poniedziałek, 25 listopada 2024

Michael Crummey, Sweetland

Kawałek bardzo przyjemnej prozy, w której krzyżują się dwa motywy. Bardziej wyeksponowany jest wątek dotyczący odchodzącego świata i "ostatniego Mohikanina", który nie może się z tą sytuacją pogodzić. Drugi to chętnie podejmowany temat "Robinsona" jednostki zdanej wyłącznie na własne siły. Moses Sweetland jest podobny do takich postaci jak Santiago z hemingwayowskiego "Starego człowieka i morza", tytułowy Szaman Egona Bondy'ego, czy bezimienna kobieta ze wznowionej niedawno powieści "Ściana" Marlen Haushofer. Z tą ostatnią wiąże go właśnie owa robinsonowska walka o przetrwanie, a różni fakt, że samotny los był wynikiem jego własnego wyboru. Wyboru tragicznego w skutkach, bo surowe warunki wybrzeży Nowej Fundlandii nie pozwalają Mosesowi na żadną słabość. 

Owa wyjątkowość miejsca, tak malowniczo przeniesiona na karty powieści, jest zdecydowanie największą zaletą książki Crummeya. Nie znajdziemy tu wszakże niczego, czego nie znalibyśmy już z innych dokonań literatury "morskiej". Autor idzie utartymi ścieżkami i nie schodzi z nich, co w tym przypadku jest zaletą, bo miło jest przecież od czasu do czasu poczuć po otwarciu książki powiew oceanicznej bryzy, słony smak sztormowego powietrza czy mróz północnych zim.

czwartek, 21 listopada 2024

Edouard Louis, Koniec z Eddym

Swoją debiutancką książkę Edouard Louis zadedykował Didierowi Eribonowi. Nie sposób nie dostrzec podobieństw w życiorysach obu autorów i w historiach opowiedzianych w "Koniec z Eddym" oraz "Powrocie do Reims". Obaj z północy Francji, urodzeni w biednych, robotniczych rodzinach, odstający od rodziny i otoczenia. Obaj zdołali z sukcesem zawalczyć o siebie. Można zauważyć, że książka Eribona jest znacznie bardziej wielopłaszczyznowa, skupia się dość wnikliwie na historii rodzinnej, stosunkach społecznych, polityce. Louis tymczasem pisze prawie wyłącznie o swojej homoseksualności. Można z tego uczynić zarzut, ale można również dostrzec, że "Powrót do Reims" jest pisany z pełnej życiowego doświadczenia perspektywy dojrzałego mężczyzny, zaś "Koniec z Eddym" to dzieło dwudziestolatka. 

Największą zaletą książki Louisa jest zdecydowanie szczerość i prostota wypowiedzi. Docenić trzeba odwagę, z którą autor odsłania bolesne i intymne szczegóły swojego dorastania. Pierwszym odruchem ofiary przemocy byłyby zapewne wstyd i chęć ukrycia traumatycznych przeżyć, tymczasem Louis spowiada się przed czytelnikiem jasnym i czytelnym tekstem niepozostawiającym żadnych dwuznaczności. 

Jako rozprawa z rodziną, przeszłością i okresem dojrzewania "Koniec z Eddym" ustawia się na tej samej półce co "Dojrzewanie błazna" Gardella, "Włoskie szpilki" Tulli, czy nawet - toutes proportions gardées - "Wymazywanie. Rozpad" Bernharda.

środa, 20 listopada 2024

Vlastimil Třešňák, To, co najistotniejsze o panu Moritzu

Niewielka książeczka. W z pozoru nieciekawy opis wypełnionej rytuałami (poranne obtłukiwanie jajka na twardo o maszynę do pisania) codzienności dwóch artystów na emigracji autor wplata wciągający, choć bynajmniej nie sensacyjny wątek quasi detektywistyczny. Jest i wątek uczuciowy, pojawia się bowiem w życiu obu panów pewna atrakcyjna brunetka.
Dziełko Třešňáka (pisarza, ale i muzyka) jest na wielu płaszczyznach polifoniczne Dotyczy to wspomnianych wyżej wątków fabularnych, które przeplatają się i przecinają co jakiś czas. To samo można powiedzieć o dialogach. Bohaterowie rozmawiają prowadząc niezależne "linie melodyczne". Pytanie Moritza może napotkać odpowiedź Praga po dłuższej chwili. W międzyczasie obaj równolegle monologują na różne tematy.
Pełno tu błyskotliwych konceptów narracyjnych i językowych. Imaginacje bohaterów na chwilę stają się rzeczywistością. Kiedy jednak pan Prag za bardzo buja w obłokach, pan Moritz bezceremonialnie potrafi sprowadzić go na ziemię. Zakończenie wydaje się otwarte i zaprasza czytelnika do własnej interpretacji. Warto spróbować!

niedziela, 17 listopada 2024

Jewgienij Wodołazkin, Laur, Poznań 2015 [wyd. Zysk i S-ka]



"Rosyjski Umberto Eco"? Nie, raczej opowieść o Stirlitzu w średniowiecznym anturażu. Tylko zamiast szpiega mamy jurodiwego i uzdrowiciela w jednym. Ten, podobnie jak legendarny bohater "Siedemnastu mgnień wiosny", wychodzi z wszelkich przygód bez szwanku, zaś mądrości pojawiające się na kartach powieści głębią swą przypominają pointy popularnych niegdyś dowcipów o Stirlitzu. Oto próbka:

W średniowieczu nie znano papierowych pieniędzy.

Pod koniec XV wieku Austriacy jeszcze dokładnie nie wiedzieli, czy różnią się od Niemców, a jeśli tak, to czym.

Jechali szybko. Nie dlatego, że gdzieś się spieszyli (Arsenij jechał w wieczność, więc dokąd miałby się śpieszyć?)

Docierając do Oświęcimia (akcja toczy się w XV w.) jeden z bohaterów wygłasza takie słowa:

Zaufaj mi, Arseniju, po upływie stuleci to miejsce budzić będzie grozę. Lecz jej ciężar czuje się już teraz.

Nagromadzenie tego typu złotych myśli i natłok różnego rodzaju anachronizmów czyni z lektury doświadczenie dość przykre. Do tego dochodzi kiepskie tłumaczenie i redakcja (zakłócające logikę opowieści błędy w datach!).

Książka zdobyła w Rosji najważniejsze nagrody literackie...

11.11.2024 Juhani Karila, Polowanie na małego szczupaka

Autor inspirował się rzekomo "Nie przed zachodem słońca" Johanny Sinisalo. Oto jak z inspiracji kiepską literaturą fantasy może powstać naprawdę wybitna powieść, którą można śmiało umieścić w nurcie realizmu magicznego.
Chyłki, warwasy, wodniki pojawiają się niemal niepostrzeżenie, ale i bardzo naturalnie w opisywanym przez Karilę krajobrazie wschodniej Laponii. Autor pisze na samym wstępie, że w tym zakątku Finlandii nie ma nic ciekawego, po czym zabiera nas w czytelniczą podróż, od której trudno się oderwać.
Kapelusze z głów przed tłumaczem. Sebastian Musielak, by oddać dialekt mieszkańców owej nękanej przez komary, prawie odludnej krainy, zaproponował dość syntetyczny, ale wiarygodny i dobrze brzmiący język, czerpiący wprawdzie z polskich gwar, ale nieosadzony w całości w żadnej z nich.
Świetnie się czyta i chce się jechać do Laponii.

Jacek Malczewski / Lech Majewski, Muzeum Narodowe w Poznaniu

Wideoarty Majewskiego inspirowane twórczością Malczewskiego można podzielić na odnoszące się ściśle do malarstwa młodopolskiego artysty (pierwsze 8 filmów) oraz inspirowane Malczewskim, ale osadzone w teraźniejszości (4 ostatnie). Pomiędzy nimi jest film, który nazwać można "przejściowym". To swoista alegoria historii Polski w XX w. Widzimy biesiadę wśród pól, zaraz po żniwach. Tę sielankową scenę zakłóca przybycie hitlerowców, którzy ucztującym urządzają krwawą łaźnię. Wyzwolenie przez czerwonoarmistów wcale nie przynosi ulgi i spokoju po wojennej hekatombie. Piękne kadry i konieczne uproszczenia dają niemalże efekt kiczu. Wydaje się jednak, że cezura w postaci tego wideoartu była nieodzowna jako przejście pomiędzy światami tak odległymi od siebie jak Polska przełomu XIX i XX w. oraz Polska współczesna.
W tej pierwszej życie codzienne wypełniają symbole religijne i historyczne. Jest popowstaniowa żałoba, melancholia, Tanatos, kościelne proporce. Siłą rzeczy owo swoiste katolicko-narodowe imaginarium znikło z codziennego widoku dzisiejszym Polakom. Jest jednak obecne "podskórnie", zapisane w polskim DNA. Niełatwo mu jednak przebić się do świadomości dzisiejszych mieszkańców ziem między Odrą a Bugiem. Czasem jakiś zniekształcony odprysk dawnej symboliki wydostaje się z tych odmętów i trafia np. na tatuaż.
Klamrą kompozycyjną jest nawiązanie do obrazów "Na etapie (Aresztanci)" i "Śmierć na etapie". W wideoarcie otwierającym wystawę mamy próbę wiernego przeniesienia scen z płócien na ekran. W filmie zamykającym cykl widzimy wyobrażenie tej samej sceny z udziałem Polaków z trzeciej dekady XXI wieku. Dawni Polacy sami stanowią "obrazek", współcześni nam zaś potrzebują obrazów, zatopieni w urządzeniach elektronicznych nieustannie przesuwają przed oczami jakieś obrazy.
Ponoć tym zatopionym w świecie cyfrowym ludziom trudno skupić dłużej uwagę na jednym obiekcie. Obserwowałem grupę odwiedzającą wystawę w Muzeum Narodowym, w której zdecydowaną większość stanowili nastolatkowie. Wszyscy w wielkim skupieniu kontemplowali niekrótkie przecież wideoarty Majewskiego. Dobra sztuka potrafi więc skutecznie przykuć uwagę.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/4/4a/Malczewski_Prisoners.jpg 

 

niedziela, 10 listopada 2024

Matka, 8.11.2024, Teatr Nowy w Poznaniu

na podst. Witkacego, reż. Radek Stępień

Bardzo ciekawa plastycznie inscenizacja. W pierwszej części mamy mieszczańskie wnętrze, w którym rezyduje tytułowa matka z synem i służącą. Obrazeczek rodem z dwudziestolecia międzywojennego, który jednak (zwłaszcza pod względem analizy relacji rodzinnych) zachowuje dużą aktualność. Jesteśmy świadkami próby sił matka - syn. W tym toksycznym układzie bohaterowie prezentują nam czytelny repertuar wzajemnych manipulacji. Nie sposób sprzyjać synowi - niedojrzałemu, rozpieszczonemu i nieudolnie pretendującemu do roli patris familias bubkowi (Leon to trochę taki prototyp Artura z "Tanga"). Trudno też żywić sympatię do matki płynnie przechodzącej od pochwał i zachwytów nad jedynakiem do bezlitosnej krytyki i torpedowania jakichkolwiek inicjatyw syna.

Druga odsłona jest grana na prawie pustej scenie. Tylko projekcje rzucane na ściany wspomagają akcję dramatu. To pomysł inscenizacyjny dobrze "wymyślony", wszak trafiamy na narkotykową orgię. W odurzeniu można nawet przegapić (i to o dwa lata) śmierć własnej matki.

Synowsko-matczyne układy w sposób niejako "naturalny" powinny rozwiązywać się z chwilą odejścia rodzicielki. Wiemy jednak, że matka potrafi oddziaływać na potomka nawet wtedy, kiedy nie ma jej już na tym padole, zaś syn może szukać "kontynuacji" matki w innych kobietach. Te znane, nieustannie odtwarzane przez ludzi mechanizmy zgrabnie wplatają się w treść sztuki.

Spektakl ogląda się bardzo dobrze. Pomimo, że dużo w nim monologowania, mało akcji, to jednak zachowuje on dobrą proporcję pomiędzy "dzianiem się" a "ekspozycją problematyki".

Jest wreszcie dobre aktorstwo. Antonina Choroszy pokazuje bardzo szeroką paletę środków wyrazu, choć świadomie, odrzuca jaskrawości. Można, uciekając się do terminologii muzycznej, powiedzieć, że zrezygnowano tutaj z emocjonalnej dynamiki forte i fortissimo. Dzięki temu właśnie udało się wykreować postać silną, choć przecież zmęczoną i niepozbawioną ułomności. Te zaś barwy, których nie ma w matce, możemy odnaleźć w synu. Bohater kreowany przez Tomasza Mycana porusza się niejako w innych rejestrach (więcej tu młodzieńczej egzaltacji, jest w dobrych proporcjach płaczliwość i rozpacz). Te dwie postaci, tak odmiennie zbudowane, dobrze współbrzmią.

Kolejny niezły spektakl "Nowego".

środa, 6 listopada 2024

Barbara Demick, Światu nie mamy czego zazdrościć

Otwiera oczy na KRLD. Wiadomo, że parę obiegowych stwierdzeń funkcjonuje w świadomości przeciętnego zjadacza chleba. Że głód, że powszechna inwigilacja, że wieś potiomkinowska w Pjongjangu, że kilku szczęściarzom udało się uciec.
Demick opiera swoje reportaże przede wszystkim na relacjach uciekinierów, bo to źródła najwiarygodniejsze z dostępnych. Mnie uderzyła rzecz dosyć oczywista, na którą jednak sam nie wpadłem - długie przerwy w dostawach prądu. Korea to kraj pogrążony w ciemnościach.
Rażą pewne niekonsekwencje. Bieda, jedzą korę, trawę, korzonki jakieś, znikły żaby i psy (wyjedzono) i w tych okolicznościach jedna z bohaterek decyduje się w końcu zabrać się za spekulację. Nie wiadomo skąd bierze świnie do hodowania (trzeba je wszak karmić!), podobnie rzecz ma się z 200 kg workami ryżu, który i przed okresem głodu był rarytasem...

poniedziałek, 4 listopada 2024

Drezno




Stary katolicki cmentarz w Dreźnie odwiedzany w Dzień Zaduszny nijak nie przypomina polskich cmentarzy, choć jego "mieszkańcy" to wszak w dużej mierze osoby polskiego pochodzenia. O tym, że na zachodnich nekropoliach w takie dni nie odnajdziemy klimatu polskich cmentarzy, pisał choćby Bobkowski w "Szkicach piórkiem" odnosząc się do swoich spacerów po Pere Lachaise.
Wybraliśmy się tu, bo mieliśmy blisko z hotelu, a wśród pochowanych wiele ciekawych osób. Wśród nich Carl Maria von Weber, Schlegel, GB Casanova (brat tego sławnego), Jan Dismas Zelenka, rzeźbiarz Permoser, a z naszych Kazimierz Brodziński.

*

Kulinarnie udało nam się, bo trafiliśmy do czegoś w rodzaju gospody. Filety z matiasa (Niemcy potrafią je zrobić), ziemniaczki smażone i świetna sałatka z ogórków. Panie obsługujące w typie maskulinistyczno-NRDowskim, przy tym miłe i pełne uroku.

*

Wieczór to "Salome" w Semperoper. B. po raz pierwszy stwierdził, że podobało mu się w operze (choć już byliśmy kiedyś na Salome w Berlinie).
Inscenizacja Michaela Schulza jest jakoś tam pomysłowa. Salome jest małą dziewczynką, a scena to pokój pełen zabawek. Niektóre z nich śpiewają (Narraboth to miś pluszowy, a paź to Pierrot). Głowę Jochanaana nasza dziewczynka otrzymuje zapakowaną jak prezent, a jej odpakowywanie podczas końcowej sceny to najmocniejszy dramaturgiczny moment i pomysł inscenizacyjny.
Minusem są dziwne pomysły z uruchamianiem całej maszynerii scenicznej, scena w górę, scena w dół, do tyłu, do przodu itp. Duet z Jochanaanem Salome śpiewa gdzieś z głębi sceny, przez co jej głos znika i tu przechodzimy do najsłabszego punktu spektaklu czyli pracy dyrygenta.

Widząc, co knuje reżyser, Juraj Valčuha powinien tak poprowadzić orkiestrę, by śpiewacy byli słyszalni. Ponadto partytura Straussa aż się skrzy od różnych dźwiękowych błyskotek i niuansów. Niestety wysłyszeć tego się nie dało, bo pomysłem naszego kapelmistrza było łubudu. Grajta chopaki, ino głośno! Szkoda tej partytury na tak bezmyślne prowadzenie orkiestry.

Całość ratowali soliści. Tytułową bohaterkę śpiewała dysponująca mocnym głosem Amanda Majeski. Najwyższe dźwięki miała trochę wykrzyczane i off-key, ale całość mogła się podobać. Show zdecydowanie ukradł Thomas Blondelle jako Herod. Ten facet to wulkan energii, niezły aktor i całkiem dobry śpiewak. Wokalnie jednak najbardziej podobał mi się Markus Marquardt jako Jochanaan. Zrobił co do niego należało, czyli wszedł, huknął tyle razy ile trzeba (dźwięcznym, szlachetnie brzmiącym bas-barytonem) i zszedł. Herodiada to chyba niezbyt odpowiednia rola dla Evelyn Herlitzius, ale i tak miło było zobaczyć tę legendarną śpiewaczkę zarówno na scenie, jak i później przypadkiem na ulicy.

*

Odwiedzony przez nas dzień wcześniej cmentarz umieścił na jednym ze swoich płócien Caspar David Friedrich. To znany obraz, a cmentarz dziś przypomina nawet trochę, to co namalował sławny malarz. Na wystawie w Albertinum widzieliśmy także sławnego "Wędrowca" i inne dzieła. Ciekawym zabiegiem było umieszczenie obrazów Friedricha w otoczeniu dzieł współczesnych mu malarzy niemieckich. Pokazuje to olbrzymi przekrój możliwości i stylów panujących w malarstwie niemieckim doby romantyzmu. Mieliśmy tu sceny figuralne jakby wzięte żywcem z renesansu, np. od Rafaella (alegorie Italii i Germanii) aż po śmiałe kolorystycznie propozycje pokrewnych Fredrichowi artystów (Dahl).

*

Obiad zjedliśmy w lokalu, który reklamował się wprawdzie kuchnią regionalną, ale okazał się jakimś melanżem hiszpańsko-marokańskim z kotletami i modrą kapustą. Miło, choć nie tak, jak w tej gospodzie z poprzedniego dnia.

Kiedy byliśmy sierotami

Główny bohater jest detektywem, ale wiadomo od razu, że książka nie będzie kryminałem. Bliżej temu do obyczajowej powieści z czasów wiktoriańskich (choć rzecz toczy się głównie w pierwszej połowie XX w., od schyłku Belle Epoque do przedednia II wojny światowej).

Kto oglądał "Od zmierzchu do świtu" Roberta Rodrigueza przeżył zapewne zaskoczenie, kiedy w pewnym momencie nieoczekiwanie zmienia się konwencja i z obyczajowo-przygodowej historii wpadamy bez zapowiedzi w środek horroru. Podobną niespodziankę szykuje Ishiguro. Tu z narracji pełnej angielskich konwenansów nieoczekiwanie wkraczamy w ponury quasi kafkowski labirynt, który udaje nam się razem z głównym bohaterem po pewnym czasie opuścić, ale i tak zadajemy sobie pytanie: "co to było?"

Kafkowskie klimaty znamy wszak z twórczości tego noblisty. O ile jednak np. w "Niepocieszonym" groteskowa konwencja towarzyszy nam przez cały czas, o tyle w "Kiedy byliśmy sierotami" stanowi zaledwie epizodyczną odmianę. Po co ta odmiana? Tropem może być bezsens wojny, podczas której zawieszone zostają "normalne" reguły współżycia społecznego. Wszak owo kafkowskie zapętlenie następuje w tej powieści, kiedy bohater poszukując rodziców przechodzi przez front walk pomiędzy Japończykami i Chińczykami (lata 30-te w Azji).

Cóż my tu jeszcze mamy? Dość poprawną politycznie (tj. bez nadmiernego atakowania Brytyjczyków) krytykę kolonializmu (angielskie kompanie uzależniały Chińczyków od opium, ale nie brakowało dzielnych i szlachetnych jednostek, które się temu sprzeciwiały). Mamy też - życiowe doświadczenie autora (?) - opis rozdarcia i poszukiwania własnej przynależności u osób związanych z kulturą jednego kraju, a żyjących w innym.

Jakieś to wszystko wygładzone i nie do końca przemawiające do mnie...

@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@

Kazuo Ishiguro, Kiedy byliśmy sierotami, Warszawa 2000 [wyd. Prószyński i S-ka]

— Nos-tal-gicz-ny — powtórzył Akira, jakby to było słowo, którego szukał. Potem powiedział jedno słowo po japońsku, być może właśnie znaczące „nostalgiczny”. — Nos-tal-gicz-ny. Dobrze być
nostalgiczny. Bardzo ważne.
— Naprawdę?
— Ważne. Bardzo ważne. Nostalgiczny. Kiedy człowiek nostalgiczny, on pamięta. Kiedy my mali, poznajemy lepszy świat od ten Świat. Pamiętamy i chcemy, by dobry świat wrócił. Więc bardzo ważne. [s. 275]

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...