachowują się jak wolni ludzie. To chyba najciekawsze, co możemy odnaleźć w powieści Everetta.

Mamy jeszcze warstwę czwartą, zaledwie naszkicowaną, ale skłaniającą do refleksji. Gdzie należy (i czy w ogóle trzeba) postawić granicę pomiędzy czarnymi i białymi? Uwarunkowania biologiczne, mieszanie się "ras", wielość odcieni "czerni" ową granicę upłynnia. Jest u Everetta postać Normana, niewolnika, po którym nie widać afrykańskiego pochodzenia (podobną figurę odnajdziemy też np. u Faulknera w "Światłości w sierpniu"). Sam Huckleberry Finn - jak sugeruje James - również ma domieszkę niewolniczej krwi. 

Zakończenie powieści będące swego rodzaju preludium wolności nie jest jednoznacznym rozwiązaniem fabuły. Podobnie zniesienie niewolnictwa nie zakończyło historii rasizmu w Ameryce. Doskonale wiemy, że część ludzi potrzebuje wyraźnych granic. Dlatego warto czytać książki, które pomagają owe granice zacierać i do nich właśnie należy "James" Percivala Everetta. 

czwartek, 16 kwietnia 2026

James Schuyler, Co na kolację

Ależ to się czyta! Już w połowie książki można odczuwać żal, że zbliżamy się do końca. Żeby wzbudzić podziw czytelnika nie trzeba wcale - jak udowadnia Schuyler - szczególnie atrakcyjnej czy skomplikowanej fabuły. Można przyjrzeć się codzienności przeciętniaków prowadząc stylistyczną grę z tym, co się opisuje.

Dostajemy obrazek gdzieś z Ameryki lat siedemdziesiątych. Trzy domy: rodzina z bliźniakami i babcią, bezdzietne małżeństwo oraz "wesoła wdówka". Schuyler redukuje do minimum opisy, za to rozwija mistrzowskie dialogi. Bohaterowie "Co na kolację" mówią wyświechtanymi frazesami, produkują słowną watę, która przypomina język reklam telewizyjnych obrazujących idealny, szczęśliwy świat, gdzie problemem mogą być jedynie trudno schodzące plamy lub rozdwajające się końcówki włosów. Efekt tego zabiegu jest paradoksalny - autorowi udaje się znakomicie sportretować amerykańskie społeczeństwo. Czytelnik musi domyślić się w tych zabawnych rozmówkach fałszu, sztuczności i nieadekwatności do sytuacji, które spotykają bohaterów (uzależnienia, pobyt w szpitalu psychiatrycznym, zdrada małżeńska). Autor puszcza do nas oko w końcówce. Bohaterom na krótką chwilę opadają maski, ale natychmiast wszystko powraca do normy.

Lektura zabawna, dziś już nieco "retro", ale przecież dawne czasy i ich niepowtarzalny styl mają dla wielu czytelników niezaprzeczalny urok. 

wtorek, 14 kwietnia 2026

Jean-Baptiste Andrea, Czuwając nad nią, Kraków 2024 [wyd. Znak]

To niestety czytadło, nieco ambitniejsze, dobrze napisane, ale jednak czytadło. Są takie książki, które sprawiają, że czytelnik zaczyna podejrzewać autora o ukryty zamiar stworzenia kanwy potencjalnego scenariusza filmowego. To jest właśnie ten przypadek. Dzieje Mima Vitalianiego aż się proszą o przeniesienie na duży ekran. A gdyby jeszcze głównego bohatera zagrał Peter Dinklage, to ohoho! Autor powiela tu dość zgrany motyw niezwykle utalentowanego karła, który udowadnia, że wzrost nie ma znaczenia na drodze do sukcesu lub miłości. To efektowne, ale w sumie mało oryginalne. 

Polski czytelnik ma okazję często obcować z literaturą osadzoną w realiach narodowego socjalizmu w niemieckiej wersji. Włoski faszyzm to już w zasadzie egzotyka, dlatego historia, która dzieje się w epoce Mussoliniego, może nas zaciekawić. Polityka toczy się jednak gdzieś na marginesie, drugi margines tej opowieści to meandry spraw kościelnych (na kartach pojawia się sam Pius XII). Pomiędzy nimi zaś lawiruje Mimo. Włoskie klimaty, sielski obrazek liguryjskiej prowincji to elementy, które powieści tej należy zaliczyć na plus. 

Próby uciekania się do chwytów realizmu magicznego wychodzą natomiast tej powieści na złe. Historia o podziemnym mieście, uśmiercenie całej Pietra d'Alby w trzęsieniu ziemi i pompowanie tajemnicy wokół ostatniej rzeźby Mima - niezwykłej Piety - trącą nieco pretensjonalnością. 

Książkę czyta się bardzo szybko. Fabuła wciąga, więc można ją polecić jako lekturę dla rozrywki. Jeśli oczekujemy czegoś więcej, poszukajmy gdzie indziej.

#####################

Wynotowane cytaty

 

Dopiero dzisiaj zdaję sobie sprawę, jak wiele piękno dnia zawdzięcza przeczuciu nocy. [s. 34]

Chciałam ci pokazać, że nie ma granic. Nie ma rzeczy niskich ani wysokich. Wielkich ani małych. Każda granica jest wymysłem człowieka. [s. 160] 

Mnie też się kiedyś zdawało, że mam talent. Lecz od tamtej pory zrozumiałem, że nie można m i e ć talentu. Talentu się nie posiada. To obłok pary, który przez całe życie usiłujesz zatrzymać. A żeby coś zatrzymać, trzeba mieć dwie ręce. [s. 208] 

 


 

 

czwartek, 9 kwietnia 2026

Bill Gaston, Bogowie pokazują klaty, Warszawa 2019 [wyd. Marginesy]

Zauważam taki trend, w który wpisują się często twórcy opowiadań. Należy opisać codzienność bliską czytelnikowi i ten oswojony świat na tych kilkunastu-kilkudziesięciu stronach zaburzyć czymś nieoczekiwanym. U Gastona są to często - używając określenia Krzysztofa Majera, tłumacza i osoby, która dokonała wyboru opowiadań do tego tomu - epifanie. Czasem taka epifania robi spektakularne wrażenie. Można na przykład trafić na wieczór autorski, który przeciąga się do ranka i zamienia w pojedynek pisarz - słuchacz (jedyny, który wytrwał i nie opuścił kilkugodzinnej improwizacji autora). Można twierdzić, że jest się synem Malcolma Lowry'ego. Można też w łódce na środku jeziora zabić wiosłem dwoje współpasażerów. Nie można odmówić Gastonowi pomysłowości. Epifanie mają jednak to do siebie, że zdarzają się rzadko. Jeśli upchniemy je w kilkunastu opowiadaniach, mogą znużyć. Dla lepszej recepcji twórczości Gastona byłoby może korzystniej wydać zbiór mniejszy. Przeczytanie tej pozycji na jeden raz staje się bowiem trudnym wyzwaniem czytelniczym, zwłaszcza jeśli spotyka się na kartach książki postaci i motywy dość podobne do siebie. 

%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%

- Wstyd to zaparcie, stwierdziła Lulu. A zażenowanie to grzech. [s. 172]

- Nieśmiałość zmienia łebskich ludzi w leszczy. [s. 173] 


niedziela, 5 kwietnia 2026

Walter Kempowski, Wszystko na darmo

Zbeletryzowana relacja z ostatnich dni pewnej rodziny gdzieś w Prusach Wschodnich oraz późniejszej ewakuacji. Poprowadzona dość szeroko, nie wiadomo zatem, kto z całego pocztu postaci jest tu głównym bohaterem. Okazuje się niemal pod koniec, że jest nim Peter, specyficzny dwunastolatek, którego można by określić mianem osoby w spektrum autyzmu. Żyjący w swoim świecie, odizolowany od rówieśników, z nieodłącznym mikroskopem, reaguje dziwną obojętnością na aresztowanie matki, a potem śmierci kolejnych bliskich mu osób: cioteczki i nauczyciela Wagnera. Peter jest właściwie antybohaterem. W zbiorowisku uciekinierów opuszczających Heimat jest jedyną postacią poruszającą się bez żadnego celu. Swoistą "nieżyciowość" odziedziczył zapewne po matce, która przypomina Leni z "Portretu grupowego z damą" Heinricha Bölla. Pojawia się tu nawet taki sam motyw czytania przez bohaterkę zakazanych książek. U Bölla był to Kafka, a u Kempowskiego Zweig. 
W pamięci mam świetną powieść Armina Müllera "Lalkarz König i ja. Powrót na Dolny Śląsk", która również opisuje "odyseję" kilkunastoletniego chłopca w ostatnich dniach wojny. Tu bohater budzi sympatię i jest zdecydowanie dojrzalszy i bardziej zaradny niż Peter. Powieść Müllera czyta się miejscami jak powieść sensacyjną. Kempowskiemu przyświecał, jak się zdaje, inny cel.
Autor bardzo dokładnie, dokumentalnie wręcz opisuje pruski mikroświat (jesteśmy niemal w stanie wymienić cały inwentarz należący do rodziny von Glaubig) oraz postawy społeczne. Fanatycznego nazizmu, przekonań o wyższości kulturowej i rasowej nie rewiduje u Niemców nawet nieuchronnie nadciągająca klęska. Ten fenomen, opisywany zresztą wielokrotnie, nieodmiennie mnie zdumiewa. 
Nie odnajdziemy w powieści Kempowskiego figury szlachetnego Niemca, znanej np. z powieści Fallady, Hegi czy Kirsta. Napotykamy wprawdzie bohaterów idących pod prąd, ale daleko im do nieskazitelności. Pastor Brahms zaangażowany w ukrywanie Żydów okazuje się postacią moralnie niejednoznaczną, a matka Petera zostaje wciągnięta w pomoc Żydom przez przypadek i nie do końca świadomie. Większość sportretowanych tu osób to indywidua zdecydowanie nieprzyjemne. Bałtycki baron poniewiera żonę. Przyjmowana w dworze von Glaubigów skrzypaczka rozpuszcza nieprawdziwe pogłoski o ich niegościnności. Duchowni na bakier z przykazaniem "nie kradnij". Tępi, prymitywni funkcjonariusze partyjni. Brutalna szczerość, z jaką potraktował Kempowski rodaków, stanowi jednak zaletę książki. 

środa, 1 kwietnia 2026

Antoine Laurain, Kwiaty z cukru

Lektura lekko irytująca. Autor zdecydował się na zobrazowanie środowiska wydawniczego, wiele czasu poświęcając grafomanom, którzy posyłają do wydawnictw swe dzieła i recenzentom, którzy owe dzieła bezlitośnie odrzucają, nie szczędząc kąśliwych uwag. Cóż w tym irytującego dla czytelnika? Otóż to, że wiele takich uszczypliwości można powiedzieć o "Kwiatach z cukru". Laurain naprawdę popełnia grzeszki dyletantów. Te wszystkie dopowiedzenia, dosłowności, a do tego pokręcona fabuła będąca jakąś kontaminacją harlequina i kryminału... 

Na plus trzeba zaliczyć tej książce, że potrafi czytelnika wciągnąć, a główna bohaterka, Violaine Lepage zaskakuje nas aż do ostatnich stronic. Szkoda, że nie streszcza się kryminałów. Wierny, krótki opis fabuły mógłby ustrzec przed tą powieścią czytelników bojących się kiczu. 

4/10 

Federico De Roberto, Wicekrólowie

Mikołajewski przyrównuje tę książkę do "Pana Tadeusza", ja widzę raczej podobieństwa do "Anny Kareniny". Mamy tu bowiem ...