wtorek, 5 marca 2024

1-3 marca 2024 Szczecin

Piątek

Przyjazd w ponurym dniu. Rozpoczynamy po zameldowaniu się w hotelu od koncertu w filharmonii. Grają VIII Brucknera. Poza trzecią częścią dobrze wykonaną dzieło dość nużące, dodatkowo w wykonaniu szczecińczyków dość zabałaganione w I Aufzugu. Wspomniana 3. część jednak zjawiskowo zorkiestrowana, miejscami monumentalna, a mimo to tak napisana, że słychać harfę, która ma tam dużo do przekazania. 

Po koncercie lądujemy w restauracji Public Fontanny. Kiepski pad thai, być może z kiepskich składników, ale dobre drinki, zwłaszcza rumowe. Niestety dwie porcje i piwo muszę chyba winić za rozstrój żołądka następnego dnia (chyba że winowajcą był nieudany i mocno ostry pad thai).

Sobota

Śniadanie w sympatycznej knajpce "Nad piekarnią". Decyduję się na kanapki, bo - raz - wspomniane problemy żołądkowe, a - dwa - wiem, że wrócimy tam jutro. Po śniadaniu spacer. Kierunek Łasztownia, czyli ta część Szczecina, której jeszcze nie znamy. 

Widać, że miejsce żyje tylko latem. Teraz to opustoszałe nabrzeża. Ale piękny widok na Wały Chrobrego i ciekawe atrakcje takie jak pomnik Krzysztofa Jarzyny czy szkuner "Kapitan Borchardt", który w Amsterdamie był pono burdelem. 

Na starówce kawa w "Kusi mnie". Kuszą wystawiając lustro z napisem "Kusząco dziś wyglądasz", ale mają ładnie w środku, dobrą herbatę i sernik. Zwiedzamy też dziedziniec zamkowy. Do domu idziemy trochę naokoło, bo przez park Żeromskiego i plac Zgody, gdzie japoński udon pomaga uleczyć żołądkowe problemy. Świetna knajpa Isakaya, trzeba do niej wrócić. Zmęczenie. Dwie godziny drzemki i powrót na starówkę do opery. Brniemy tym razem przez okolice Czerwonego Ratusza, tamtędy też będziemy wracać.

W Operze na Zamku "Dokręcanie śruby" Brittena. Zaskoczenie nawet dla mnie, bo tak zorkiestrowane dzieło jest jednak rzadkim zjawiskiem, do tego w rolach głównych dwójka dzieci. Libretto tegoż dzieła może być wyzwaniem. Rzekomo horror, ale z emocjami jak z meczu szachowego. Do przerwy męczyłem się bardzo. Druga odsłona wciągnęła bardziej. Zwłaszcza zaś finałowe sceny z umierającym chłopcem, kuszącym go Quintem i guwernantką przejmującą piosenkę chłopca z cudownym kończącym całość morendo. Ukłony dla fantastycznej wokalnie obsady, w tym chłopca. 

Przyznać trzeba, że decyzja o wystawieniu tej opery była jednak odważna, choć, biorąc pod uwagę efekt końcowy, jakoś uzasadniona. Kameralna i urokliwa sala, jaką dysponuje Szczecin dodała uroku temu przeżyciu. Może w innej reżyserii udałoby się więcej wycisnąć?

Dzień kończymy lampką wina w "Bachusie" na rynku. Miejsce do zapomnienia.

Niedziela

Śniadanie w "Nad piekarnią". Tym razem jajo sadzone, moje ulubione frankfurterki i na bogato, fasolka, sałata, pieczywo. Potem spacerowym krokiem jeszcze do miasta. Boguś chce kawę na rynku, ale nie ma miejsca, więc idziemy na Odrzańską, tam już nie tak miło, troszkę śmierdzi. Potem pociąg i wracamy.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...