niedziela, 30 lipca 2023

29 lipca, Radek Knapp, Lekcje Pana Kuki

Dość prosty pomysł na poczytną rzecz. Napisać powieść, w której obśmiejemy stereotyp Polaka i Austriaka w fabule, która zderza obie nacje. Oczywiście musimy mieć opozycję Gastarbeiter - Pracodawca.
Nie będąc zdecydowanie piewcą naszych narodowych cnót nie mogę jednak nie dostrzec, że obraz Polaka w ujęciu Knappa jest nieraz mocno chybiony. Poza tym książka nie wyróżnia się ani oryginalnością fabuły i perypetii, ani językiem, na głębsze refleksje nie ma nawet co liczyć. Żal straconego czasu. Szczęściem czyta się to bardzo szybko. Nawet zapracowanej osobie starczą 2 dni.

22 lipca 2023 Kobyla Góra

Od dawna chciałem zdobyć najwyższe wzniesienie Wielkopolski.
Rozpoczęliśmy w Ostrowie Wielkopolskim - stąd kawałek do znanego nam już Wysocka Wielkiego z kościołem położonym na wysokim wzgórzu z panoramą na Ostrów. Stąd skok do Wysocka Małego, a stamtąd kamienistą drogą przez pola do Chynowy i dalej do Kotłowa. To bardzo ciekawa miejscowość z długą metryką. Dwa kościoły o tym samym wezwaniu Narodzenia NMP, jeden rzymsko, drugi polskokatolicki. Pierwszy fundowany przez Piotra Własta w czasach Krzywoustego, drugi w połowie XX wieku, kiedy miejscowy ksiądz nie mógł pogodzić się z decyzjami biskupa i spowodował rozłam.
Oba bardzo ciekawe architektonicznie. Prokatedra polskokatolicka efektowna, gdyby tak budowano kościoły w tym szale lat 80-tych i 90-tych, Polska byłaby piękniejsza. Stary kościół romański, inne style, które wdarły się do tej bryły, nie zdołały zdominować pierwotnego charakteru. Surowe, kamienne wnętrze robi wielkie wrażenie. Modlił się tu pono sam Chopin. Otoczenie zaś kościoła, położonego na wzgórzu, u którego stóp znajduje się cmentarz zatrzymało się pewnie w swym wyglądzie na XIX wieku. Spędzamy tu trochę czasu, bo warto chłonąć atmosferę tego miejsca.
Położony nieopodal Mikstat nie robi już takiego wrażenia. Stamtąd długa prosta wiedzie do Ostrzeszowa. Po drodze góry - doliny. Jan na początku szarżuje, wyprzedza mnie na podjazdach, dokazuje. Nie wróży to dobrze perspektywie zdobycia Kobylej Góry. Coraz częściej musimy robić przerwy na odpoczynek, coraz głośniejsze sapanie Jana towarzyszy podjazdom.
Większa przerwa w Ostrzeszowie. W pozostałościach zamku Kazimierza Wielkiego jest miła kawiarnia z przekąskami. Zwiedzanie miasta utrudnia zaś rozległy remont ulic. Do wielu miejsc po prostu nie ma dostępu.
Ruszamy w stronę Kobylej Góry. Postanawiam zdobyć ten szczyt od strony miejscowości o tej samej nazwie, choć mapy pokazują krótszą znacznie drogę wiodącą prosto z Ostrzeszowa do założonego celu. Janowi i Bogumiłowi ten pomysł się nie podoba. Coraz częściej słyszę brak entuzjazmu w związku z planem zdobywania góry. Po odwiedzeniu urokliwych zakątków, m.in. szachulcowego kościółka w Olszynie, przed Kobylą Górą (miasteczkiem) rozdzielamy się po raz pierwszy. Jan jedzie prostą drogą do Miasta, a my z Bogumiłem zahaczamy jeszcze o folwark Resztówka albo Myślniew z drewnianym kościołem. Samo miasteczko Kobyla Góra nieco rozczarowuje. Dwa kościoły - katolicki i ewangelicki, niezbyt efektowny rynek i to wszystko. Tu rozdzielamy się po raz drugi. Jan z Bogumiłem wracają do Ostrzeszowa, a ja samotnie udaję się na Kobylą Górę (szczyt). Uważam, że obaj dużo stracili.
Droga wiedzie przez malowniczy pagórowaty teren, w którym zieleń lasów przeplata się z żółtymi łanami zbóż. W najwyżej położonym w Wielkopolsce sołectwie Marcinki mijam maleńki drewniany kościółek. Stąd już naprawdę blisko na górę. Jest to miejsce kultu, więc obok grup rowerzystów spotykam też po drodze pielgrzymów, w tym dziarską zakonnicę z kornetem w wersji turystycznej chyba, bo bez welonu (nie była to jednak Urszulanka). Udaje mi się podjechać prawie pod sam szczyt. Końcówka jest na tyle stroma, że trzeba prowadzić rower (choć są podjazdy od innej strony, które można łatwo pokonać na dwóch kółkach). Nawet prowadzenie roweru jest tu niełatwe. Osuwam się kilka razy, ale w końcu docieram na szczyt zwieńczony wielkim metalowym, niebieskim krzyżem.
Zjazd z góry pokazuje, że wybrałem dobrą trasę. Na stromej drodze zjazdowej osiągam niebotyczne prędkości. Gdybym miał podjeżdżać od tej strony, zmęczyłbym się strasznie.
Zjeżdżając warto zatrzymać się w Parzynowie i wejść do pięknego, drewnianego kościoła św. Mikołaja. Za chwilę Olszyna i droga już znana do Ostrzeszowa. Troszkę pokręciłem się po mieście zanim dołączyłem do kolegów, którzy przysiedli w lodziarni na Rynku. Z miejsc, do których trafiłem, warto odnotować kościół gotycki, którego jednak nie mogłem zwiedzić w środku, bo trwała msza. Obiad zjedliśmy w naleśnikarni (naleśniki z farszem a la pierogi ruskie - całkiem smaczne, do tego uroczy kelner). Wiele uroku miał też dworzec z zabytkową wiatą i odstawionymi na bocznicę starymi wagonami.

26 lipca 2023 Boska Komedia

Czytałem równocześnie najnowsze tłumaczenie Mikołajewskiego i klasyczne Porębowicza. Mikołajewski zrezygnował z rymu, rytmu oraz przypisów objaśniających tło historyczne, tak przecież potrzebne do zrozumienia dzieła Dantego. Pisze, że czytelnik może docenić piękno tekstu nie znając zupełnie jego znaczenia. Potem trzeba, zdaniem Mikołajewskiego, przeczytać inne tłumaczenie z przypisami. Tylko po co w ogóle czytać Mikołajewskiego? Wyszło coś, co wygląda jak tekst przepuszczony przez tłumacza Google. Tekst Porębowicza, mimo że archaiczny, jest częstokroć bardziej zrozumiały niż współczesny rzekomo język Mikołajewskiego.
Zaś co do samego dzieła - trudno mi zachwycić się tym poematem. Szanując kontekst historyczny, osadzenie tej poezji w kulturze średniowiecza, odrzucam jednak ten poetycki tryptyk z kilku powodów.
1. Jest nieznośnie katolicki, a wszystko, co zamknięte w samej wierze, jest jednak ciasne.
2. Uważam, że nie jest ponadczasowy. Cóż dziś może z jego przesłania przejąć umysł daleki od dewocyjności? Cóż z pogmatwanych uwarunkowań politycznych XIII-wiecznej Italii może być punktem odniesienia dla dzisiejszego czytelnika? Kto może poważnie potraktować arbitralną wizję zaświatów Alighieriego?
3. Irytująca jest swego rodzaju pycha autora, który decyduje, kto trafia do piekła, kto do czyśćca i kto do raju, jednocześnie przyznając sobie samemu tak wyjątkowe znaczenie, że niebiosa zezwalają mu na wędrówkę wbrew wszelkim dotąd ustanowionym prawom boskim.
Rozumiem znaczenie "Boskiej Komedii" dla rozwoju języka włoskiego. Pewnie dla Włochów ma ona kolosalne znaczenie. Nie podejrzewam jednak, by ktoś z innego niż polski kręgu kulturowego, miał jakoś szczególnie zachwycać się naszym "Lamentem Świętokrzyskim" czy "Bogurodzicą".
Lektura trudna, nużąca i nie dająca satysfakcji.

czwartek, 20 lipca 2023

12 lipca 2023 Cottbus - Zielona Góra


 

Kończymy naszą wyprawę. Pociąg z Neustadt zawozi nas do Cottbus. Okolice dworca mogą przerazić każdego. Pusto, kręcą się jakieś podejrzane typki, na horyzoncie żadnych porządnych budynków. Tymczasem okazuje się, że w centrum jest żywe, ładne miasto. Mury miejskie, ładnie urządzone parki, elektrownia wodna na Sprewie, dwa gotyckie kościoły, rynek i mnóstwo knajpek. Trochę spacerujemy i w końcu lądujemy w najbardziej chyba tradycyjnej piwiarni miasta. Zamawiam piwo i pysznego naleśnika. Dobrze, że siedzimy w ogródku, bo wnętrze przesiąkło dymem papierosowym i jest nieprzyjemne.
W Cottbus jest trochę secesji, której w odwiedzonych dotychczas miastach prawie nie spotykaliśmy. Wrażenie robi zwłaszcza utrzymany w tym stylu teatr miejski. Z miast serbołużyckich Budziszyn robi zdecydowanie większe wrażenie, ale Cottbus ma także swoje miłe strony.
Wracamy na dworzec i jedziemy do Gubina. Przesiadka na dworcu w Guben może być traumatyczna dla kogoś, kto przez prawie 2 tygodnie jeździł pociągami po Niemczech. Koleje lubuskie podstawiły tu zdezelowany szynobus z cieknącą klimatyzacją. Wchodząc do pociągu trzeba więc omijać potężną kałużę. Wyświetlacze nie działają, wszystko trzeszczy. Sama linia jest - jak to w Lubuskiem - w kiepskim stanie. Stan szyn wprawia cały pociąg w groszkowatą metaliczną drżączkę. Między Guben a Zieloną Górą same lasy.
Zielona za to okazuje się bardzo przyjemnym miastem. Ostatni raz byłem tam w dzieciństwie, kiedy po odwiedzinach w Nowej Soli u cioci Basi, przesiadaliśmy się w niej na pociąg. Mieliśmy trochę czasu i zwiedziliśmy starówkę. Pamiętam, że było tam raczej pusto. A teraz - tętniące życiem miasto, dużo knajp, mało zaniedbanych miejsc. W jednej z knajp na rynku degustujemy polskie wina - wszak Zielona Góra to stolica polskiego winiarstwa. Mają tu też niezłą pizzę i wiele dań z kuchni świata. Ja akurat wybrałem koreańskie pierożki. Po tej uczcie spacer, wejście na wzgórze winiarskie. Przy niemieckich winnicach ta zielonogórska robi wrażenie ogródeczka. Ale to również ma swój urok.
W promieniach zachodzącego słońca wsiadamy do pociągu, który rusza w stronę Poznania.

11 lipca 2023, Drezno

 


Zanim dotrzemy do Drezna sporo czasu spędzamy w pociągu. Podróż z Norymbergi z przesiadką w Hof trwa prawie pięć godzin. Ostatni fragment trasy, tuż przed Dreznem jest bardzo spektakularny. Przełom rzeki Wilde Weißeritz, nad którą jedzie pociąg doprowadza nas aż do przedmieść Drezna. Samo miasto niesłychanie gwarne i tłoczne, ale jakoś bardziej przyjemne od Norymbergi. Między dworcem a starym miastem bloki, centra handlowe, wieżowce. Samo miasto - jak wiadomo - barokowa bombonierka. Upał nieziemski, ale i tak zwiedzamy. Podoba nam się nawet Neustadt, którego główna ulica - Hauptstrasse - nie ma już zabytkowych budynków, ale zachowała przebieg i drzewa, które na środku alei tworzą cienisty, potężny szpaler. Pod nimi wypoczywają ludzie, uliczni grajkowie koncertują, jest klimat.
Wrażenie robią na mnie przestrzenie w tym mieście. Dużo placów. W Neustadt Rynek Nowomiejski, place przed Semperoper, katedrą, szeroki most oddany tylko pieszym, rowerzystom i tramwajom. Na Terassengasse, niedaleko Łaby, w otoczeniu historycznych budowli jemy obiad. Obsługuje nas przesympatyczna starsza kelnerka. Zamówiłem zupę ziemniaczaną (prawie taka jak u cioci Joli) i po raz ostatni kiełbasę. Przy trzydziestostopniowym upale kursował po naszej uliczce w tę i we w tę młody szaleniec w grubej czarnej kurtce.
Po zwiedzaniu poszliśmy na Neustadt, odnaleźliśmy market w starej hali targowej z Belle Epoque i z zakupionymi Schorlami poszliśmy nad Łabę. Rzeka wyschła tak bardzo, że siedzieliśmy na kamienistym odsłoniętym dnie, mając naprzeciwko sławną drezdeńską panoramę.
W hotelowej windzie miła rozmówka z uroczą starszą transkobietą. Życzymy sobie dobrej nocy i uśmiechamy się nawzajem życzliwie.

10 lipca 2023, Bamberg


Otoczenie dworca w Bambergu nie zwiastuje uroków miasta, na które natrafiamy po przekroczeniu kanału Men-Dunaj. A jeszcze piękniej robi się po przekroczeniu rzeki Regnitz. Bamberg zachęca do błądzenia uliczkami, zaułkami, kładkami przerzuconymi nad rzeczkami i kanałami. Jest na tej trasie oczywiście sławny ratusz na wodzie, od którego kierujemy się w stronę kościoła św. Stefana. Zaglądamy do jednego z podwórek i wpadamy w środek rokokowej feerii. Oglądamy też położoną nad samą rzeką willę Concordię. Ścieżka nad kanałem ponownie prowadzi nas w pobliże ratusza.
Kolejny punkt to Obere Pfarre zu Unsere Lieben Frau, gotycki kościół, położony na wysokiej skarpie, u stóp której biegnie ulica. Ciasnymi zaułkami przedostajemy się do katedry. Trwa msza, więc decydujemy się najpierw zwiedzić pałac arcybiskupi, tzw. Neue Residenz. Nie jest on tak okazały jak ten w Wurzburgu, tu jednak zachowało się dużo oryginalnego wyposażenia, a opowiadanie przewodniczki pozwala wyobrazić sobie, jak funkcjonował pałac w dawnych czasach. Są tu również zbiory sztuki, głównie średniowiecznej i wczesnorenesansowej. Najprzyjemniejsze miejsce w rezydencji to jednak z pewnością ogród różany, z którego rozciąga się widok na miasto. Tu zatrzymujemy się na piwo.
Katedra bamberska robi duże wrażenie, bo jest to budowla romańska, w której wiele elementów zapowiada już nowy styl. Wewnątrz potężne empory zarówno w prezbiterium jak i od strony kruchty. Jest grób cesarza Henryka II z małżonką i podobno (nie widzieliśmy) papieża Klemensa. Surowe wnętrze kryje wiele dzieł sztuki, np. sławnego jeźdźca bamberskiego (magdeburski robi większe wrażenie), czy tryptyk szafkowy Wita Stwosza - późne dzieło starego mistrza, niemalowane i głównie płaskorzeźbione. Krakowski ołtarz robi większe wrażenie.
Z katedry urokliwymi uliczkami idziemy na sąsiednie wzgórze, gdzie mieści się klasztor św. Michała, niedostępny z powodu remontu. Tu jednak również mamy wspaniałą panoramę na miasto, a przez klasztorne ogrody udaje nam się zejść do miasta w pobliżu samej katedry. W ogrodach rośnie dużo drzew owocowych, a tabliczki umieszczone przy nich ostrzegają, że kradzież owoców będzie karana.
W pobliżu Markusbrucke znów piękny widok na rzekę Regnitz, a po jej drugiej stronie kręta i urocza uliczka Fischerei. Przy Gruner Markt pijemy kawę i kupujemy czereśnie od pani Turczynki i udajemy się ruchliwą ulicą w stronę dworca. Po drodze mijamy ciekawy XIX wieczny plac, na którym funkcjonuje dworzec autobusowy. Cała dzielnica jest zdecydowanie nowsza, widać, że powstawała już w czasach po Kongresie Wiedeńskim. Szkoda, że tak szybko zleciał nam czas w Bamberg. Miastu trzeba zdecydowanie poświęcić więcej czasu.

poniedziałek, 17 lipca 2023

9 lipca 2023 Bayreuth

Już z placu przed dworcem w Bayreuth widać wystający z zielonego wzgórza szczyt Festspielhausu. Usta same ułożyły mi się w uśmiech na ten widok. Oto jestem w Mekce wagnerystów.
Pierwsze kroki kierujemy właśnie na wzgórze festiwalowe. Aleja Nibelungów ukwiecona i zielona prowadzi do celu. Teatr można oglądać tylko z zewnątrz, ale za to wokół popiersia Wagnera ustawionego w pobliskim parku ustawiono plansze, które przybliżają historię tego miejsca i jednocześnie kładą nacisk na jej ciemne karty. Jest cała galeria wykluczonych - artystów, których odsunięto od występów w ty miejscu. Pośród nich taka sława jak Lilly Lehman, nazwana przez Straussa babcią bez zdolności aktorskich. Tak sobie elegancko pozwalano. Cosima szalała walcząc o czystość rasową swojego festiwalu. Te plansze powinny raczej stać wokół jej popiersia.
Po powrocie do miasta zwiedzamy inny sławny teatr - margrabiowską operę - barokową bombonierkę, którą postawiła tu Wilhelmina pruska, siostra Fryderyka II. Wspaniałe wnętrze i ciekawa wystawa, którą warto odwiedzić z dziećmi - dużo atrakcji przygotowano z myślą o nich.
I wreszcie Wahnfried - miejsce gdzie szaleństwo (Wahn) Wagnera znalazło swoje ukojenie (Fried). Trzy niepozorne budynki kryją ciekawą wystawę, znów krytyczną wobec historii miejsca, które wszak w czasach III Rzeszy stało się swego rodzaju ostoją nazistów. Warto o tym pamiętać, ale warto też oddać się muzyce Wagnera, której można tu również słuchać w specjalnym pokoju z widokiem na omszałe głazy. Słuchanie Tristana w takiej scenerii - to jest coś! Można też pochylić się nad partyturą na elektronicznym czytniku i posłuchać oraz obejrzeć wykonanie np. uwertury do Tannhausera albo podrygów przebranego za Hitlera Charliego Chaplina do Vorspielu z Lohengrina. są projekty scenografii i kostiumy z dawnych inscenizacji. Zobaczyłem na własne oczy to wielkie futro Waltraud Meier, w którym jako Izolda w III akcie wkracza do Kareolu.
Duża część Wahnfried to wystawa o samym Ryszardzie. Wystroju niewiele ocalało - willa była wszak zbombardowana. Sąsiednia willa Siegfrieda Wagnera kryje wystawę o romansie Wagnerów z nazistami. Grób Ryszarda i Cosimy okryty bluszczem nie ma nawet wyrytych imion tych dwojga.
Krótki odpoczynek w parku margrabiów, obiad w mieście Die Klöße mit der Soße i coś w rodzaju zupy chlebowej. Smaczne, idealne po intensywnym dniu zwiedzania. 

Przyjemnością jest również podróż pociągiem między Norymbergą a Bayreuth. Szlak wiedzie przez górzyste tereny Frankonii. Na samej trasie było chyba z 6 tuneli. Po drodze niewielkie, malownicze miejscowości. Chciałoby się wróciś, żeby pochodzić po tych górach niedaleko Pegnitz.



 

niedziela, 16 lipca 2023

8-11 lipca 2023 Norymberga


 

Norymberga wita nas niesamowitym skwarem. Gorąco jest już w pociągu, który wypełnia młodzież. Z daleka udają się na sobotnie imprezy w wielkim mieście. Dziewczyny wymalowane, z poprzyklejanymi do powiek świecidełkami, wydekoltowane, gotowe na spotkanie z chętnymi chłopakami. Ich ulubione słowo to geil. Cieszę się, kiedy wysiadam i tracę je z oczu.
Pierwsze kroki kierujemy do Muzeum Germańskiego. Nowoczesny budynek, który wkomponowano w pozostałości klasztoru augustiańskiego, kryje dzieła sztuki z niemieckiego obszaru kulturowego od czasów prehistorycznych po współczesność. Nas najbardziej interesuje oddział średniowieczny, który ma chyba najciekawsze zbiory. Chcemy zobaczyć między innymi Wita Stwosza, który tu działał. Jego rzeźby zgromadzone w tym muzeum nie są zdecydowanie szczytem osiągnięć tego twórcy. Na Wartburgu widzieliśmy jego wspaniałą madonnę. Interesujące w dziale gotyckim były przedstawienia Jezusa na osiołku. Wielką wartością tego muzeum jest, że sztuka tego okresu eksponowana jest w kościele i na krużgankach gotyckich wspomnianego klasztoru. Można poczuć, jak tę sztukę odbierali ówcześni. Z nowszych dzieł - trochę Durera i Cranacha. Wiszą też dwa Rembrandty. Gdyby to było u nas, zrobiliby barierkę 10 metrów od obrazu za grubym szkłem i jeszcze stałby strażnik, którego zadaniem byłoby mówienie: "proszę się nie wychylać". Sztuka najnowsza - bardzo słaby zbiór. Uwagę przykuwa tylko jeden obraz Emila Nolde.
Obiad jemy w rzekomo tradycyjnej gospodzie norymberskiej, tuż przy głównym rynku. Obsługują tu głównie Rosjanie i jedzą Rosjanie. Jedzenie zaś frankońskie. Boguś je zupę jagodową na śmietanie. Ja Auflauf z ziemniaków w sosie borowikowym "mit einem bunten Salat". Jedzenie niezłe, atmosfera średnia, wystrój ogródka bardzo kiepski. Widać, że idą na ilość.
Logujemy się w hotelu - kiepska dzielnica, dużo kolorowej młodzieży imprezującej na ulicach. Po tych imprezach zostaje mnóstwo śmieci, których nikt nie sprząta! Popołudniowy spacer po mieście to oczywiście zwiedzanie starówki, która nas nieco rozczarowuje. Mając w pamięci zachwyty Frau Balbuzy nad tym miastem spodziewałem się fajerwerków, a tu mamy kilka odrestaurowanych zabytków i mnóstwo bezstylowej zabudowy. Jest jednak całe mnóstwo zaułków, które mają swój urok, choć całość niekoniecznie zachwyca. Podoba nam się na zamku, z którego jest świetny widok na miasto, nie da się tam jednak zbyt długo wytrzymać ze względu na ulicznego artystę z wyglądu przypominającego członka The Kelly Family, niestety niedorównującego Kellysom głosem. Urokliwe są też mostki nad rzeką Pegnitz, po której pływają bernikle. Zwłaszcza drewniana kładka (Henkersteg) prowadząca do domu kata. Domek ten leży na małej wysepce z placykiem zwanym Trödelmarkt, czyli targ staroci. Tutaj trafiamy na prawdziwą meksykańską fiestę. Drugiego dnia, po powrocie z Bayreuth, tymi samymi mniej więcej ścieżkami przemierzamy nocną Norymbergę. Przy światłach miasto zyskuje. Wrażenie robi pokaz żonglerki ogniem przy domu Durera, u stóp zamku. Tego wieczora decydujemy się na japońską kolację przy Schlotfegergasse. Boguś je sushi, ja miso. Chciałem zamówić sake, niestety musieliśmy zadowolić się japońskim piwem.
Trzeciego dnia, po powrocie z Bambergu, udaliśmy się na Parteitaggelande. Czyli potężny kompleks zbudowany przez Hitlera na coroczne wiece NSDAP. To tutaj Leni Riefenstall kręciła swoje sławne dokumenty, które utrwaliły te potężne zgromadzenia. Pozostałości kompleksu są monstrualne i muszą robić wrażenie. Niedokończona hala, wzorowana na koloseum, ale 2 razy od niego większa dziś jest przede wszystkim wielkim domem dla gołębi. W dwóch skrzydłach mieszczą się instytucje kultury - filharmonia norymberska oraz muzeum, tzw. Doku-Zentrum. Wystawa w tym drugim tymczasowa, prowizoryczna, próbująca ująć czas III Rzeszy w pigułce. Wymaga to zdecydowanie nowego opracowania, co ma nastąpić po zakończeniu remontu w tej części budynku. Kompleks jest tak wielki, że nie udaje nam się dotrzeć do trybuny, na której Hitler pozdrawiał maszerujących. Sama droga defiladowa przeraża rozmiarami. Szeroka na jakieś sto metrów ciągnie się w nieskończoność. Można sobie wyobrazić, co działo się w mieście, kiedy na Parteitag zjeżdżało 40 tys. członków partii. Z dworca kawałek, a oni dziarsko maszerowali aż tutaj. A potem jeszcze musieli trzymać szyk w drodze do trybuny. Trasę z Doku-Zentrum do starówki pokonujemy tramwajem. Norymberga poza starówką jest niesamowicie brzydka, niezachęcająca do zamieszkania. Starówka zaś w poniedziałek już nie tak gwarna jak w sobotę i niedzielę. Jeszcze raz zamek, potem obiadek w miłej knajpce z przemiłą kelnerką nad Pegnicą. Tu obsługuje również tęgi Latynos, którego nazywam Marcelo, ponieważ przypomina tenora M. Alvareza. Zjadam bratwurst. Boguś ma fantastyczne spaghetti bolońskie. Powrót do hotelu murami miejskimi. Ostatnie chwile w Norymberdze przynoszą ulgę, że to już pożegnanie z tym tłocznym, gorącym, brudnym, głośnym  i jednak niepięknym miastem.

7-8 lipca 2023 Würzburg

Pomysł Bogusia, żeby jechać do Würzburga nie był przeze mnie przyjęty szczególnie entuzjastycznie. Potężny upał i zatłoczone miasto zwiastowały, że nabiorę awersji do tego frankońskiego miasta. Tymczasem wyjechałem stamtąd z bardzo pozytywnymi wrażeniami. Zwiedzaliśmy rezydencję biskupią, którą równie dobrze można by nazwać pomnikiem ludzkiej pychy. Przepych, ogrom. Biskupi przenieśli się tu z położonego po przeciwnej stronie miasta wzgórza zamkowego, na które też warto wejść. Zamek, również potężny, na stokach okalają winnice. Rozciąga się stąd wspaniały widok na miasto i okolice. Okolice zamku ze starym miastem łączy barokowy most na Menie. Coś jakby most Karola. Po moście ludzie spacerują z kieliszkami białego reńskiego wina. Kupuje się je tuż przy wejściu na tę przeprawę. U nas chyba nie do pomyślenia taka kultura i takie rozwiązanie.
Obiad jemy w jednym z zaułków w sąsiedztwie starego rynku. Podwórko renesansowe, schodki, balustradki, wykusze, balkoniki. Pomiędzy nimi stoliki, kelnerzy z wielką kulturą obsługują, wyjaśniają. Zamawiam zupę winną i coś dziwnego na drugie danie - biała kiełbasa w ciepłym octowym wywarze z warzywami. Oryginalne ale niezbyt chętnie powtórzyłbym to doświadczenie.


 

6.07.2023 Weimar

Niespecjalnie przekonany pojechałem do Weimaru. Miasto ma tak bogatą ofertę kulturalną, że jednodniowy wypad musi łączyć się z dokonaniem wyboru - nie można zobaczyć wszystkiego. Bogusiowi zależało na zwiedzeniu Muzeum Bauhausu, a mnie na domu Lista. Pierwsza z instytucji przytłoczyła ilością tekstu do czytania. Proporcja rzeczy, które można oglądać do tego, co trzeba przeczytać jest ogromna. Dom Lista z kolei skromny, możliwy do zwiedzania z audioprzewodnikiem. W przeciwieństwie do domu Bacha w Eisenach mało tu było możliwości słuchania muzyki.
Przechadzka po mieście obejmowała oczywiście rynek, pałac książęcy, plac przy teatrze, w którym proklamowano Republikę Weimarską. Widzieliśmy z zewnątrz domy Schillera i Goethego. Nie zabawiliśmy zbyt długo, bo Bogusiowi zależało, żeby zdążyć do Erfurtu przed zamknięciem muzeum w fabryce pieców krematoryjnych. 



5.07.2023 Eisenach - Wartburg


Oto główny cel wyprawy do Niemiec. Legendarny zamek Wartburg. Miejsce turniejów śpiewaczych, z których jeden przeniesiono na karty partytury Tannhausera. Położony blisko Eisenach, więc naturalnie jego zwiedzanie zbiegło się również z wizytą w domu Bacha.
Na Wartburg można wejść z Eisenach pieszym szlakiem. Podejście przez las nie jest zbyt strome. Żałowałem nawet, że z miasta jest tak blisko. Zabytek jest dziś dobrze utrzymany, a zwiedzanie z przewodnikiem pozwala dowiedzieć się nieco na temat historii tego miejsca. Z pierwotnego wystroju zostało niewiele. Wrażenie robią ufundowane przez Wilhelma II mozaiki oraz cela Marcina Lutra, w której rzekomo przełożył biblię na niemiecki. Malowniczo tu i przyjemnie.
Przyjemnym miasteczkiem jest również Eisenach. Muzeum w domu narodzin Bacha daje możliwość poznania biografii kompozytora, ale również spędzenia czasu z jego muzyką graną na żywo przez pracownicę muzeum, ale również dostarczaną poprzez słuchawki. Można tu w specjalnych kapsułach spędzić mnóstwo czasu słuchając największych przebojów lipskiego kantora.
Będąc w sercu Turyngii trzeba też zakosztować kuchni regionu. A więc Bratwurst z kiszoną kapustą i puree ziemniaczanym i soljanka. Zdziwiło mnie, że że danie główne pływa wręcz w soku z kapusty. Może to wynik tego, że nazwałem kelnerkę "die alte Dame".

czwartek, 13 lipca 2023

4-7 lipca, Erfurt


Pociąg z Magdeburga do Erfurtu przemierza pagórkowaty Anhalt i Turyngię. Jest zielono. Linia kolejowa wije się między górkami, pociąg kołysze, aż odzywa się choroba lokomocyjna. Lądujemy w stolicy Turyngii wczesnym popołudniem. Nasza gospodyni, Frau Werner czeka na nas od 17.00, więc do tego czasu chodzimy sobie po mieście.
Erfurt, na przekór teoriom Bogusia o pustych miastach DDR-u, tętni życiem. Nie ma się co dziwić. Wspaniała zabytkowa starówka, chyba niezbyt mocno zniszczona, przyciąga turystów. Jemy obiad przy jednej z największych atrakcji miasta - moście kramarzy. Staram się wreszcie wybrać kuchnię lokalną, więc zamawiam Knödel w sosie kurkowym. Teraz jest sezon na kurki w Niemczech i restauracje serwują mnóstwo dań z tymi grzybami. Niemieckie knödle przypominają czeskie knedliki, choć są jeszcze bardziej zbite od nich i pełne dodatków, np. ziaren dyni. Świetnie komponują się z z sosem, i smaczną sałatką.
Średniowieczne centrum płynnie przechodzi w dzielnicę mieszkaniową zabudowaną dużymi willami lub kamienicami z ogródkami. Przypomina to naszą ul. Krasińskiego. Zaskakuje spokój. Ulicami z rzadka ktoś przejeżdża, nie ma tłumów. Czekamy przed domem. Nasza Frau Werner nadjeżdża rowerem. Jest w naszym wieku i sprawia bardzo sympatyczne wrażenie. Pokoik nieduży z oknem od ulicy, skromnie wyposażony, ale miły. Rano pani Andrea robi nam śniadania, od drugiego dnia towarzyszy nam przy stole starsze małżeństwo.
Pierwszego dnia powracamy na starówkę by powłóczyć się uliczkami. Prawie na każdej czeka jakaś niespodzianka. Urocze są również brzegi Gery, która płynie przez Erfurt. Rzeczka jest niewielka, płytka (może tak wyglądała kiedyś struga karmelicka w Poznaniu albo inne odnogi Warty?) z krystaliczną wodą. W centrum starówki tworzy niewielki ostrówek, zwany Dammchen (tamka). Przez jego środek prowadzi właśnie droga z mostem kramarzy. Przeprawa zabudowana szachulcowymi domkami. Z mostku można zejść nad samą rzekę. Jedno z przejść prowadzące kamiennym tunelem wiedzie do żydowskiej mykwy. Ścieżki wytyczone po ostrówku są zdziczałe, przechodzą między ogródkami. Tu i ówdzie trzeba przejść przez kładkę. Uroczo, choć za płytko na kajaki czy rowery wodne, które cieszyły się dużym wzięciem na Okrze, która opływa starówkę w Brunszwiku.
Jeden z zaułków prowadzi do ukrytej w podwórzu synagogi. Budynek przetrwał prawie 900 lat. Niektóre z zabytków ostały się tylko częściowo. Np. z kościoła franciszkanów, zwanych tutaj Barfüßer (bosi), zostało tylko prezbiterium i - częściowo - ściany kościoła, które, niezadaszone, latem służą jako miejsce plenerowych występów. Niemcy mają w ogóle upodobanie do letnich festiwali. W Erfurcie największe przedsięwzięcie tego typu organizowane jest na placu katedralnym. Na olbrzymich schodach prowadzących z placu do katedry zainstalowano scenę. Dużą część placu zajmują potężne trybuny. W tej scenerii, mając jako naturalną dekorację erfurcką katedrę, będą w tym roku wystawiane spektakle "Potępienia Fausta" Berlioza. Usiedliśmy w ogródku piwnym tuż obok, by przysłuchiwać się próbom. Niestety dzień premiery zbiega się z dniem naszego wyjazdu. Pozostało nam więc słuchać zza płotu marszu Rakoczego. Jego dźwięki towarzyszyły nam też w kolejnych dniach, kiedy odkryliśmy wspaniałe miejsce na spędzanie erfurckich wieczorów. Vis-a-vis wzgórza katedralnego piętrzy się cytadela. Z bastionów jest piękny widok na całe miasto. Miejsce jest chętnie, ale nie tłumnie odwiedzane. Zaopatrzeni w kieliszki od Frau Andrei, wino i przekąski delektowaliśmy się zachodem słońca, a z oddali dobiegały dźwięki faustowskich chórów.
Ponieważ Erfurt był bazą wypadową do innych miast, zwiedziliśmy w nim tylko jedno muzeum - dawną fabrykę pieców krematoryjnych. Położona nieco na uboczu, zupełnie nieodwiedzana, pusta przytłacza wewnątrz faktami, liczbami. Proces spalania ludzi rozebrano tu do najdrobniejszych trybików. Tuż po zjednoczeniu Niemiec spadkobiercy Topf & Söhne starali się o zwrot mienia odebranego im przez władze DDR. Całe szczęście sprzeciwił się temu po protestach Izraela Helmut Kohl. Dziś jest to miejsce pamięci.

3 lipca 2023 Brunszwik


Przed dworcem w Brunszwiku mnóstwo ludzi. Taka jest - zdaniem Bogusia - różnica między Niemcami Zachodnimi a Wschodnimi. Na Zachodzie gwarno, ludno, tłoczno. Na Wschodzie pusto, cicho, spokojnie. Porównując Magdeburg i Brunszwik, spostrzeżenie trafne.
Pierwsze miejsce, w którym zatrzymujemy się w drodze do starówki, to Löwenwal - owalny plac z obeliskiem upamiętniającym wojny napoleońskie (podobny jest w Hanowerze). Miejsce bardzo zielone i tłumnie oblegane przez młodzież sąsiadującej z nim szkoły. Tuż za placem i ową szkołą zaczynają się już średniowieczne atrakcje. St. Magni (Magnus) - czyli jedna z osad stanowiących zalążek Brunszwiku. Wokół romańskiego kościoła przycupnęły urokliwe kamieniczki z pruskiego muru. Ciasne uliczki pomiędzy nimi wypełnione knajpami. Kościół otwarty - i dobrze, bo kiedy trafiamy w tę okolicę, zaczyna padać. Wewnątrz niewiele historycznego wyposażenia - zapewne efekt luteranizacji.
W drodze na starówkę mijamy Zamek - klasycystyczną rezydencję tutejszych książąt. Przed frontonem okazałe dwa pomniki konne, za frontonem galeria handlowa - oto jak można połączyć historię ze współczesnością.
Innenstadt zachwyci każdego miłośnika średniowiecza, choć większość zabytków, które można tam zobaczyć, to efekt odbudowy lub rekonstrukcji po zniszczeniach II WŚ. Plątanina uliczek z kościołami i szachulcowymi domkami. Co robi największe wrażenie? Wg mnie:
- Burg Dankwarderode - romański zameczek, niestety zamknięty (poniedziałek). Przed nim statua lwa. To oczywiście wyobrażenie twórcy potęgi Brunszwiku, tutejszego magnata Henryka Lwa, który wraz z małżonką Matyldą spoczywają w pobliskiej katedrze. Kariera polityczna Henryka załamała się po konflikcie z cesarzem Fryderykiem I Barbarossą, ale jego syn doszedł do godności cesarza.
- Niedawno zrekonstruowany szachulcowy budynek wagi miejskiej przy kościele św. Andrzeja. Sam kościół również wart uwagi - rzygacze w kształcie fantazyjnych zwierząt, obok maleńka biblioteka miejsca - nietypowo dla okolicy zbudowana z cegły, a nie kamienia. Wzdłuż ulicy rynsztok - fontanna - takich instalacji jest b. dużo w niemieckich miastach i mają one swój urok.
- Rynek starego miasta z kościołem St. Martini i przede wszystkim efektownym gotyckim ratuszem.
- Kompleks dwóch sąsiadujących klasztorów. Benedyktyni z kościołem św. Idziego (Aegidius) oraz paulini. pomiędzy klasztorami dziś jest ogród z gotycką rzeźbą, średniowieczną studnią. Wszystko zacieniają potężne drzewa, a miejsce jest wymarzone do kontemplacji i pozwala odizolować się od ulicznego zgiełku, który czeka tuż za rogiem.
Przy placyku Kleine Burg w kamieniczce odwiecznie mieszczącej aptekę jemy obiad (sałatkę z hummusem) i wracamy na dworzec.

2-4 lipca 2023 Magdeburg



Wysiedliśmy na dworcu Neustadt, z którego bliżej do naszego hotelu. Była wszakże niedziela, jednak miasto sprawiało wrażenie bardzo wymarłego. W okolicy hotelu widać wciąż dziury urbanistyczne po szkodach, które wyrządziły bombardowania 80 lat temu. W Neustadt i tak ocalało więcej starych kamienic niż w śródmieściu, ale dzielnica straciła zapewne swój żywy charakter. Przy naszym hotelu życie próbuje się skupiać wokół Wittenberger Platz, gdzie działa kilka restauracji i piwiarni, ale miejsce i tak pozostaje senne i ciche.
Wybieramy się na spacer do miasta. Dziarska, żartobliwa Frau Riccarda z hotelu poleca nam spacer nad Łabą. Idziemy więc przez dawny port, który dopiero teraz odb
udowuje się i zamienia w naukowo-technologiczny hub. Z nadrzecznego bulwaru dobrze widać zabytki, które, jak to zwykle bywa w nadrzecznych miastach, ciągną się długo wzdłuż brzegów rzeki. Pierwszy z nich to baszta von Guerickego. Pomiędzy gotyckimi kościołami wyrosły po wojnie głównie bloki. Docieramy na rynek, który jest pusty. Na nim pozłacana statua "Jeźdźca Magdeburskiego". Ludniej robi się na Breiter Weg - im bliżej katedry, tym więcej ludzi. Tu jemy obiad - grillowane mięso z warzywami (4) do tego piwo - i możemy zwiedzać dalej. Katedra pomimo zniszczeń robi w środku duże wrażenie. Umieszczony w bocznej kruchcie portal z pannami mądrymi i głupimi - głupie z grymasami na twarzach, a mądre z karykaturalnymi wręcz uśmiechami. Siedzące postaci króla i królowej (być może Otto I i jego żona Edyta). Musi również robić wrażenie fakt, że można tu odwiedzić grób cesarza Otto I, który wszak zmarł przed 1000 lat. Do katedry przylega klasztor kanoników z pięknymi krużgankami, a otoczenie katedry obfituje w urokliwe zakątki z fragmentami murów miejskich.
Interesujący jest również na starym mieście klasztor i kościół Unser Lieben Frauen. Cudownie romański, otoczony wokół plenerową galerią rzeźby. W środku jest dziś sala koncertowa i muzeum sztuki nowoczesnej. W drodze do domu oglądamy również kamienne gotyckie kościoły. Przy jednym z nich - Sankt Petri z sąsiadującą maleńką Magdalenenkapelle - jak gdyby nigdy nic skubie sobie trawkę zając, niewiele sobie robiąc z przechodzących ludzi.
W poniedziałek ruch w mieście wydaje się większy. Ruchliwa jest główna ulica Otto von Guericke, którą idziemy na dworzec, żeby pojechać na 1 dzień do Brunszwiku. Przy jednym z głównych skrzyżowań stoi potężny socrealistyczny kompleks usługowo-mieszkaniowy. Po powrocie z Brunszwiku jeszcze raz idziemy do katedry, a dalej starym kolejowym mostem przeprawiamy się przez Łabę, by podziwiać miasto z drugiego brzegu rzeki. Ów drugi brzeg to tak naprawdę Werder - ostrów. Dzielnica mniej okazała, rzadziej zaludniona. Tu, oprócz widoku na miasto po drugiej stronie rzeki, przykuwa naszą uwagę fantazyjny budyneczek - amatorskiego chyba - teatru.
Ostatni dzień w Magdeburgu poświęcamy na jeszcze jedną wizytę przy katedrze i zwiedzenie muzeum katedralnego, które gromadzi sporo artefaktów z gotyku i epoki romańskiej, w tym oryginał jeźdźca magdeburskiego Są też rzeźby św. Maurycego, modele nagrobków, w tym Edyty. Udając się na dworzec zastanawiam się, gdzie przebywał Kraszewski i Piłsudski, o których uczy się w Polsce na historii, że byli więzieni w twierdzy magdeburskiej. Po owej twierdzy nie zostało w mieście zbyt wiele śladów, a - jak czytamy - zlikwidowano ją już pod koniec XIX w.

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...