Ponoć autor zżymał się na porównania z Joyce'm. Trudno jednak uniknąć takich porównań, kiedy jest się Irlandczykiem, pisze się powieść modernistyczną (a może nawet postmodernistyczną), tworząc swoisty pastisz dokonań modernistów (w tym właśnie Joyce'a) i obficie czerpie z innych dzieł. To jedna z tych powieści, w której forma dominuje nad fabułą. Żeby sprawnie poruszać się razem ze Sweenym w koronach drzew i z resztą bohaterów po pubach, gospodach i ulicach Dublina, trzeba dużej wiedzy i znajomości kultury irlandzkiej. Bez tego książka O'Briena może okazać się trudnym labiryntem.
O'Brien w tej szkatułkowej awanturce przygląda się w zasadzie procesowi twórczemu pisarza. Na samym początku stawia sprawę uczciwie: wszystko już zostało napisane. Pozostają kompilacje, reinterpretacje, gry i zabawy. Z tego typu literaturą mam ten problem, że bawiła mnie i ciekawiła dawno temu, kiedy np. lektura Ulissesa odkrywała przede mną, jak można wspaniale rozwalić epicki gatunek. Teraz nie wystarczy dezynwoltura, potrzebny jest jeszcze ciężar myślowy, który pomógłby mi uwierzyć, że nie nie mam do czynienia z literaturą, która zajmuje się sama sobą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz