czwartek, 28 marca 2024

2024-03-28 Juan Marsé, Ogony jaszczurki, Warszawa 2003 [Świat Książki]

W pewien sposób wciągająca. Marsé kreuje mikroświat niewielkich rozmiarów (dom, sąsiadujący z nim wąwóz, pobliskie kino), czasem tylko każąc udawać się bohaterom gdzieś dalej, i ten mikroświat jest bardzo pojemny, bogaty, wypełniony przedmiotami, myślami, duchami i wreszcie jest drobiazgowo opisany.

Jest to okazja do poznania dyktatury frankistowskiej z kart powieści. Wiele rzeczy z pewnością jest tu inspirowanych rzeczywistymi zdarzeniami. Wiemy, że dyktatura zakończyła się po wielu latach pokojowo. Książka nie niesie jednak szczęśliwego zakończenia ani optymistycznego przesłania. 

Narrator nie dopowiada wielu rzeczy. Można się domyślić, że ojciec Davida rzeczywiście został zamęczony w policyjnej katowni, inspektor Galvan miał z tego powodu niejakie wyrzuty sumienia. Nie wiemy na pewno, co stało się z Iskierką (jamnikiem Davida). 

Nie wiem, czy przekonuje mnie zabieg formalny polegający na oddaniu głosu nienarodzonemu dziecku (bratu Davida), który jest tu kluczowym narratorem, a kiedy się rodzi, w wyniku komplikacji przy rozwiązaniu zostaje kaleką niepotrafiącym się wysłowić. 

Równolegle dzieją się tu jakby trzy narracje:

1. Opowieść płodu i jego rozmowy z bratem,

2. Wyimaginowane rozmowy Davida z różnymi "duchami", przede wszystkim z ojcem. Skoro David z nim rozmawia, to chyba w jakiś sposób domyśla się straszliwego losu, jaki spotkał Victora,

3. Klasyczna narracja, rzeczywista fabuła dziejąca się w realnym świecie. 

Pomimo obiecującego początku, znakomitego opanowania różnych technik narracyjnych, efekt nie wywiera na mnie szczególnego wrażenia.

Oceniłem na 4

Cytat:

Krew wylana za ojczyznę nie grozi infekcją, est odporna na wszystkie mikroby, bo już jest zepsuta, i to bardzo. (s. 63)

Pasja wg św. Mateusza 27.03.2024 NFM

Wykonawcy:

Jarosław Thiel – dyrygent
Joanne Lunn – sopran
Terry Wey – alt
James Gilchrist – tenor (Ewangelista)
Ian Bostridge – tenor
Yannick Debus – baryton (Jezus)
Johannes Weisser – baryton
Chór NFM
Lionel Sow – kierownictwo artystyczne Chóru NFM
Izabela Polakowska-Rybska – współpraca z Chórem NFM
Chór Chłopięcy NFM
Małgorzata Podzielny – kierownictwo artystyczne Chóru Chłopięcego NFM
Wrocławska Orkiestra Barokowa 

Wielkie święto muzyki, misteryjne, choć chyba już pozbawione u słuchaczy głębokich przeżyć religijnych. Patrząc na Jamesa Gilchrista można by uwierzyć, że jeszcze sami wykonawcy głęboko zanurzeni są w pasyjnym przekazie. Poza perfekcyjnym przygotowaniem, drobiazgową interpretacją i przejmującym efektem Gilchrist przeżywał całym sobą nawet te fragmenty, kiedy milczał. Wielka kreacja pomimo problemów wokalnych, które dawały się czasem wysłyszeć. 

Wyróżniłbym również Terry'ego Weya, który dysponował nieskazitelną techniką i piękną jak na kontratenora barwą dźwięku. Erbarme dich było wykonane przejmująco i pięknie.

Pod względem brzmienia świetny był również Yannick Debus (Jesus).

Joanne Lunn udało się natomiast wprawić salę w największe skupienie. Podczas arii Aus Liebe will mein Heiland sterben akompaniowanej tylko przez flet solo na sali panowała absolutna cisza.

Koncert bardzo długo reklamowano nazwiskiem najsławniejszego w całej obsadzie Iana Bostridge'a. Fakt, iż miał technicznie chyba najtrudniejsze partie. Mimo to nie był najjaśniej lśniącą gwiazdą wieczoru. Wyraźnie męczył się, nie można powiedzieć, by brzmiał świeżo, choć pokazał, jak wydobyć potęgę brzmienia. 

Cieszy fakt, że do Polski przyjeżdżają najlepsi wykonawcy Bacha. Większość - np. Gilchrist, Lunn - pracowała z Gardinerem. Cieszy, że jest w Polsce Jarosław Thiel, który niestrudzenie promuje rodzaj muzyki, jaki niekoniecznie cieszy się u nas szczególnym zainteresowaniem i osiąga wspaniałe efekty. Oby więcej koncertów bachowskich Thiela.

niedziela, 24 marca 2024

2024-03-20 Eyvind Johnson, Czasy Jego Wysokości

To ten gatunek, w którym stary człowiek (tu Johannes Lupigis, Johanniperto, Perto) opowiada swoje życie przebiegające w centrum historycznych wydarzeń, spotyka się z wielkimi tego świata, choć ci wielcy są drugo, a nawet trzecioplanowymi postaciami opowieści. To, co ciekawe dzieje się bowiem gdzieś na uboczu tej oficjalnej historii.

Johnson łączy cechy powieści historycznej, przygodowej i w pewnym stopniu także psychologicznej. Jest tu eklektyzm technik i sposobów narracji. Mamy kroniki, listy, monologi wewnętrzne. Sprawia to wrażenie pewnej niespójności, co nieco mi podczas lektury przeszkadzało. Czasem narracja zbacza gdzieś w jakieś refleksje, opisy, dłużyzny, by potem wstrząsnąć fragmentami pełnymi intensywności fabularnej i emocjonalej.

Jednym z takich właśnie ciekawszych momentów są późne losy Angilperty - Lodoaldy. Autor zwraca uwagę na traumę dziewczyny, która wzięta siłą i - de facto - zniewolona jako pani zamku w Genewie zmienia się z uroczej dziewczyny w okrutną i nieszczęśliwą matronę.

Dobrze jest się również przyjrzeć technikom władzy i kultowi jednostki, które, choć ewoluują, to jednak zasadniczo posługują się stale tymi samymi schematami.

Oceniłem na 5

2024-03-16 Września - Środa

Dzień zaczął się ładnie, słonecznie. Pojechaliśmy ścieżką rowerową wzdłuż Wrześnicy aż do Psar. Wysoki stan wody we Wrześnicy, łabędzie.

W Psarach zachmurzyło się i rozhulał się wiatr. Przy dawnym cmentarzu ewangelickim zjedliśmy śniadanie. Wiosna tu jeszcze nie wybuchła z całą mocą. Na końcu wsi, ktoś zaparkował przy ulicy konia perszerona. Jakeśmy koło niego przejeżdżali, wystraszył się nieco i Boguś myślał, że nas pogoni, a to był kawał konia. Ale ustał spokojnie. Za wsią droga zrobiła się błotnista, a miejscami przechodziła w moczary, ale bokami jakoś dało się przejechać. W jednej gęstwinie wystraszyłem żurawia, który potem śmiesznie biegł drogą, nim się poderwał do lotu. W Podstolicach przebiliśmy się na drugą stronę torów kolejowych, chwilkę jechaliśmy wzdłuż nich, by wjechać od tyłu do wsi Opatówko. Tu mały, ale piękny w środku kościółek drewniany, nieopodal dwór, prosty, choć z gankiem z kolumnami. 

Opatówko niepostrzeżenie przechodzi w Podstolice. Tamtejszy dwór to już prawie pałac. Zadbany, czeka na jarmark świąteczny. Na polu obok stary gruby dąb. Droga przez pole w stronę Targowej Górki trudna, bo pod wiatr. Okolica zupełnie bezdrzewna i wokół wszędzie wielkie wiatraki.

Przy Targowej Górce znów wychodzi słońce. W ostrym, wiosennym świetle ładnie wygląda tamtejszy klasycystyczny kościół i grób Kosińskich z figurą Nepomucena. W sąsiedztwie straszy nieukończony pałac, który Pyżalscy postawili sobie w miejscu dawnego pałacu Kosińskich. Zdaje się, że ta nieukończona budowla będzie kolejną ruiną.

Niedaleko za Targową Górką jest wieś Mystki. Tutaj z dala od reszty zabudowań w pozostałościach parku ukrywa się ciekawy pałac. Wielkie łukowe okna zabezpieczono cegłami. Być może da się go uratować, bo zabezpieczono dach. 

Kolejny przystanek na trasie to Murzynowo Kościelne. Nie zatrzymujemy się tu na długo, bo wieś już znamy. Kierujemy się na Połażejewo, szosa przechodzi w pewnym momencie w aleję starych drzew, która doprowadza nas do samego pałacu. Potem polną, bardzo wyboistą i zarośniętą drogą do Ulejna. Tu ciekawy, chyba już XX-wieczny dwór, duży, wysoki, i jednocześnie nawiązujący do takiej polskiej dworkowatości. 

Droga wśród wierzb prowadzi nas już prosto do Środy. Przed nami ciemne chmury, z których leci deszcz. Wydaje nam się, że boczny wiatr zgoni nam je z drogi. Niestety po chwili znajdujemy się już w środku deszczowej zawieruchy. Brakował niecały kilometr, by dojechać na sucho.

Odwiedziny u Magdy i Daniela. Jest dość sztywno. Daniel chyba nie do końca zachwycony z naszej wizyty. Ale ich dzidzia Ela sympatyczna. Gra z nami w piłkę. Kiedy usypia, wymykamy się na pociąg. 



czwartek, 21 marca 2024

2024-03-21 Joseph Conrad, Amy Foster

1. Ciekawy zabieg. Wydaje się, że postać tytułowa nie jest centralną postacią, osią tego opowiadania. W centrum należałoby postawić Janka Górala jako tego, który przyciąga powszechną uwagę wszystkich, bohaterów i czytelników, który również zaburza homeostazę lokalnej społeczności, w której się nolens volens pojawia. Z drugiej jednak strony Amy przyciąga uwagę czytelników jako ta, którą odróżnia od reszty podejście do Janka, ale która ostatecznie przyjmuje postawę zgodną z postawą całej wsi. Janka można traktować w sposób jednoznaczny. Amy ujawnia ambiwalencję, a przez to skłania do refleksji. Choć na początku otwarta na nowego, to jednak ostatecznie od niego się odsuwa, a dzięki Conradowi, który oddaje jej głos (na parę zdań zaledwie, ale to wystarczy), staje się wyrazicielką opinii całej społeczności. Czytelnik powinien się zastanowić, dlaczego do tego dochodzi. 

2. Wydaje się, że dopiero ktoś taki jak Conrad - obcy pośród Anglików - mógł zająć się problemem obcości kulturowej, opisem sytuacji rzadkiej i jednocześnie granicznej i tragicznej. Wcześniejsze znane mi próby opisu podobnej sytuacji były zgoła odmienne, ponieważ a) bohater - rozbitek rzucony w obce otoczenie - posiadał zdecydowanie większy niż Janko kapitał kulturowy, co pozwalało mu skuteczniej nawiązywać próby dialogu i nie naruszać sztywnych norm innej kultury; b) narracje tego typu tworzone były z punktu widzenia kultur dominujących, przekonanych o swej wyższości cywilizacyjnej. W takich narracjach do czynienia mieliśmy z "człowiekiem cywilizowanym", który znalazł się pośród "dzikusów". Przykłady: bardzo wczesne ujęcie to oczywiście Robinson Cruzoe, który z jednej strony unika kontaktu z tubylcami, bo wie, że zakończyłby się dlań śmiercią, z drugiej dokonuje swoistej kolonizacji Piętaszka. Na polskim gruncie Makuszyński umieszcza ojca Basi z "Awantury o Basię" pośród Indian, wśród których ów polski uczony robi niemałą karierę. Kiplingowski Mowgli, choć w oczach innych ludzi jest dzikusem, pośród wilków jest przecież reprezentantem kultury wyższej. Tego typu sytuacje można nazwać romantycznymi.

Ujęcie Conrada to ujęcie a rebours. Obcy stoi zdecydowanie niżej niż otoczenie. Nie mamy tu bohatera, lecz raczej antybohatera. Nie daje nam możliwości zachwytu nad ludzkimi zdolnościami przystosowawczymi, siłą, sprytem. Mamy wizję pesymistyczną. Mamy też próbę - udaną w moim odczuciu - wzbudzenia empatii. 

3. Wydaje się, że w dzisiejszych czasach zglobalizowanego świata nasze kultury na tyle się stykają i w jakimś stopniu mieszają, że sytuacja opisana przez Conrada byłaby mniej prawdopodobną. A jednak przypominam sobie historię Polaka, który nie mógł opuścić lotniska w Kanadzie, ponieważ nie potrafił porozumieć się ze strażą tego obiektu. Próby nawiązania kontaktu, czasem mocno emocjonalne, kończyły się użyciem przez ochroniarzy paralizatora. Po którejś z takich interwencji Polak zmarł.

Chory Janko umiera, bo jego Angielska żona nie rozumie, że prosi ją o wodę. Nie rozumie, bo nie chce go już rozumieć. Moment otwartości (była przecież wcześniej zakochana) minął. Teraz jest oczekiwanie, że mąż podporządkuje się grupie i będzie taki jak wszyscy. Przede wszystkim zaś ma nie śpiewać dziwnych piosenek i gadać w tym dziwnym języku, a już zwłaszcza do dziecka.

Conrad poruszył problem bardzo istotny. W ekstremalnym ujęciu rzadki, ale właśnie poprzez owo ekstremum docierający do wyobraźni. Próba cywilizowania ucywilizowanych. Ważna, poruszająca, osobna. 

Siłą tego opowiadania jest zatem świetnie "wymyślony" temat. Być może nie ma tu fajerwerków formalnych, ale chyba nie o nie tu chodziło...

Historia czytania (najlepsze z najlepszych)

 

2023:
Martwe dusze (Gogol Mikołaj)
Tęcza grawitacji (Pynchon Thomas)
Wilki (Kirst Hans Hellmut)
Psie lata (Grass Günter)
Śpiewaj ogrody (Huelle Paweł)
Księga niepokoju napisana przez Bernarda Soaresa (Pessoa Fernando)

2022:

Ziemia obiecana (Władysław Reymont)
Źródło Mamerkusa (Leszek Biały)

2021:

Rozmowy nad Nilem (Mahfuz Nadżib)
Spadająca gwiazda (Hollinghurst Alan)
Pojęcia polityczne: Wspólnota, immunizacja, biopolityka (Esposito Roberto)

2020:

Nieśmiertelność (Kundera Milan)
Krótka historia czasu (Hawking Stephen W.)
Anna Karenina (Tołstoj Lew (Tołstoj Leon)
Zimny płomień (Mishima Yukio (właśc. Hiraoka Kimitake)
Flis (Klonowic Sebastian Fabian)

2019:

Molloy (Beckett Samuel)
Kamienie z dna rzeki (Hegi Ursula)
Turbot (Grass Günter)
Szkice piórkiem (Bobkowski Andrzej)
Derwisz i śmierć (Selimović Meša)

2018:

Fantomowe ciało króla: Peryferyjne zmagania z nowoczesną formą (Sowa Jan)
Żelary (Legátová Květa)
De profundis: Szkice i listy z domu karnego w Reading (Wilde Oscar)

2017:

Następna historia; Rytuały (Nooteboom Cees)
Na Marmurowych Skałach (Jünger Ernst)
Tajny dziennik (Białoszewski Miron)
Portret grupowy z damą (Böll Heinrich)
My, topielcy (Jensen Carsten)

2016:

Kosmos (Gombrowicz Witold)
Obłomow (Gonczarow Iwan)

2015:

Trzeci szympans: Ewolucja i przyszłość zwierzęcia zwanego człowiekiem (Diamond Jared)
Gilgamesz
Szaman (Bondy Egon)

2014:

Miasteczko na dłoni (Drda Jan)
Lalkarz König i ja: Powrót na Dolny Śląsk (Müller Armin)

2013:

Republika Uczonych: Krótka powieść z obszaru końskich szerokości (Schmidt Arno)  
Wymazywanie: Rozpad (Bernhard Thomas)
Rozmowa ze Spinozą: Powieść-pajęczyna (Smilevski Goce)

2012:

Romantycy (Paustowski Konstantin (Paustowski Konstanty, Paustowski K.)
Święci i łzy (Cioran Émil)

2011:

Stworzenie świata (Vidal Gore)
Wszystko jest iluminacją (Foer Jonathan Safran)

niedziela, 17 marca 2024

2024-03-09 Leszno - Rydzyna - Leszno

Ładny, słoneczny poranek. Z Leszna polem na Strzyżewice. Na polu leją gnojowicę. Nad stawem ładne budynki z czerwonej cegły, do dworu nie podjeżdżam - zastawiony samochodami i leci muzyka. Potem lasem, w którym jeszcze jest zimowo, tylko słońce prześwieca między drzewami. 

W Przybyszewie pałac - dobrze utrzymany. Chwilę jadę szosą, potem znów długo przez las. Droga po obu stronach obsadzona starymi dębami. Na końcu lasu największy z dębów. Zjadam pod nim śniadanie. Z daleka słychać ujadanie psów. To ze schroniska w Henrykowie. Samo Henrykowo maleńkie, ale dosyć przyjemne. Na drugim krańcu wsi stara strażnica graniczna na szosie Leszno - Góra z czasów II RP. Styl dworkowaty, ale po raz pierwszy widzę taką budowlę pokrytą graffiti.

Znów przez las. Tuż przed S-5 i torami kolejowymi łapię gumę. Przymusowy 20-minutowy postój. Okazuje się, że wziąłem dętkę nie od tego roweru. Całe szczęście mam łatki, które dają radę. Kawałek drogi idzie między torami a "eską". Potem przejeżdżam przez tory i za chwilkę jestem w Rydzynie. Odkrywam, że jest tam drugi kościół, chyba poniemiecki. W piekarni na rynku pytam o drożdżówki, ale już nie mają. Przy zamku pusto. Jakiś motocyklista, dwie panie. Pogoda się popsuła, chmury. Z Rydzyny prosta droga rowerowa wzdłuż głównej szosy - dawnej piątki. Zaraz za tablicą "Leszno" skręcam na Zaborowo. Jadę obejrzeć szachulcowy kościół. Poewangelicki z pięknym, drewnianym sklepieniem. Robię fotkę, przechodzi jakiś dziadek: "za zdjęcie proszę dać księdzu dziesięć złotych". 

Przejeżdżam koło stadionu Unii Leszno. Słychać hałas motorów. Ludzie stoją na trybunach. Wchodzę zobaczyć. To pierwszy wiosenny trening. Za stadionem ciekawy kompleks z czerwonej cegły. Podjeżdżam bliżej - to koszary, nadal czynne. Jadę w stronę starego miasta. U Gwoździa kupuję wreszcie drożdżówkę, a na dworcu cappucino z automatu. Pycha. Wysiadam na Dębcu i wracam przez most dębiński i Starołękę do domu.



niedziela, 10 marca 2024

2024-03-08 Filharmonia Poznańska - Haydn, Poulenc, Strauss

 

8 marca 2024 (Piątek)

godz. 19, Aula Uniwersytecka

KWIATY NA PIĘCIOLINII

Program:

  • Joseph Haydn
    XCVI Symfonia D-dur
    Miracle Hob.I:96
  • Richard Strauss
    II Koncert na waltornię i orkiestrę Es-dur 
  • Francis Poulenc
    Sinfonietta 
To nie będzie koncert, który na długo zapisze się w mojej pamięci. Haydn ciekawy, ale nie porywający. Strauss okrutnie nudny. Nieco odświeżenia przyniósł Poulenc, bardzo klasyczny w formie i nieco nowocześniejszy w brzmieniu, orkiestracji (ale nie harmonii).

2024-03-09 Zadupia (António Lobo Antunes )

Największą wartością tej książki jest język, bogaty w metafory, żywy, barwny. I tym efektownym, błyszczącym językiem opowiada się o upadku człowieka, o którym dziś powiedzielibyśmy, że cierpi na PTSD. Ale narrator ani jego otoczenie nie zna pojęcia stresu pourazowego. Mowa zresztą o konflikcie w Angoli w latach 60-tych. Mamy zatem bohatera osaczonego przez wspomnienia wojny. Jako wojskowy lekarz był zresztą szczególnie narażony na kontakt z tym co w czasie wojny najgorsze - rozszarpane przez miny ciała, amputowane kończyny, do tego epidemie, chorzy Afrykańczycy, malaria, trąd i in. Co gorsza w ojczyźnie dzieje się nie lepiej - tajna policja PIDE dociera nawet do Angoli i można stać się jej ofiarą.

Nie przekonuje mnie niestety pomysł, wedle którego narrator opowiada w ciągu jednej nocy te wszystkie okropieństwa przypadkowo poznanej kobiecie. Ja wiem, że to jest taka licentia poetica, ale nie kupuję, że w usta gościa przy kieliszku w jakiejś spelunie wkłada się prozę poetycką.

Pewnie ważna książka dla Portugalczyków.

środa, 6 marca 2024

2024-03-06 Dobrzy nieznajomi, reż. Andrew Haigh

Po pierwsze dobry, intrygujący, skłaniający do refleksji scenariusz, w którym nic nie jest oczywiste. Od prawie samego początku pojawiają się pytania. Matka? Ojciec? przecież oni są w wieku Adama? I ta scena, kiedy ojciec wyłania się z zarośli, Adam idzie za nim. Odnajdują się w sklepie, ojciec kupuje flaszkę i mówi: idziemy! Wygląda jak typowe łowy gejowskie. Haigh prowadzi zatem widza na manowce i wiele rzeczy każę odgadnąć samemu. 

Widzę w tym filmie dużo prawdy psychologicznej. Wiele osób LGBT na tyle niepewnie czuje się w realnym świecie, że tworzy sobie wewnętrzny świat iluzji. Adam dodatkowo dotknięty traumą wczesnej utraty rodziców ucieka od świata do rojeń o zmarłych. Szansą na wyjście z tego na pozór bezpiecznego miejsca, które w rzeczywistości jest ślepą uliczką jest Harry.

Musimy się domyśleć, co się wydarza. Np. tego, że Harry umiera, a Adam z jednej urojonej relacji (z rodzicami) przeskakuje do drugiej, w której Harry jest jego partnerem. 

Dobrze zagrane, dobrze napisane. Do pełni artystycznego szczęścia brakowało mi jednak jakiegoś utożsamienia się z którymś z bohaterów. Moje życie jednak wydaje się zdecydowanie szczęśliwsze... Nie zmagam się z uzależnieniem, chyba nie jestem ofiarą tak głębokiej traumy jak Adam. Domyślam się, że są tacy, dla których historia może stać się wglądem w samych siebie.

Oceniłem na 8

wtorek, 5 marca 2024

1-3 marca 2024 Szczecin

Piątek

Przyjazd w ponurym dniu. Rozpoczynamy po zameldowaniu się w hotelu od koncertu w filharmonii. Grają VIII Brucknera. Poza trzecią częścią dobrze wykonaną dzieło dość nużące, dodatkowo w wykonaniu szczecińczyków dość zabałaganione w I Aufzugu. Wspomniana 3. część jednak zjawiskowo zorkiestrowana, miejscami monumentalna, a mimo to tak napisana, że słychać harfę, która ma tam dużo do przekazania. 

Po koncercie lądujemy w restauracji Public Fontanny. Kiepski pad thai, być może z kiepskich składników, ale dobre drinki, zwłaszcza rumowe. Niestety dwie porcje i piwo muszę chyba winić za rozstrój żołądka następnego dnia (chyba że winowajcą był nieudany i mocno ostry pad thai).

Sobota

Śniadanie w sympatycznej knajpce "Nad piekarnią". Decyduję się na kanapki, bo - raz - wspomniane problemy żołądkowe, a - dwa - wiem, że wrócimy tam jutro. Po śniadaniu spacer. Kierunek Łasztownia, czyli ta część Szczecina, której jeszcze nie znamy. 

Widać, że miejsce żyje tylko latem. Teraz to opustoszałe nabrzeża. Ale piękny widok na Wały Chrobrego i ciekawe atrakcje takie jak pomnik Krzysztofa Jarzyny czy szkuner "Kapitan Borchardt", który w Amsterdamie był pono burdelem. 

Na starówce kawa w "Kusi mnie". Kuszą wystawiając lustro z napisem "Kusząco dziś wyglądasz", ale mają ładnie w środku, dobrą herbatę i sernik. Zwiedzamy też dziedziniec zamkowy. Do domu idziemy trochę naokoło, bo przez park Żeromskiego i plac Zgody, gdzie japoński udon pomaga uleczyć żołądkowe problemy. Świetna knajpa Isakaya, trzeba do niej wrócić. Zmęczenie. Dwie godziny drzemki i powrót na starówkę do opery. Brniemy tym razem przez okolice Czerwonego Ratusza, tamtędy też będziemy wracać.

W Operze na Zamku "Dokręcanie śruby" Brittena. Zaskoczenie nawet dla mnie, bo tak zorkiestrowane dzieło jest jednak rzadkim zjawiskiem, do tego w rolach głównych dwójka dzieci. Libretto tegoż dzieła może być wyzwaniem. Rzekomo horror, ale z emocjami jak z meczu szachowego. Do przerwy męczyłem się bardzo. Druga odsłona wciągnęła bardziej. Zwłaszcza zaś finałowe sceny z umierającym chłopcem, kuszącym go Quintem i guwernantką przejmującą piosenkę chłopca z cudownym kończącym całość morendo. Ukłony dla fantastycznej wokalnie obsady, w tym chłopca. 

Przyznać trzeba, że decyzja o wystawieniu tej opery była jednak odważna, choć, biorąc pod uwagę efekt końcowy, jakoś uzasadniona. Kameralna i urokliwa sala, jaką dysponuje Szczecin dodała uroku temu przeżyciu. Może w innej reżyserii udałoby się więcej wycisnąć?

Dzień kończymy lampką wina w "Bachusie" na rynku. Miejsce do zapomnienia.

Niedziela

Śniadanie w "Nad piekarnią". Tym razem jajo sadzone, moje ulubione frankfurterki i na bogato, fasolka, sałata, pieczywo. Potem spacerowym krokiem jeszcze do miasta. Boguś chce kawę na rynku, ale nie ma miejsca, więc idziemy na Odrzańską, tam już nie tak miło, troszkę śmierdzi. Potem pociąg i wracamy.



29.02.2024 N. Żmichowska, Poganka

Dużą wartością wydania Biblioteki Narodowej jest obszerne opracowanie zawierające życiorys Żmichowskiej w kontekście historyczno-kulturowym Polski w poł. XIX w. Opis życia feministki, niejako prototypu emancypantki, która swą postawą budziła wyraźny opór współczesnych, wydaje się daleko ciekawsze niż treść powieści mocno zanurzonej w stylu romantycznym. Zdaje się, że solidnej roboty epickiej nauczyli Polaków dopiero pozytywiści. Żmichowska pozostaje w nurcie dość mętnego romantyzmu.
Historia Beniamina, pokrewna nieco historii Tannhausera w grocie Wenus, odczytywana bywa jako alegoria romansu Żmichowskiej i Zbyszewskiej. Gruba warstwa woalu nie pozwala jednak w żaden sposób dojść do sedna i wpisuje się w ciąg dzieł gubiących się w jakichś niezbyt atrakcyjnych dla czytelnika wizjach, w którym znajdziemy dzieła od Beniowskiego aż po XX-wieczne epigońskie próby w stylu "Opowieści o papierowej koronie" Czechowicza.
Pióro nawet niezłe, plastycznie i z nerwem oddane poszczególne sceny, np jazdy konnej z bratem, w trakcie której następuje spotkanie z wilkiem.
Dialogi nużące, nienaturalne, pozwalające bohaterom na słowotok, którego w rzeczywistości nikt znieść by nie mógł.

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...