wtorek, 29 października 2024

Biesy, Fiodor Dostojewski

Nie jest zapewne odkrywcze, że spostrzeżenia Dostojewskiego na temat Rosji zachowują aktualność. Biorąc pod uwagę ów ironiczny stosunek do społeczeństwa, które tak wnikliwie portretował, można potraktować autora "Biesów" jako prekursora względem takich zjawisk literackich jak Proust czy Musil w "Człowieku bez właściwości". Zwłaszcza w tym ostatnim dziele bezcelowa ruchawka i moralna dekadencja przypomina to, z czym stykamy się na kartach Dostojewskiego.
Autor wyśmiewa rewolucjonistów, tu słusznie nazywanych "nihilistami", bo ich działania zdają się nie mieć pozytywnego programu lub programu w ogóle. Trudno ocenić, czy programem ich jest wyłożona przez Szigalewa doktryna, wedle której należy ludzkość w całości upodlić, radykalnie równać w dół, by potem czynniki kierujące mogły zaprowadzić nowy ład. Dla niektórych - jak Piotr Stiepanowicz Wierchowieński - całym programem jest działanie rozumiane jako spiskowanie. Dokąd ma prowadzić, niekoniecznie wiadomo. Z tego wszystkiego wynika, że najpierw trzeba wywołać chaos, by potem ów chaos w glorii zbawcy opanować.
W wywoływaniu chaosu osiąga dziś Rosja poziom wysoce zaawansowany.
Lepiej byłoby (wtedy i dziś), gdyby jakiś mesjasz wpędził owe tytułowe biesy w stado wieprzów, które potopiłyby się w jeziorze [Mt 8, 28-34]. Niestety na taki obrót spraw nie ma co liczyć, chyba że chce się przeżyć żywot w całkowitym odrealnieniu jak Stiepan Trofimowicz Wierchowieński.
Ta postać porusza mnie chyba najbardziej. A opis jego "ostatniej wędrówki" to literatura najwyższej próby. 

Przez meandry spisków stawroginowsko-wierchowieńskich brnie się nieco ciężej.

***************

Wynotowany Cytat:


Wolność nastąpi wtedy dopiero, gdy już będzie wszystko jedno: żyć czy umierać. [s. 116]

Fiodor Dostojewski, Biesy, Warszawa 2015 [wyd. MG]

poniedziałek, 28 października 2024

Mille Affetti, Bruno de Sá, Wrocław NFM, 27.10.2024

Wykonawcy:

Jarosław Thiel – wiolonczela, prowadzenie
Bruno de Sá – sopran
Wrocławska Orkiestra Barokowa

Jakkolwiek unikam recitali będących mieszanką wyrywków z dzieł różnorakich, znalazłem się jakoś we Wrocławiu w towarzystwie znajomych, którzy myśleli, że sopranista nazywa się Mille Affetti.

Tegoż tysiąca uczuć nieco mi zabrakło, bo choć de Sá warunki wokalne ma wspaniałe, emisję, że "klękajcie narody" i niesłychaną giętkość głosu, to jednak poszczególne interpretacje pozbawione były raczej swoistego nerwu dramatycznego. W utworach sakralnych Exultate Jubilate to jest wszak niepotrzebne, a wręcz nie na miejscu, ale u takiego Cherubiniego czy Carusa chciałoby się wulkanów i emfazy jak u, dajmy na to, Callas.

Tak czy owak, fenomen wokalny i pewnie też anatomiczny. Bo o ile u kontratenorów da się jednak wysłyszeć tę barwę niezbicie dowodzącą po zamknięciu oczu, że do czynienia mamy ze śpiewem męskim, o tyle sopranista taki jak Bruno Bruno de Sá byłby w stanie wyprowadzić w pole każdego słuchacza.

Wspaniale, że NFM wiąż zaprasza gwiazdy tego formatu.

Niewolnica Isaura, Teatr im. Szaniawskiego Wałbrzych, Queer Fest Poznań

tekst: Agnieszka Wolny-Hamkało, Martyna Majewska

reżyseria: Martyna Majewska

scenografia i kostiumy: Krystian Szymczak

muzyka: Dawid Majewski

choreografia: Madlen house of Revlon

wideo: Konrad Śniady

obsada: Angelika Cegielska, Mateusz Flis, Mikołaj Krzeszowiec, Ireneusz Mosio, Wojciech Świeściak

 

Spektakl w formule Biblioteki Narodowej, czyli tekst dzieła plus opracowanie. Poszczególne "odcinki" autorki inscenizacji przeplatają tu komentarzami wygłaszanymi w formie dialogów między aktorami.

Czasami jest śmiesznie, ale przeważnie przaśnie. Nie wyważają otwartych drzwi analizą prowadzącą do konkluzji, że "Isaura" jest o męskiej przemocy, dominacji, patriachacie (bo że o piekle niewolnictwa to jakby oczywiste). Mogliśmy tego nie zauważyć w latach 80-tych, kiedy serial leciał na telewizorach "Rubin". Ale po 40 latach trudno uwierzyć, by ktoś nie zetknął się z pojęciem machismo.

Ogląda się to przyjemnie, narracja nie męczy, ale też niespecjalnie angażuje i nie siedzi w głowie po wyjściu z teatru. 

Nawet niezłe aktorstwo ze wskazaniem na Angelikę Cegielską i Ireneusza Mosio (Isaura - brawo za voguing!) i Mikołaja Krzeszowca. Ten ostatni zwłaszcza, pomimo niepozornych warunków, ma swoistą plastykę i naturalność, która tego typu aktorom pozwala zagrać każdą rolę.

poniedziałek, 21 października 2024

2024-10-19 Giecz-Poznań

 W Gieczu duże szczęście nas spotkało, bo przy kościele św. Mikołaja "dyżurowała" harcerka, która otwierała ciekawskim drzwi, a nawet podziemia, w których widać było relikty XI-wiecznego kościoła. Grodziszczko ciche i spokojne, na grobli jesień, a wewnątrz grodu jakieś prace ogrodowo-porządkowe. Chodzimy wewnątrz przez nikogo nie niepokojeni. W Gieczu wszystko po staremu. Przy "tylnym" wyjściu wita turystów stary obalony pień, a wokół grodu na rowerach śmiga dzieciarnia i wielkopolskim zwyczajem pozdrawia nieznajomych prastarym"dzień dobry".
Na drodze do Gułtów w lasku z jezdni widać wielkie uschnięte prawdziwki. Park pałacowy mieni się kolorami. Piękne jesienne słońce dodaje temu uroku.
W zagajniku na drodze do Klonów jemy śniadanie. Atakuje mnie - po raz ostatni chyba tego roku - osa. W Klonach oglądamy dwór i park. Ktoś tam podjechał pod sam budynek. Nowy właściciel? Nie przegania nas.
Polną drogą zmierzamy do Czerlejna. Do kościoła nie udaje nam się zajrzeć. Kręcimy się dookoła i podziwiamy sąsiedni pałac myśliwski. Wystawiony na sprzedaż trochę podupada. Na drodze do Gowarzewa obelisk. Z jednej strony MB Częstochowska, z drugiej upamiętnienie powstańców wielkopolskich.
W Gowarzewie nic ciekawego, do Tulec jedziemy polną drogą, mijając samotne gospodarstwo. Z dala witają nas gęganiem śnieżnobiałe gęsi. W Tulcach remont w kościele. Wszystko owinięte folią. Sylwina głodnieje, ratujemy się wizytą w "Bambaryle". Takich knajp już prawie nie ma. Nic wege. Nawet pierogów. Więc żurek, który potem będzie nam się odbijał do końca dnia. Nie podjąłem ryzyka i nie zamówiłem czerniny.
Śpieszymy się potem, żeby zjechać do Poznania przed zamknięciem "Społemu", bo koniecznie musiałem kupić żółty ser. 



wtorek, 15 października 2024

Karol Marks, Fryderyk Engels, Manifest komunistyczny

Wydanie z 2011 r. [jirafa roja] zawiera oprócz tytułowego tekstu również liczne przedmowy do kolejnych historycznych wydań oraz wcześniejsze od "Manifestu" "Zasady komunizmu" Engelsa. Z racji, że wiele spostrzeżeń prekursorów myśli robotniczej przeniknęło do nauk społecznych, lektura tych tekstów powinna wywołać w czytelniku poczucie obcowania z tezami dobrze znanymi i to pomimo rugowania lewicowych treści z programów nauczania na wszystkich możliwych szczeblach edukacji. 

Ponieważ "Manifest" jest odezwą nawołującą do aktywacji mas robotniczych sprawia wrażenie bardziej bezkompromisowego i radykalnego niż "Zasady", które czyta się jakoś przyjemniej, również dzięki większemu uporządkowaniu treści w nich zawartych. 

Poza środowiskami lewicującymi, dla których źródłowe teksty komunizmu są niezmiennie ważne, ogół, jak się zdaje, ma bardzo powierzchowne pojęcie o tej doktrynie, a myśli Marksa czy Engelsa sprowadza do kilku haseł. Uproszczenia te wydają się dość kolokwialne. Maksyma: "Byt określa świadomość" została w "Manifeście" wyrażona w sposób znacznie bardziej elegancki:

 Czy potrzeba szczególnej przenikliwości, by zrozumieć, że wraz z warunkami życia ludzi, ich stosunkami społecznymi, bytem społecznym, zmieniają się także ich wyobrażenia, poglądy i pojęcia - słowem, także ich świadomość?

 Przenikliwość niektórych prognoz M. i E. zdumiewa. W połowie XIX wieku rozpoznali, że świat wszedł na ścieżkę prowadzącą w stronę globalizmu. 

***********

Burżuazja, tam gdzie doszła do władzy, zburzyła wszystkie feudalne, patriarchalne, idylliczne stosunki. Pozrywała bezlitośnie wielorakie węzły feudalne, które przywiązywały człowieka do jego "naturalnego zwierzchnika” i nie pozostawiła między ludźmi żadnego innego węzła, prócz nagiego interesu, prócz wyzutej z wszelkiego sentymentu "zapłaty gotówką”. Świątobliwe porywy zbożnego marzycielstwa, rycerskiego zapału, mieszczańskiego sentymentalizmu zatopiła w lodowatej wodzie egoistycznego wyrachowania. Godność osobistą zamieniła w wartość wymienną, a na miejsce niezliczonych, uwierzytelnionych dokumentami, uczciwie uzyskanych wolności, postawiła jedyną, pozbawioną wszelkich skrupułów wolność handlu. Słowem, na miejsce wyzysku, osłoniętego złudzeniami religijnymi i politycznymi, postawiła wyzysk jawny, bezwstydny, bezpośredni, nagi. 

Pozostaje zastanowić się, kto w najlepiej rozwiniętych społeczeństwach zastąpił burżuazję w dualistycznym układzie wyzyskiwani - wyzyskujący i na czym ten wyzysk polega dziś.



niedziela, 13 października 2024

Lukas Bärfuss, Koala

Narrator traci brata. Nie byli sobie bliscy, ale jednak samobójstwo skłania osobę snującą tę opowieść do refleksji, próby docieczenia motywów. Próbując rozwikłać tę zagadkę, narrator przypomina sobie przezwisko brata, które ten otrzymał w harcerstwie. Koala. 

Czy takie "imię" może zdeterminować losy tego, który je nosi? Co wspólnego miał brat z australijskim torbaczem? Opowieść snuje się tu i płynnie przechodzi od teraźniejszości do wspomnień z dzieciństwa i do historycznych wydarzeń z kolonizacji Australii i odkrycia żyjących w koronach eukaliptusowych drzew zwierząt. 

Samobójca jest pochowany za cmentarnym murem. Koale z racji leniwego trybu życia uznano za zwierzęta pośledniejszego rodzaju i godne tępienia. W trakcie polowań czy pożarów nie były w stanie uciekać. Zarówno ci, co targają się na własne życie, jak i powolne, niezdarne ssaki z Australii nie wpisują się w dominujący paradygmat aktywności, witalności, wiecznego ruchu. 

Bärfuss zdaje się pytać, czy nie powinniśmy życiowego wycofania traktować z akceptacją. 

Książka szwajcarskiego autora jest godna uwagi z powodu narracyjnej sprawności autora, obrazowego języka i ciekawego konceptu pozwalającego połączyć na pozór odległe tematy. Odczuwam jednak niedosyt, kiedy wydaje mi się, że historia zamieszczona na ledwie 100 stronicach, jest szkicem zaledwie i materiałem na wielkie epickie dzieło. Odkrywanie Australii, ho ho! Do tego ciekawy wątek współczesny. Nic z tego! Czuję, jakby tę książkę napisała właśnie taka wycofana koala. I oto złapano mnie w pułapkę. Przecież i takie "skromne" książki powstają, a ja żądam przygód i sześciuset stron...

Należy jednak pamiętać, że treść "Koali" Bärfuss oparł na własnych doświadczeniach rodzinnych. Książkę można zaś klasyfikować również jako esej. Jeśli więc, jako dzieło epickie, nie spełnia być może oczekiwań, to jako utwór z dziedziny eseistyki powinna zaspokoić wyrobionego czytelnika.

wtorek, 8 października 2024

Rober Walser, Jakob von Gunten

Ciekawe, co się czyta o tej książce. Niektórym kojarzy się z "Akademią Pana Kleksa". Mnie, jeśli już, to ewentualnie z "Niepokojami wychowanka Törlessa". 

Trudno mi zagłębić się w tę powieść, lepiej poznać Jakoba. Oczywiście, nie sposób nie zauważyć głównej cechy jego charakteru - przekory i erotycznego napięcia pomiędzy nim a panną i panem Benjamentą. Ale wnikać w wgłąb tej postaci nijak się nie da. Jest jak bombka ozdobiona jakimś rysunkiem. By dostać się do niej do środka, trzeba by ją stłuc...

Są wszakże jakieś tropy, drzwi do wnętrza tej bombki: uwielbienie dla matki i mania niższości. Doskonalenie się w byciu nikim, dążenie do bycia nikim, niewybijanie się, podporządkowanie się. Idealny lokaj taki być powinien i tego oczekuje nauczyć się u Benjamentów Jakob. Decyzja o pójściu za Benjamentą po śmierci jego siostry, jest również w jakimś stopniu przeżywana jako pójście na zatracenie. 

Po co, dlaczego? Nie umiem dziś odpowiedzieć.

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Wynotowane cytaty:

Kraus posiada zasady, mocno siedzi w siodle, jedzie na zadowoleniu, a to wierzchowiec, który nie nadaje się do jazdy galopem. [s. 5]

poniedziałek, 7 października 2024

Malcolm XD, Edukacja

Błyskotliwy i przenikliwy obraz Polski pierwszych dwóch dekad XXI wieku. Specyfika systemu szkolnictwa wyższego wymieszana z wejrzeniem w świat drobnego (jednak!) biznesu. Dostało się trzeciemu sektorowi, klerowi i mieszkańcom małych miejscowości. Wszystko na wesoło, ale z gogolowskim: sami z siebie się śmiejecie. 

Fajna rozrywka. Za 20 lat czytelnik z pewnością będzie musiał dostać wersję z przypisami tłumaczącymi co niektóre zjawiska.  

Radu Jude, Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata

Formuła filmu bardzo podobna do tej, którą znamy z "Niefortunnego numerka". W filmie z 2021 mieliśmy pieszą wędrówkę bohaterki przez Bukareszt, kolaż rumuńskich reklam i właściwą akcję czyli wywiadówkę w szkole. 

W najnowszym obrazie główna bohaterka znów przemierza stolicę Rumunii, ale tym razem samochodem. Zamiast reklam mamy uspokajające interludium złożone z kilkudziesięciu ujęć przydrożnych krzyży, upamiętniających śmiertelne wypadki drogowe. Sama akcja zaś dotyczy castingu, a potem realizacji filmu / kampanii społecznej na temat wypadków w pracy.

O ile wcześniejszy z filmów można było potraktować jako bardzo uniwersalny (hipokryzja i cancel culture ma się dobrze zarówno w Rumunii, Polsce, jak i wybranym innym miejscu na świecie), o tyle "Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata" odczytywałbym bardziej jako odniesienie do warunków i mentalności specyficznie rumuńskiej. Na naszych oczach dokonuje się manipulacja i oszustwo na pracowniku poszkodowanym w wypadu przy pracy. Pracownik przeczuwa, że coś jest nie tak, ale daje się zrobić na szaro zagranicznym pracodawcom. Naiwność nie do pomyślenia w Polsce. Tak czy owak, jest to kolejny film, w którym widzimy bezwzględność przedstawicieli zagranicznego (zwykle niemieckojęzycznego) kapitału względem tutejszych pracowników, brak poszanowania dla środowiska itd. itp.

Film może więc uwierać zarówno publiczność zachodnią, jak i tubylczą. 

Majstersztykiem jest ostatnia scena, kręcona na jednym ujęciu kilkunastominutowa, jeśli nie dłuższa sekwencja dubli nagrania do filmu promującego noszenie kasku w pracy. Ustawienie planu, precyzja gry aktorskiej, wejścia (i wjazdy samochodów) spoza kadru. Szwajcarska precyzja!

Film dobry, ale efekt świeżości był 3 lata temu na "Numerku". Powtarzalne triki Jude nie robią już tak piorunującego wrażenia, stąd wrażenie, że "Niefortunny numerek" był filmem lepszym niż "Nie obiecujcie sobie...".

piątek, 4 października 2024

Język bohaterem

Terezia Mora, Każdego dnia, Wołowiec 2006, wyd. Czarne

Ma mniej więcej 18 lat. W krótkim czasie znika bez śladu jego ojciec, młodzieńcza miłość mówi mu, że nie odwzajemnia jego uczuć, a jego kraj pogrąża się w wojnie domowej. Emigruje i choć jest ponadprzeciętnie uzdolniony językowo, w nowym kraju w zasadzie wegetuje. Historia Abla Nemy nie jest specjalnie spektakularna. Mimo to wciąga, a wielką zasługę w przyciągnięciu uwagi czytelnika mają zastosowane przez autorkę zabiegi językowe. Język zaś, obok Abla, jest tu chyba drugim głównym bohaterem.

Nie wiemy, jak w młodości wysławiał się Abel. Mówił zapewne w jednym z języków, którym posługiwali się mieszkańcy rozpadającej się Jugosławii. Kiedy go poznajemy, włada dziesięcioma językami. Można założyć, że posługiwanie się obcą mową wymaga od człowieka większej uwagi niż mówienie i słuchanie w języku, w którym jesteśmy zatopieni od urodzenia. Może się jednak zdarzyć, że rodzimy język nieustannie stawia wyzwania. Wydaje się, że Terezia Mora chce, by czytelnik poczuł się trochę jak obcokrajowiec zmuszony do nieustannej językowej czujności. Prowadzi więc rwaną, nielinearną narrację. Osoby, które wypowiadają się: trzecioosobowy narrator, Abel, jego znajomi, są dopuszczani do głosu przez autorkę na krótką chwilę i zmieniają się nieustannie jak w kalejdoskopie. Ich wypowiedzi czasem się urywają, dialogi trzeba wyławiać spomiędzy krótkich strumieni świadomości czy monologów wewnętrznych. Nie pomaga w tym przyjęty przez Morę jednolity dla wszystkich elementów narracji sposób zapisu. Żeby przez to przebrnąć, trzeba skupienia.
Ten pozornie chaotyczny sposób opowiadania jednak nie nudzi i nie męczy, autorka potrafi bowiem w odpowiednich momentach odsłonić przed czytelnikiem kolejne drobne szczegóły z dość tajemniczego życia bohatera. Taką lingwistyczno-narracyjną grę prowadzi z nami przez większą część książki.

I oto w momencie, kiedy w chwili emocjonalnego kryzysu w ręce Abla (choć może należałoby napisać: do jego organizmu) trafia przypadkiem mieszanka substancji psychoaktywnych, język opowieści staje się płynny, potoczysty, odkształceniom ulega za to świat przedstawiony. Opis delirium głównego bohatera jest wręcz poetycki, niekiedy filozoficzny i fascynujący.
Może się zdarzyć, że poliglota utraci zdolność posługiwania się jakimkolwiek językiem, nawet rodzimym. Tak się dzieje, kiedy Abel zostaje skatowany przez grupę wyrostków i zapada na afazję. Nie potrafi już nic powiedzieć poza jednym słowem: dobrze. To moment, żeby zamilknąć, skończyć opowieść, postawić ostatnią kropkę w tej książce. Oto błyskotliwy koncept Terezii Mory.

Językowe eksperymenty stanowią oczywiście tylko jedną z płaszczyzn tej wybitnej powieści. Inną jest próba wglądu w sytuację człowieka potrójnie straumatyzowanego (porzucenie przez ojca, nieszczęśliwa miłość, wymuszona i nielegalna emigracja), żyjącego w obcym otoczeniu. Autorka - Węgierka żyjąca w Niemczech z pewnością dobrze rozpoznała ten problem i w przekonujący sposób uczyniła z niego materię swojej powieści. Smutne, w pewien sposób zmarnowane życie Abla Nemy staje się przy tym kanwą intrygującej czytelniczej przygody.

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Wynotowane cytaty

 
Są takie momenty, kiedy nagle człowiek staje się widoczny. [s. 118]

Co oznacza ta cisza? Że człowiek opuścił ziemię czy wręcz przeciwnie, rozwinął się tak bardzo, iż życie w miastach jest ciche jak szept. Może na zewnątrz snuje się trujący dym albo bezwonne atomy, a może pachnie tak, jak nie pachniało od bardzo dawna, albo jeszcze nigdy: czystym eterem. Może jest tam wielki ocean, tak mówią wszyscy, na którego brzegu jak na nieskończonym rzędzie ławek siedzimy niczym starzy ludzie, wystawiając twarze do słońca, szumu. Może jest tam wieczność, tylko tu, w środku, czas posuwa się swoim starym, powtarzającym się ruchem. A może zupełnie nic tam nie ma. Zanim nie będzie się absolutnie pewnym, to za duże ryzyko. Niewykluczone, że pewnego dnia przestanę istnieć. Otworzę okno i po nieskończenie krótkim spojrzeniu rzuconym na nicość sam stanę się jej częścią. [s. 355]

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...