poniedziałek, 30 marca 2026

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania tych najgłośniejszych dzieł. Mówi się zatem o takich instalacjach jak "Piramida zwierząt", "Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich" czy "Lego. Obóz koncentracyjny", ale widzowie muszą je sobie przypomnieć lub - jeśli ich nie widzieli - wyobrazić. Spektakl Michała Borczucha i Mateusza Górniaka mówi zresztą nie tylko o samych dziełach, ale również o procesie twórczym oraz odbiorze artystycznych wytworów przez publiczność. Mamy tutaj także próbę sportretowania środowiska, skupioną zwłaszcza na tzw. "Kowalni" czyli pracowni Grzegorza Kowalskiego, mentora takich artystów jak Katarzyna Kozyra, Artur Żmijewski czy Paweł Althamer. 
Materia to dla twórców niełatwa, ale efekt znakomity. Spektakl wciąga bowiem od samego początku. Duża w tym zasługa Małgorzaty Zawadzkiej, która jako Kozyra wprowadza nas powoli w uniwersum twórcy.
Spektakl jest napisany z dużym znawstwem, choć autora w momencie powstawania głośnej pracy Kozyry nie było jeszcze na świecie. Nie dostrzeżemy też w tekście Górniaka i spektaklu Borczucha hołdu dla polskiej sztuki współczesnej. Jest raczej spojrzenie pełne ciekawości, pozwalające również na krytykę. Można, jak sportretowany w sztuce lekarz zapytać, komu to wszystko potrzebne, na co idą nasze podatki i ilu pacjentom można by pomóc, gdyby budżety publicznych galerii przeznaczyć na służbę zdrowia. Można też zadać sobie pytanie, czy to, co oglądamy w galeriach, jest efektem świadomych działań, czy raczej wypadkową dość chaotycznych i nieprzemyślanych przedsięwzięć artystów. Zdaje się, że to widzowie dopowiadają twórcom - także w sztuce Górniaka/Borczucha - czego należy szukać w ich dziełach. Nie można jednak odebrać wspomnianym plastykom, iż ich twórcze działania wywoływały wiele dyskusji, fascynowały, stawiały pytania i kształtowały kulturalny obraz Polski. Warto zatem poszukiwać, eksplorować i zabiegać o twórczą wolność. Próbują to robić sami twórcy Starego Teatru w Krakowie, kończąc spektakl czymś na kształt tanecznego performance'u. Nie do końca wiadomo, o co w nim chodzi. Każdy może poszukiwać w nim własnych odpowiedzi. Ten swoisty teatralny reportaż o polskiej sztuce staje się w ten sposób dość abstrakcyjnym dziełem sztuki. Dzieło zaś jednocześnie przemienia się w tworzywo. 
"Piramida zwierząt" to jeden z najciekawszych eksperymentów, jakie w ostatnim czasie widziałem na polskich scenach. 

wtorek, 24 marca 2026

Lawrence Durrell, Kwartet aleksandryjski. Justyna

Czytamy zapewne o mieście, którego już nie ma. Durrell opisuje Aleksandrię w przededniu II wojny światowej, choć więcej czasu niż samemu miastu narrator poświęca kręgowi przyjaciół. Mamy do czynienia z miłosnym kwadratem i jego rozpadem. Ambicją autora jest dokonanie swego rodzaju wiwisekcji uczuć, ale ten zamiar i sposób jego realizacji okazuje się słabością tej książki. Musimy bowiem przedzierać się niekiedy przez stronice wypełnione ocierającymi się o pretensjonalność złotymi myślami. 

Ciekawie robi się wtedy, gdy Durrell zabiera nas w miejsca, w których możemy zasmakować lokalnego kolorytu, np. do razury Mnemdżiana, cyrulika, który zna wszystkie tajemnice miasta, do oazy będącej zamiejską posiadłością Nessima, a nawet nad jezioro Mariut, nad którym odbywa się polowanie na kaczki. 

Dzisiejszego czytelnika mogą również razić stwierdzenia mocno patriarchalne. Pamiętam, że uderzyło mnie stwierdzenie, iż inteligencja kobiet polega na przyswojeniu sobie wybitnych myśli wytworzonych przez mężczyzn. 

@@@@@@@@@@@@@@@@@

Wynotowany cytat za Poznań 2017 [wyd. Zysk i s-ka] tłum. M. Skibniewska

Wszyscy szukamy racjonalnego uzasadnienia dla naszej wiary w absurd. (s.111) 

poniedziałek, 9 marca 2026

Clemens J. Setz, Pociecha rzeczy okrągłych

Ciekawy, choć według mnie nierówny zbiór opowiadań, którego największą siłą jest umieszczanie bohaterów poszczególnych historii w sytuacjach, które z jednej strony można sobie z łatwością wyobrazić (bo są całkiem możliwe), ale z drugiej wydają się całkowicie niespotykane. Autor musiał przed napisaniem tych opowiadań mocno pogłówkować, by takie sytuacje skonstruować. Z zawartych w tym tomie dwa utwory wydają mi się najciekawsze. 

Pierwszy to historia romansu pewnego barmana i jednocześnie pedla z niewidomą kobietą. Odwiedzając ją w domu odkrywa, że poprzedni partnerzy zabazgrali kobiecie mieszkanie obraźliwymi napisami, których ta nie jest w stanie przeczytać. Nasz bohater nie wie, jak się zachować, więc przemilcza sprawę, która cały czas go dręczy.

Drugi jest zapisem rozmowy dyrektorki szkoły i ojca jednego z dzieci. Zadaniem dyrektorki jest nakłonienie rodziców do zakupienia fotografii zbiorowej, na której jest jedno z dzieci z mocno widoczną - domyślamy się - niepełnosprawnością. Nikt nie ma problemu z obecnością tego dziecka w szkole, ale równocześnie nikt nie chce zdjęcia z tym dzieckiem. Zarówno dyrektorka, jak i ojciec są świadomi, że prowadzą grę pozorów, a rozmowa, która kończy się niczym, musi się odbyć. 

Jak zwykle męczyłem się przy eksperymentach językowych. Jedno z opowiadań w całości napisane jest w stylizacji mającej naśladować wypowiedź kogoś, kto niedostatecznie opanował język niemiecki. Skupianie się na sensie wypowiedzi odciąga zaś uwagę od sedna tego opowiadania.  

poniedziałek, 23 lutego 2026

Bruno Schulz. Fetyszysta, Teatr im. Fredry w Gnieźnie, scen. i reż. Jan Jeliński

To jeden z tych spektakli, w których trzeba najpierw przejść przez mękę, by ostatecznie doświadczyć satysfakcji z całości. Całe szczęście nie była to adaptacja opowiadań Schulza, lecz próba opowiedzenia o tym artyście (nie tylko jego twórczości, ale także życiu) z perspektywy dzisiejszego odbiorcy. 
Do świata Brunona Schulza Jan Jeliński wprowadza nas przez "Sklepy Cynamonowe", spotykamy Adelę, ojca, matkę. Nikt jednak nie kreuje na scenie magicznej atmosfery galicyjskiego miasteczka. Środki aktorskiego wyrazu są na wskroś współczesne, scenografia raczej abstrakcyjna (w każdym razie nie schulzowska), a całość opowiadana jest przede wszystkim z perspektywy trzecioosobowego narratora z mocno zredukowaną akcją sceniczną. Zakładam, że większość widzów (w tym piszący te słowa) spodziewała się jednak czegoś innego i do pewnego momentu odczuwała swego rodzaju znużenie. 
Ale gdzieś w połowie powoli następuje coś, dzięki czemu spektakl nabiera innego wymiaru. Zamiast na schulzowskim uniwersum reżyser i scenarzysta zaczyna  skupiać uwagę po prostu na Brunonie. Mam wrażenie, że Jan Jeliński stawia pytanie, co w Schulzu mogłoby naprawdę zaciekawić Polaków i Polki w XXI wieku. Odpowiedź może brzmieć: Schulz bez osłonek, opowiedziany wprost, pokazany poprzez motywacje niezaciemnione, szczere. Chodzi tu o dotarcie do intymnych szczegółów pomijanych lub wręcz ukrywanych przez promotorów jego twórczości. Jeliński mówi przy tym wprost, że jest to tylko jedna z możliwych interpretacji tej postaci i jej twórczości. 
Dzięki tej wiwisekcji Schulza wykonywanej z pozycji odległych o niemal 100 lat tekst dramaturgiczny zaczyna nabierać rumieńców. Wspomaga go również atrakcyjnie aranżowana wizualna strona spektaklu. Przy zastosowaniu stricte teatralnej maszynerii udaje się przenieść widzów do zimowego Zakopanego, a dzięki dobrze wplecionym w sceniczną akcję materiałom video odwiedzamy sypialnię Zofii Nałkowskiej. Zaludnienie sceny postaciami takimi jak właśnie Nałkowska, Witkacy czy Jerzy Ficowski jeszcze bardziej wzbogaca spektakl, dodaje pikanterii i jest również źródłem humoru.
Jest to też przedstawienie dobrze zagrane. Odważnie wciela się w Brunona Michał Karczewski tworząc bohatera świadomego swoich potrzeb, ale potrzebującego również więzi z drugim człowiekiem. Wrażenie robią bardzo intymne sceny z Nałkowską (Joanna Żurowska). Mroczną atmosferę wypełnioną miazmatami popędów i zahamowań kontrują komiczni Witkacy (Mateusz Korsak) i Ficowski (Maciej Hanczewski). Wśród postaci z opowiadań Schulza na czoło zdecydowanie wybija się Wojciech Siedlecki (ojciec). 

piątek, 20 lutego 2026

Edmund White, Hotel de Dream

Apokryficzna opowieść o ostatnich dniach Stephena Crane'a. Zamysł ciekawy: pod koniec XIX wieku istniały granice, których nie mogli przekraczać nawet pisarze nurtu naturalistycznego. Choć pisywano i wydawano literaturę o ludziach ze społecznego marginesu, w tym o kobietach lekkiego obyczaju, nie do pomyślenia było wydanie w oficjalnym obiegu książki o prostytuujących się mężczyznach. Nie wiadomo nic, by spod pióra Crane'a wyszło coś na ten właśnie temat, ale White zadaje pytanie, czy przedwcześnie zmarły pisarz mógł interesować się tymi kwestiami. Dwukrotnie w "Hotelu de Dream" pojawia się motyw zniszczenia historii o męskiej prostytutce. Najpierw do zniszczenia dzieła na ten temat namawia Crane'a James G. Hunneker, później zapiski zmarłego niszczy sam Henry James. 
Pomysł na swoją powieść zaczerpnął White właśnie z lakonicznej wzmianki Hunnekera, krytyka i przyjaciela Crane'a o przypadkowym spotkaniu autora z chłopakiem - pierwowzorem Elliotta. Wszystko, co mamy dalej w "Hotelu de Dream" to wyłącznie fantazja White'a. 
Niestety z ciekawego zamysłu, by dopuścić do głosu, to co przed stu laty wyartykułowane zostać nie mogło, wyszedł produkt literacko rozczarowujący. Historia Elliotta i Theodore'a jest pospolita i mało wciągająca. Niewiele odkrywamy również w biograficznym wątku poświęconym Crane'owi. Za największą wartość "Hotelu de Dream" uznać możemy próbę przypomnienia czytelnikom postaci nieco zapomnianego już dziś autora "Szkarłatnego godła odwagi".

niedziela, 15 lutego 2026

Carlo Emilio Gadda, Poznawanie cierpienia, Warszawa 2016 [wyd. PIW]

Interesująca w tej książce jest jej konstrukcja. Główny wątek powieści dotyczy relacji matki i jej 45-letniego neurotycznego syna. Opowiedziana historia kończy się śmiercią kobiety, w której udział syna jest co najmniej niejasny (z nieopublikowanego zakończenia wynika ponoć, że to nie on zabił matkę). Gadda kreśli dość szeroki kontekst tej niezbyt obfitej fabuły. Mamy więc opis obywatelskiej straży pilnującej lokalnych domostw przed złodziejami. Podejrzewamy, czy abonament, który owej straży należy uiszczać, nie jest czasem haraczem... Zanim poznamy relację syna i matki przyglądając się tej dwójce bezpośrednio, dowiadujemy się co nieco od innych. Służba  daje złe, ale raczej zgodne z prawdą świadectwo o synu, miejscowy lekarz próbuje go wybielać. 

Tę, jako się rzekło skromną fabułę wypełnia autor barokowymi wręcz opisami, nie przeoczając żadnych drobiazgów. Pełno tu dygresji, zabaw słowami, refleksji uciekających gdzieś w rejony filozofii. Wszystko to jest dla czytelnika wielkim wyzwaniem. Brakuje jednak chyba motywu, który nieuchronnie rozpraszaną uwagę czytelnika przyciągał z powrotem do kart tej książki. Być może tym, którzy w matce lub synu odnajdują refleksy własnego życia, lektura ta może przynieść więcej satysfakcji. Mnie nieco znużyła.

@@@@@@@@@@@@@@@@

wynotowane cytaty

Och, światło wzdłuż drogi pokoleń!... które cofa się, cofa... pozbawione blasku... światło niezmiennych przeobrażeń. Ale w ciągu dni, w duszach, jakaż twórcza nadzieja!... i abstrakcyjna wiara, uparta miłość. Każde działanie jest obrazem, ... chustą, godłem, chorągwią na wietrze... Światło, światło cofa się... a podjęte dzieło wzywa naprzód, naprzód swoich walecznych: aby dotrzeć do pierzchającego zachodu... I bolesny jest oddech pokoleń, z nasienia w nasienie, z herbu w herb. Aż po wątpliwą metę. [s. 55]

- Sen?... A cóż panu szkodzi sen? To wewnętrzny niepokój, chwilowe urojenie...
- Nie wiem, doktorze; widzi pan... śnić to może zapomnieć, przestać istnieć! Odrzucić sklerotyczne wyobrażenia dialektyki, patrzenie na wszystko poprzez siłę...
- Poprzez siłę?... jaką siłę?
- Systematyzującą siłę charakteru... tę chwalebną lampę naftową, która dymi nam w środku... i filuje...i robi nas czarnymi od kłamstw, od środka... kłamstw godnych uznania, tłustych, jak najkłamliwszych... i ma dobre zdanie o sobie, tylko o sobie... Ale sen to głęboka rzeka, która spływa z dalekiego źródła, a rano aż kipi prawdą... [s. 93]

wtorek, 3 lutego 2026

Der Besuch der alten Dame, Schauspiel Leipzig

Szwajcarski klasyk w wersji przeniesionej do naszych czasów. Jak wyglądałaby wizyta Klary Zachanassian dziś? Zapewne byłaby relacjonowana przez social media. Na spektaklu przygotowanym przez lipski zespół musimy więc równolegle śledzić akcję sceniczną i zrzuty wyświetlaczy telefonów, które mają przy sobie wszyscy aktorzy. Dla starszych widzów bywa to wyzwaniem, młodzież (a tej na widowni było bardzo dużo) nie ma z tym problemu. 
Szczęśliwie Nuran David Calis potrafił dobrać odpowiednie proporcje wirtualnej domieszki do tradycyjnego teatru. Przedstawienie ma momenty "cyfrowego detoksu", spowolnienia i refleksji. Do takich, pięknych wizualnie, scen należy samochodowa przejażdżka Alfreda Illa z rodziną czy przechadzka Alfreda i Klary w miejscowym lesie.
Użycie telefonów wyposażonych w aplikacje społecznościowe wnosi jednak do spektaklu swoisty ładunek. Czytanie hejtu, który wylewa się na Alfreda Illa w wyniku ujawnionych przez Klarę rewelacji sprzed 40 lat, jest doświadczeniem dojmującym. Postać sklepikarza stała nam się już w pewien sposób bliska. Bliska na tyle, by skierowana przeciw niej cyfrowa nagonka przestała być wydarzeniem abstrakcyjnym, a stała się czymś, co dotyka kogoś, kogo znamy. To właśnie Ill stoi w centrum dramatu Dürrenmatta, choć jest bohaterem uprzedmiotowionym i biernym. Akcja toczy się wokół niego i w większości bez jego udziału. Odtwarzający tę postać Roman Kanonik odnalazł w Illu zaskakująco wiele odcieni. To wielka sztuka wyposażyć bohatera w cechy, których nie da się explicite wywieść z lektury tekstu dramatycznego. Nie widzimy więc na scenie tylko cwaniaczka i tchórza, który w młodości popełnił podłość, a teraz próbuje uciec od konsekwencji. Ill w kreacji Kanonika jest wobec siebie brutalnie szczery, uznaje swoją winę, potrafi też dostrzec miałkość swojej - przyjemnej dotąd - egzystencji. Nie łudzi się i nie oszukuje sam siebie. W ten sposób wygrywa, choć przecież kończy marnie. 
Chciałoby się zobaczyć na scenie podobnie wielowymiarową Klarę Zachanassian. Niestety od początku do końca mamy do czynienia wyłącznie z gwiazdą, która wpada na chwilę do Güllen. O wiele ciekawiej wypadły inne kobiece role, zwłaszcza nauczycielka Larissy Aimée Breidbach i niesamowicie efektowna Teresa Schergaut w roli żony Illa.

poniedziałek, 2 lutego 2026

Der fliegende Holländer, Oper Leipzig

Holender Tułacz wystawiony przez Operę w Lipsku to widowisko, które rozmachem i pomysłowością może przyciągnąć do teatru nie tylko miłośników sztuki operowej, ale również widzów, którzy przygodę z dramatem muzycznym dopiero zaczynają. Akt pierwszy może przywodzić na myśl "Moby Dicka". Holender opowieść o swoich przeklętych losach (Die Frist ist um...) snuje bowiem pośród olbrzymich wielorybów. Zdarza się, że te wielkie ssaki giną wyrzucone na brzeg przez ocean. Jak wiadomo, tytułowy bohater znajduje się w zgoła przeciwnej sytuacji. Nie może umrzeć, dopóki nie zostaną odkupione jego winy. Jest to zestawienie pomysłowe, choć na granicy kiczu.

Wyrazistą symbolikę reżyser i scenograf Michiel Dijkema wykorzystuje również w drugim akcie. Tu dziewczęta przędą nici, ale nie wełniane, a jedwabne. Widzimy kokon, z którego wykluwa się barwny motyl. Tym motylem jest Senta, która dojrzewa do miłości i małżeństwa. 

Akt trzeci jest najbardziej widowiskowy. Statek Holendra wpływa ze sceny na widownię. Publiczność nagle znajduje się pod ogromnymi żaglami. Na sali słychać okrzyki zachwytu. Nie brak również innych teatralnych sztuczek. Senta jest wciągana wysoko na reje, z których w końcowej scenie spada. Holender zaś dosłownie obraca się w proch. Znów znajdujemy się na granicy kiczu, ale nie możemy odmówić tej inscenizacji znakomitego przygotowania technicznego oraz wierności partyturze. Nieco słabiej było z aktorską warstwą przedstawienia. Tutaj sztampa mieszała się ze zbyt mocno chyba eksponowanym komizmem.

Muzycznie spektakl powinien zadowolić nawet najbardziej wymagającą publiczność. Można wszakże zgłosić kilka uwag. Ivan Repušić poprowadził uwerturę w nieco zbyt szybkim tempie, które jednak uspokoiło się później i pozwoliło rozkoszować się efektownym dźwiękowym światem muzyki Wagnera. Znakomicie wypadły chóry, zgromadzono również świetnych solistów. Wrażenie robiła zwłaszcza para protagonistów. Zarówno Egils Silins (Holender), jak i Ingela Brimberg (Senta) to śpiewacy, którzy lwią część kariery mają już za sobą, ale wciąż udowadniają, że są mistrzami swojego fachu. Silins jest Holendrem pierwszorzędnym, doskonale brzmiącym i jeśli coś można zarzucić jego roli to chyba wyłącznie zbytnią posągowość w warstwie aktorskiej. Ingela Brimberg przeciwnie, jest bardzo żywiołowa, do tego zachwyca świeżością głosu, choć najwyższe dźwięki skali są u niej nieco wykrzyczane. Tej dwójce świetnie sekunduje Erik - Brendan Gunnell, tenor bardzo szlachetnie brzmiący, pewny i elegancki. Piękną basową barwę zaprezentował Randall Jakobsh, śpiewał on jednak frazą mało kojarzącą się z Wagnerem, bardziej sprawdzającą się raczej w repertuarze buffo. 

 

30.01.2026 | 19:30 | Opernhaus

niedziela, 1 lutego 2026

Tydzień kina niemieckiego

W tym roku udało mi się obejrzeć dwa filmy, dla których wspólnym mianownikiem było osadzenie akcji w małym Heimacie, gdzieś na głębokiej niemieckiej prowincji. Zarówno tytułowa fryzyjska wysepka Amrum, jak i będąca miejscem akcji "Wpatrując się w słońce" wieś gdzieś w regionie Altmark, są miejscem posiadającym niezwykły czar, zamieszkiwanym przez dość surowych ludzi, którym owej surowości dodaje posługiwanie się dialektami dalekimi od książkowej niemczyzny. Im dalej możemy się cofnąć w czasie, tym oczywiście robi się surowiej. Największe wrażenie robi więc środkowoniemiecka wieś z okresu I wojny światowej. Amrum końca II wojny też ma swój egzotyczny urok.
Na "genius loci" nie da się wszakże oprzeć całości akcji. I choć "Amrum" może pochwalić się bardziej zwartym scenariuszem, to jednak większe wrażenie robi powolna, kontemplacyjna wręcz narracja "Wpatrując się w słońce". Film ten oglądamy niejako oczami kilku dziewczynek, które dorastały w Altmarku w różnych okresach od 1914 po dzień dzisiejszy. Reżyserce, Maschy Schilinski, udaje się przekonująco oddać specyfikę każdego z okresów. Szczególnie mocno oddziałują obrazy ze schyłku epoki wilhelmińskiej oraz z czasów NRD. Wszechobecna w tym filmie jest śmierć, która przychodzi po ludzi w każdym wieku i jest niejako nieodłącznym "elementem krajobrazu". Jej wszechobecność nie zmienia faktu, że film Schilinsky jest przepiękną afirmacją życia.
"Amrum" nie niesie już tak potężnego ładunku emocjonalnego. Jest nieco polukrowanym wspomnieniem chłopca, który w ostatnich dniach wojny przechodzi swoisty kryzys związany z upadkiem autorytetu dorosłych, w tym przypadku głównie matki - gorliwej nazistki oraz swojego mentora z Hitlerjugend. Irytująca bywa naiwność tego dziecka i bliska ckliwości fabuła. Wielkim plusem są zaś zdjęcia i pieczołowicie zrekonstruowane mikrouniwersum wysepki wiosną 1945.

sobota, 24 stycznia 2026

Baśń dla wkur...onych, Teatr Nowy w Poznaniu

Wchodzimy na widownię i od razu wiadomo, gdzie się znaleźliśmy - w d...pie. Scenografia przedstawia bowiem wnętrze końcowego odcinka jelita grubego, zaś z tyłu sceny, w jej centrum widzimy otwór. Po spektaklu rodzi się pytanie, czy to wynik tak daleko posuniętej przewrotności reżysera, który wiedział, z jakiej proweniencji tekstem pracuje.

Zaczyna się jak standup, nawet śmieszny, ale bawiący w najprostszy i najpłytszy zarazem sposób: wulgaryzmami i odwołaniami do fekaliów. Potem akcja grzęźnie w strumieniu świadomości bohaterów wypełnionym refleksjami na temat codzienności, imitującymi niekiedy intelektualne wyrafinowanie, ale w rzeczywistości niewiele widzowi przekazującymi. Rozumiem, że w czwórce postaci, szarych nieudaczniczek i nieudaczników w średnim wieku widz ma odnaleźć siebie. Ale to, co dociera do nas ze sceny, dojrzały widz doskonale wie. Potem mamy (któryż to już raz w teatrze!) rozmowę ze sztuczną inteligencją, a na końcu jakiś rytuał przejścia (oczywiście poprzez otwór odbytniczy) przenoszący nas w klimaty barwnych witkacowskich halucynacji albo w universum filmów s-f pokroju "Avatara". 

Zadziwiające, że świetną grę pięciorga aktorów (czwórkę ludzi uzupełnia Jacuś - wewnętrzne dziecko jednego z protagonistów), znakomitą scenografię i fenomenalną wręcz reżyserię świateł i animacji zmarnowano na tak słaby tekst. Choć w trakcie spektaklu przechodziłem męki, wyszedłem z teatru pełen podziwu dla scenicznego warsztatu całego zespołu. Życzę im, by te wspaniałe możliwości mogli zaprezentować w połączeniu z lepszym materiałem dramatycznym.

 

Baśń dla wkur...onych

reż. Piotr Ratajczak

Scenografia:

Marcin Chlanda

Kostiumy:

Marcin Chlanda

Muzyka:

Anna Stela

Choreografia:

Arkadiusz Buszko

Video:

Marcin Chlanda

Reżyseria światła:

Marcin Chlanda

Asystent reżysera:

Józef Piechowiak, Marta Mirska

 

 

środa, 14 stycznia 2026

Solaris, Teatr Polski we Wrocławiu

Teatr Polski zaproponował widzom wierną tekstowi adaptację powieści Stanisława Lema. Czytelnik nie powinien być zaskoczony tym, co dzieje się na scenie. A jednak spektaklowi Michała Zdunika doskwiera jeden poważny brak. Mamy Kelvina, Harey, Snauta i innych, ale realizatorom zapodział się gdzieś protagonista równie ważny - ocean. To przecież ten twór stanowił przedmiot zainteresowania wszystkich mieszkańców stacji na Solaris, to z nim próbowano nawiązać kontakt, to w nim doszukiwano się ukrytego sensu i nieznanej formy inteligencji. Umykają tym samym filozoficzne pytania o naszą wyjątkowość we wszechświecie i o to, czy rzeczywiście jesteśmy "koroną stworzenia". Oglądając wrocławską adaptację miałem wrażenie, że chodzi w niej wyłącznie o usunięcie ze stacji "nieoczekiwanych gości" - wytworów umysłu Kelvina, Snauta czy Sartoriusa. Zaprzepaszczona została więc głębia tekstu Lema.

Nie mogłem oprzeć się również wrażeniu, że uszyto ten spektakl grubą fastrygą. Niemal wszystko na scenie toczy się tak, że trudno skupić uwagę na bohaterach, tym, co w danym momencie dzieje się między nimi. Trudno wyczuć puls tego przedstawienia i dostroić się do jego tempa. Nie pomagają w tym pomysły aktorskie, zwłaszcza na postaci Harey i Snauta. Nerwowość na granicy histerii, a w przypadku byłej dziewczyny Kelvina dodatkowo dziwna mechaniczność to patent zbyt prosty, by mógł przekonać widza. Doszyte do tekstu Lema wstawki z poezją Ginczanki, Baczyńskiego czy Tetmajera były pomysłem ciekawym, ale ostatecznie nie wzmocniły przekazu oferowanego przez wrocławski zespół.

Tytułowa planeta w powieści Lema krążyła wokół układu dwóch słońc emitujących światło o różnych widmach. Istniał dzień błękitny i dzień pomarańczowy. Załoga stacji musiała dostroić się to tego nietypowego z ziemskiego punktu widzenia cyklu. Dziwne, że twórcy nie wykorzystali Lemowskiego pomysłu w inscenizacji. Tu przecież otwierało się wielkie pole do popisu w dziedzinie scenicznego oświetlenia. Tymczasem operowanie światłem jest jednym z najmniej efektowych aspektów wrocławskiej "Solaris". Zdarzało się wręcz, że aktorzy ginęli w niedoświetlonych połaciach sceny, co raczej nie było zamysłem reżysersko-scenograficznym, lecz zwykłą niedbałością.

Dużym atutem "Solaris" na Świebodzkim jest za to muzyka. Chorał do greckich tekstów Pseudo Dionizego Areopagity znakomicie wykonany, ciekawie zinstrumentowany harmonijnie łączył się z klimatem wyludnionej stacji kosmicznej zagubionej gdzieś na planecie pokrytej olbrzymim oceanem plazmy.

 

    adaptacja i dramaturgia – Ewa Mikuła
    reżyser – Michał Zdunik
    scenografia – Aleksandra Reda
    kostiumy – Marta Kopańska
    muzyka – Zuzanna Falkowska
    choreografia – Monika Szpunar i Karolina Graca
    reżyseria światła – Ewa Garniec
    wideo – Izumi Yoshida
    asystentka reżysera i obsługa thereminvoksu – Klementyna Umer

 

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Keiichiro Hirano, Pewien mężczyzna, Warszawa 2022 [wyd. Czytelnik]

Bardzo ciekawie skonstruowana powieść. Właściwie szkatułkowa fabuła. Na pierwszym planie mamy prawnika Kido. Na drugim Makoto Harę, w którego sprawie Kido prowadzi dochodzenie. Obu zaś łączy stygmatyzacja. Jak przezwyciężyć to niechciane i niezawinione naznaczenie? Hara, napiętnowany jako syn mordercy, decyduje się na zmianę tożsamości. Kido, prześladowany z powodu koreańskiego pochodzenia, fantazjuje o takiej zamianie. Jego myśli krążą wokół podobnych sytuacji, a nawet tropów literackich, wśród których odnajdziemy motywy z "Przemian" Owidiusza.
Samo dochodzenie, odkrywanie prawdziwej tożsamości Makoto Hary, jest znakomitym zabiegiem mającym utrzymać zaciekawienie i uwagę czytelnika. Te wątki autor przeplata scenkami rodzajowymi z życia japońskiej rodziny -  przechodzącego kryzys małżeństwa z małym dzieckiem. Nie brak również refleksji oscylujących wokół tematu tożsamości. 
Otrzymujemy przy tym bardzo ciekawy obraz współczesnej Japonii. Poznajemy specyfikę tamtejszej ksenofobii. Wydaje się, że nasz polski język nienawiści jest jednak w miarę łagodny, jeśli zestawić go z antykoreańskimi wystąpieniami opisanymi w powieści Hirano. To marna pociecha dla polskiego wrażliwego czytelnika. Zauważmy jednak, że przenikliwe pisarskie spojrzenie i możliwość dokonania odniesień do własnego otoczenia może być źródłem dużej czytelniczej przyjemności. 

@@@@@@@@@@@@@@@@@@@

wynotowane cytaty:

- Stygmat, czyli co właściwie?
- Jakaś cecha, która staje się podstawą do dyskryminacji, wyrażania niechęci czy ataków. Samo w sobie nie musi to być nic złego, tylko na przykład jakiś znak szczególny na twarzy. Może to być też przeszłość kryminalna czy wychowanie.
- A, o to chodzi.
- Tak. Kładzie się nacisk tylko na to, a ignoruje całą resztę cech człowieka. A przecież ludzie są z natury wielowymiarowi. [s. 142]


To samo z prawnikami czy Japończykami. Nie mogę znieść tego, że tożsamość człowieka sprowadzana jest do jednego tylko aspektu i staje się przedmiotem manipulacji w rękach innych ludzi. [s. 143]


- Wszyscy zanadto cenią sobie ten świat. To takie myślenie życzeniowe. Dlatego obwiniają innych, gdy są nieszczęśliwi. I nie czerpią żadnej satysfakcji z własnego życia. [s. 144]

środa, 7 stycznia 2026

Stanisław Lem, Solaris

Wreszcie przeczytałem i właściwie cieszę się, że dopiero teraz, kiedy jestem po lekturach różnych książek przybliżających laikom podstawy kosmologii czy fizyki molekularnej. Pozwala to docenić fachowe wykorzystywanie przez zdobyczy nauki dostępnych w okresie pisania książki. 

Pomimo archaizmów jest to wciąż fascynująca i nadal mocno futurystyczna opowieść, w której spekulacje na temat możliwych w przyszłości kontaktów z innymi cywilizacjami są tak samo istotne jak refleksja nad człowieczeństwem i tym, co wyróżnia nas spośród innych istot. 

Jest to tak dobrze i sprawnie napisane, że nawet to, co dla wielu czytelników jest zmorą, w powieści Lema wciąga. Mam tu na myśli mistrzowskie opisy całkowicie fantastycznych oceanicznych tworów. Pisarz robi to tak, że można je sobie wyobrazić, a czytanie tych wielostronicowych zawiłych tekstów w ogóle nie nudzi.

Czego mi zabrakło w "Solaris"? Pewien niedosyt budzi otwarte zakończenie. Spodziewałem się raczej zupełnej klęski Kelvina. Jak potoczą się jego losy, w zasadzie nie wiadomo. Z pewnością jednak takie zakończenie bardziej pasuje do wymowy całego dzieła, z którego wynika, że nasze oczekiwania wobec kontaktu z innymi cywilizacjami rozminą się z rzeczywistością. Nie bądźmy zatem niczego pewni. 

czwartek, 1 stycznia 2026

Jerzy Pilch, Wiele demonów, Warszawa 2013 [wyd. Wielka Litera]

Lubię takie zbiegi okoliczności, które łączą miejsce akcji z miejscem czytania. Nie czytałem wprawdzie "Wielu demonów" w Wiśle (w powieści przechrzczonej na Sigłę), ale niedaleko, niedaleko, w sąsiedztwie ewangelickich kościołów, pastorówek i jedynego w Polsce pomnika Marcina Lutra.

Ten luterański anturaż nadaje oczywiście powieści Jerzego Pilcha swoistego kolorytu. Autor portretuje swoją rodzinną miejscowość jako przestrzeń głęboko przenikniętą tradycjami i obyczajami religijnymi. Dla katolików nieco egzotyczną i tajemniczą jak - takie mi się nasuwa skojarzenie - Drohobycz Brunona Schulza. Wszystko doprawione jest humorem bardzo pokrewnym czeskiemu, który wpleść można nawet w rozmowy o sprawach najtrudniejszych. Przykładem może być brawurowo skonstruowany dialog Wzmożkowej i Fryca Moitschka zamykający powieść i jednocześnie rozwiązujący zagadkę zniknięcia Oli Mrakówny, która wydaje się głównym wątkiem książki Pilcha. 

Do tego cała galeria oryginałów: naczelnik poczty - lokalny patriarcha, jego żona - starka Zuzka (archetyp śląskiej matrony utrzymującej w porządku cały siglański mikroświat), pastor Mrak i jego zbuntowane córki, żulik Józek Lumentiger, wspomniana Wzmożkowa (kapitalnie zarysowany wątek toksycznego matkowania synowi - poecie Juliuszowi).

Takiej bezwzględnej, ironicznej, ale zarazem ciepłej wiwisekcji lokalnej społeczności mógł dokonać tylko wywodzący się z niej pisarz. "Wiele demonów" to z pewnością jedna z najważniejszych pozycji w dorobku Jerzego Pilcha i jednocześnie powieść, która może spodobać się szerokiemu gronu czytelników.

%%%%%%%%%%%

Wynotowane cytaty

Wszystkie przebudzenia straszne. Straszne, bo do śmierci, do rzeczywistości, w której śmierć istnieje. Przebudzenia coraz potworniejsze, bo do życia, które sie kończy, koniec coraz bliższy; tak bliski, że reszta pobytu nie ma znaczenia, w najlepszym razie jest obserwowaniem wtasnego spadania. Jesteś człowiecze kamykiem ciśnietym w czeluść, gap się na siebie, nic wiecej. Jedno, co możesz zrobić, to w jako tako ułożonych słowach zdawać sprawę z lotu. Z końcówki lotu, bo długo uważałeś, że nie lecisz, nieświadomość była słodka - cóż z tego - minęła. [s. 164]

Swoją drogą: dlaczego Pan Bóg mówi niewyraźnie? Dlaczego jego ulubionym środkiem wyrazu jest bełkot lub bohomaz? Zwierzęcy wrzask nad doliną coś znaczy? Pękniecia tynku na suficie układaja sie w strzałki? Na Boga! Wymyślcie wreszcie takie bóstwo, żeby działało! Albo przynajmniej mówiło po naszemu. [s. 272]

Intensywność zabija strach. [s. 301]

Gdy się samemu świata nie zostawi, on nas zostawi, a zanim zostawi, skatuje, okaleczy, poniży i do wszelkiego upadku przywiedzie. [s. 314]

Bóg jest mistrzem barw ochronnych. [s. 429]

Wkroczymy w rzeczywistość, która istotnie jest w koncertach i sonatach, odgadniemy hasła, odczytamy szyfry i wszystko się zmieni. Wstąpimy w białe miasta, które są w muzyce, zanurzymy w jej rzeki, siądziemy na jej pociemniałych od upału werandach. Nie będzie to aż tak trudne, może nawet jeden gest starczy? [s. 441]

Żadna zresztą tragedia, życie to jest: raz, dwa, bardzo rzadko: trzy. Przedtem i potem nieobecność na ziemi, czyli śmierć. Po śmierci nie żyjesz, ale zanim się urodzisz, też nie żyjesz. Zdecydowaną większość czasu nie żyjesz, całe wieki nie żyjesz, przez liczne wieczności nie żyjesz... Im więcej nie żyjesz, tym bardziej z nagle ci danym życiem się certolisz, chcesz to nieskończenie krótkie życie za wszelką cenę wydłużyć, a przecież ono nawet pięciokrotnie, nawet dziesięciokrotnie dłuższe dalej będzie śmiesznie krótkie... [ss. 471-472] 

 

 

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...