niedziela, 16 lipca 2023

8-11 lipca 2023 Norymberga


 

Norymberga wita nas niesamowitym skwarem. Gorąco jest już w pociągu, który wypełnia młodzież. Z daleka udają się na sobotnie imprezy w wielkim mieście. Dziewczyny wymalowane, z poprzyklejanymi do powiek świecidełkami, wydekoltowane, gotowe na spotkanie z chętnymi chłopakami. Ich ulubione słowo to geil. Cieszę się, kiedy wysiadam i tracę je z oczu.
Pierwsze kroki kierujemy do Muzeum Germańskiego. Nowoczesny budynek, który wkomponowano w pozostałości klasztoru augustiańskiego, kryje dzieła sztuki z niemieckiego obszaru kulturowego od czasów prehistorycznych po współczesność. Nas najbardziej interesuje oddział średniowieczny, który ma chyba najciekawsze zbiory. Chcemy zobaczyć między innymi Wita Stwosza, który tu działał. Jego rzeźby zgromadzone w tym muzeum nie są zdecydowanie szczytem osiągnięć tego twórcy. Na Wartburgu widzieliśmy jego wspaniałą madonnę. Interesujące w dziale gotyckim były przedstawienia Jezusa na osiołku. Wielką wartością tego muzeum jest, że sztuka tego okresu eksponowana jest w kościele i na krużgankach gotyckich wspomnianego klasztoru. Można poczuć, jak tę sztukę odbierali ówcześni. Z nowszych dzieł - trochę Durera i Cranacha. Wiszą też dwa Rembrandty. Gdyby to było u nas, zrobiliby barierkę 10 metrów od obrazu za grubym szkłem i jeszcze stałby strażnik, którego zadaniem byłoby mówienie: "proszę się nie wychylać". Sztuka najnowsza - bardzo słaby zbiór. Uwagę przykuwa tylko jeden obraz Emila Nolde.
Obiad jemy w rzekomo tradycyjnej gospodzie norymberskiej, tuż przy głównym rynku. Obsługują tu głównie Rosjanie i jedzą Rosjanie. Jedzenie zaś frankońskie. Boguś je zupę jagodową na śmietanie. Ja Auflauf z ziemniaków w sosie borowikowym "mit einem bunten Salat". Jedzenie niezłe, atmosfera średnia, wystrój ogródka bardzo kiepski. Widać, że idą na ilość.
Logujemy się w hotelu - kiepska dzielnica, dużo kolorowej młodzieży imprezującej na ulicach. Po tych imprezach zostaje mnóstwo śmieci, których nikt nie sprząta! Popołudniowy spacer po mieście to oczywiście zwiedzanie starówki, która nas nieco rozczarowuje. Mając w pamięci zachwyty Frau Balbuzy nad tym miastem spodziewałem się fajerwerków, a tu mamy kilka odrestaurowanych zabytków i mnóstwo bezstylowej zabudowy. Jest jednak całe mnóstwo zaułków, które mają swój urok, choć całość niekoniecznie zachwyca. Podoba nam się na zamku, z którego jest świetny widok na miasto, nie da się tam jednak zbyt długo wytrzymać ze względu na ulicznego artystę z wyglądu przypominającego członka The Kelly Family, niestety niedorównującego Kellysom głosem. Urokliwe są też mostki nad rzeką Pegnitz, po której pływają bernikle. Zwłaszcza drewniana kładka (Henkersteg) prowadząca do domu kata. Domek ten leży na małej wysepce z placykiem zwanym Trödelmarkt, czyli targ staroci. Tutaj trafiamy na prawdziwą meksykańską fiestę. Drugiego dnia, po powrocie z Bayreuth, tymi samymi mniej więcej ścieżkami przemierzamy nocną Norymbergę. Przy światłach miasto zyskuje. Wrażenie robi pokaz żonglerki ogniem przy domu Durera, u stóp zamku. Tego wieczora decydujemy się na japońską kolację przy Schlotfegergasse. Boguś je sushi, ja miso. Chciałem zamówić sake, niestety musieliśmy zadowolić się japońskim piwem.
Trzeciego dnia, po powrocie z Bambergu, udaliśmy się na Parteitaggelande. Czyli potężny kompleks zbudowany przez Hitlera na coroczne wiece NSDAP. To tutaj Leni Riefenstall kręciła swoje sławne dokumenty, które utrwaliły te potężne zgromadzenia. Pozostałości kompleksu są monstrualne i muszą robić wrażenie. Niedokończona hala, wzorowana na koloseum, ale 2 razy od niego większa dziś jest przede wszystkim wielkim domem dla gołębi. W dwóch skrzydłach mieszczą się instytucje kultury - filharmonia norymberska oraz muzeum, tzw. Doku-Zentrum. Wystawa w tym drugim tymczasowa, prowizoryczna, próbująca ująć czas III Rzeszy w pigułce. Wymaga to zdecydowanie nowego opracowania, co ma nastąpić po zakończeniu remontu w tej części budynku. Kompleks jest tak wielki, że nie udaje nam się dotrzeć do trybuny, na której Hitler pozdrawiał maszerujących. Sama droga defiladowa przeraża rozmiarami. Szeroka na jakieś sto metrów ciągnie się w nieskończoność. Można sobie wyobrazić, co działo się w mieście, kiedy na Parteitag zjeżdżało 40 tys. członków partii. Z dworca kawałek, a oni dziarsko maszerowali aż tutaj. A potem jeszcze musieli trzymać szyk w drodze do trybuny. Trasę z Doku-Zentrum do starówki pokonujemy tramwajem. Norymberga poza starówką jest niesamowicie brzydka, niezachęcająca do zamieszkania. Starówka zaś w poniedziałek już nie tak gwarna jak w sobotę i niedzielę. Jeszcze raz zamek, potem obiadek w miłej knajpce z przemiłą kelnerką nad Pegnicą. Tu obsługuje również tęgi Latynos, którego nazywam Marcelo, ponieważ przypomina tenora M. Alvareza. Zjadam bratwurst. Boguś ma fantastyczne spaghetti bolońskie. Powrót do hotelu murami miejskimi. Ostatnie chwile w Norymberdze przynoszą ulgę, że to już pożegnanie z tym tłocznym, gorącym, brudnym, głośnym  i jednak niepięknym miastem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...