Największą wartością tej książki jest język, bogaty w metafory, żywy, barwny. I tym efektownym, błyszczącym językiem opowiada się o upadku człowieka, o którym dziś powiedzielibyśmy, że cierpi na PTSD. Ale narrator ani jego otoczenie nie zna pojęcia stresu pourazowego. Mowa zresztą o konflikcie w Angoli w latach 60-tych. Mamy zatem bohatera osaczonego przez wspomnienia wojny. Jako wojskowy lekarz był zresztą szczególnie narażony na kontakt z tym co w czasie wojny najgorsze - rozszarpane przez miny ciała, amputowane kończyny, do tego epidemie, chorzy Afrykańczycy, malaria, trąd i in. Co gorsza w ojczyźnie dzieje się nie lepiej - tajna policja PIDE dociera nawet do Angoli i można stać się jej ofiarą.
Nie przekonuje mnie niestety pomysł, wedle którego narrator opowiada w ciągu jednej nocy te wszystkie okropieństwa przypadkowo poznanej kobiecie. Ja wiem, że to jest taka licentia poetica, ale nie kupuję, że w usta gościa przy kieliszku w jakiejś spelunie wkłada się prozę poetycką.
Pewnie ważna książka dla Portugalczyków.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz