niedziela, 24 września 2023

2023-09-23 Koncert finałowy Warszawskiej Jesieni

Po raz pierwszy w Filharmonii Narodowej i po raz pierwszy na Warszawskiej Jesieni. Po raz pierwszy piłem gin z tonikiem czekając we foyer na koncert. Dużo tych pierwszych razów. Ale najważniejsze było to, że w wieku 42 lat wciąż mogę doświadczać zupełnie nowych wrażeń artystycznych. Gdybym był młodszy, mógłbym popaść w jakąś egzaltację. Przed koncertem wyłowiłem wzrokiem Wojciecha Michniewskiego. To miłe bardzo spotkać lubianą postać z radia.

Przejdźmy wreszcie do koncertu. Składał się z 6 utworów.

1. Teoniki Rożynek, Shift  na orkiestrę i audio playback (2022)

Zaczyna się z tytułowego playbacku. Teoniki serwuje słuchaczowi dwa dźwięki z dwóch biegunów słyszalności. Wysoki pisk, bliski granicy ultradźwięku i drgający basowy pomruk. Potem wchodzą jakieś sonorystyczne szmery układające się w rytmiczne chrapanie. To jest taki "Stary niedźwiedź mocno śpi", którego jednak muzycy prowadzeni partyturą Rożynek odważają się obudzić. Kalejdoskop pomysłów (stąd tytułowa zmiana?): w elektronice jakieś kosmiczne przestrzenne dźwięki, cała paleta sonorystycznych zabiegów na tradycyjnym instrumentarium i wreszcie wieńczące całość decrescendo harmonijek ustnych, na których grają smyczkowcy. Siedząca za mną muzyczna rodzina z dzieckiem komentuje: "Teoniki to jest żyleta". Owszem, bogata dźwiękowo rzecz, ale ciekawe utwory miały dopiero nadejść. Miałem dodatkowo wrażenie przesytu różnymi pomysłami. Za dużo grzybów w tym barszczu. Smak przez to coraz mniej wyrazisty.

2. Katherine Balch, Kalesa Ed Kaluca (2019)* na siedem kontrabasów

To bardzo solidna warsztatowa w sumie etiuda, która pokazuje co można wydobyć z tego instrumentu. Tu również mamy całą masę zabiegów sonorystycznych. Wydaje się, że Balch poszukuje takiej nietemperowanej harmonii szmerów, stuków, przechodząc jednak stopniowo do coraz bardziej temperowanych dźwięków wykonywanych smyczkiem lub pizzicato. Jest też poszukiwanie nietradycyjnych brzmień z użyciem tradycyjnych technik. Mikroglissanda przesuwane tam, gdzie nie ma już podstrunnicy zbliżają dźwięki kontrabasów do dzwonów rurowych. To wszystko odbywa się w porządku, który układa się w całość sprawiającą wrażenie bardzo dopasowanej.

3. Agata Zubel II Koncert fortepianowy (2022)* na dwa fortepiany i orkiestrę symfoniczną
(zamówienie London Philharmonic Orchestra i Filharmonii Narodowej w Warszawie)

To już jest numer z pogranicza sztuk. Owszem, prawie "klasyczny" koncert fortepianowy wzbogacony specyficznie uteatralizowanym zadaniem pianistki. Tomoko Mukaiyama wkracza na scenę w jaskrawożółtej szacie. Przypomina trochę tybetańskiego lamę. Do tego żółte buty Nike. W teatralnym geście wznosi ręce i gra na dwóch fortepianach partyturę, którą na moje oko i ucho dałoby się zrealizować na jednym instrumencie. Fortepian wykorzystywany jest tu dwojako. Skrajne części utworu ustawiają oba instrumenty niemalże w roli perkusji. Rytmicznie, fortissimo uderzane akordy roztapiają się w dość hałaśliwym akompaniamencie orkiestry. Ale słyszy się tu także dialog solistki z całym aparatem wykonawczym. Fortepian i orkiestra "odpowiadają" sobie czy to pojedynczymi dźwiękami, czy to sekwencjami i strukturami. Wyraźnie słyszalne jest to w środkowej części, w której kompozytorka uspokaja niejako nastrój i wykorzystuje fortepian jako typowo koncertowy, wirtuozowski instrument.

4. Alex Vaughan Biblaridion (2017)* na osiem puzonów

Utwór podobny w założeniu do tego na kontrabasy. Ma pokazać możliwości ciekawego przecież instrumentu. Mniej tu sonoryzmu, więcej gry barwą dźwięku przy tradycyjnej artykulacji, urozmaiconej jedynie wykorzystaniem trzech typów tłumików. Być może byłem już byt rozproszony, a być może utwór był jednak nudniejszy od pozostałych.

5. Wojciech Błażejczyk Liturgy of the Object (2023) na obiektofony, chór i orkiestrę symfoniczną

Od początku drugiej części koncertu intrygująco wyglądało zgromadzone na estradzie instrumentarium potrzebne do wykonania tego utworu. Była to zdecydowana kulminacja wieczoru. Coś co można byłoby nazwać rekapitulacją wszystkiego, co nazywamy muzyką. Przedsięwzięcie ambitne, bezczelne i w efekcie wizjonerskie. Kompozytor przetestował możliwości muzyków-wykonawców docierając niemal do granic muzycznego poznania. Niewyobrażalne, że tak zuchwały plan dał się zamknąć w skończonym dziele. Mamy tu przedziwną mieszankę elektroniki (brawo dla elektroakustyka!), muzyki konkretnej i sonoryzmu. Zadaniem chóru jest tu niejako kontra z pozycji tradycjonalistycznych. Słyszymy chorał gregoriański (!) i atonalne zbiorowe sceny w stylu brittenowskim. Mamy też znów element teatralno-performatywny. Perkusista Miłosz Pękala jako solista tego utworu gra na tytułowych obiektach. A są to wzmocnione i modulowane elektronicznie: świnka skarbonka, drabinka z lodówki, klosz od lampy, kartonowe pudło, masa jakichś duperelek, styropianowe opakowania, blaszana obudowa od mikrofalówki, pleksi. Można na tym grać ręką, smyczkiem, pałeczkami, patyczkami, metalowymi drutami a nawet wibrującą elektryczną spieniarką do mleka. Tak, oto prawdziwa liturgia, w której do dzikiego świata dźwięków to człowiek najpierwotniejszym swoim instrumentem czyli głosem wprowadzić może "muzyczny" porządek. Nie pomaga wspomniany chorał, trzeba przekrzyczeć, przeskandować obiekty i wtórujące im rozwydrzone sonorystycznie klasyczne instrumentarium. Obiekty, przedmioty, to co posiadamy, bierze nas jako zakładników. To wszak chórzystki na końcu trzymając kawałki styropianu, pudełka, plastikowe butelki wydają dobrze znane piski, szelesty, zgrzyty. Muzyka jest wszędzie. Muzyka wszechogarnia. Wszystko jest muzyką. Amen.

6. Hans van Koolwijk Balloon Performance

Finałowy utwór dowodzi przemyślanej konstrukcji całego wieczoru. Po feerii dźwięków, którą zaserwował Błażejczyk, przychodzi muzyczna prostota, prymitywizm wręcz, ale opakowany tak zaskakująco i efektem tak niesamowitego pomysłu, że z gmachu filharmonii słuchacz wychodzi oszołomiony audialnie, wizualnie i poznawczo. Jeśli spotkać się można często ze stwierdzeniem, że muzyka i matematyka to w zasadzie to samo, to Hans van Koolwijk dowodzi jedności muzyki z fizyką. Niby rzecz równie oczywista, ale unaoczniona niejako łopatologicznie. Pomysł jest prosty, ale żeby na niego wpaść, potrzeba geniuszu: napełniamy balony helem. Jako zatyczek - wentyli używamy piszczałek różnych grubości. Puszczamy balony. Szybują one pod sufit filharmonii. Gaz wydobywający się otworem piszczałek jest źródłem dźwięku. Gaz w balonie kończy się, balon opada i przestaje "gwizdać". Najpierw wielogłos, a na końcu ostatni samotny balon i jego słabnący pisk. Wszyscy patrzą w sufit. To fizyka, nie człowiek decyduje o końcu koncertu. Niesamowicie koresponduje to z "Liturgy of object". Czy jest lepsze miejsce na taki performance niż Warszawska Jesień?

niedziela, 17 września 2023

17.09.2023 Nowy Tomyśl, Lwówek, Opalenica

Nieudana wycieczka. Zapowiadała się ciekawie, niestety pod Lwówkiem podczas zrywania jabłek z przydrożnej jabłonki Bogumił zauważył, że ma dziurę w oponie, a z niej wystaje bąbel dętki. Chwilę później oczywiście przebił tę dętkę. Wymiana, zabezpieczenie pęknięcia na mojej głowie. Boguś nie wozi narzędzi i nie interesuje się stanem roweru. Kiedy mu to powiedziałem, to się obraził. 

Oponę dało się skleić przy pomocy zestawu do klejenia dętek od wewnątrz i z zewnątrz. Tak by wytrzymało chociaż do końca wycieczki. Niestety zwiedzanie z duszą na ramieniu zabija całą przyjemność eksploracji. W Pakosławiu obmacawszy sklejone miejsce Boguś stwierdził, że chce jak najkrótszą drogą wracać do pociągu.

Co zdołaliśmy zobaczyć? W Wytomyślu dwór, niestety odnowiony bez szacunku dla historycznej tkanki. Szkoda, jak po modernizacji dworki i pałace zaczynają wyglądać jak współczesne kolumienkowe kiczowate chaty docieplone styropianem. Bardzo ładny za to kościół i jego otoczenie oraz cmentarzyk ze starymi grobami. 

W Lwówku największe wrażenie robi kościół. Duży, gotycki z malowanym sufitem i ścianami. Wielki jak na takie miasteczko jest też rynek. Ciekawa była ruina kościoła ewangelickiego i barokowy kościół cmentarny z kopułą. Rzadko spotykana rzecz w Wielkopolsce. 

Rozczarowanie to brak dostępu do pałaców w Posadowie i Pakosławiu. Zwłaszcza ten pierwszy wygląda monumentalnie. Niewiele jednak dało zobaczyć pomiędzy drzewami. 

Z Pakosławia 18 km jazdy bez przerwy ruchliwą i niezbyt piękną szosą. W Opalenicy knajpa "Szplin". Plindze z gzikiem dobre (zwłaszcza gzik, który robił wrażenie robionego metodą domową). Sałatka z camembertem natomiast ohydna z uwagi na zalanie jej konfiturą z żurawin. Wszystko pływało w tych żurawinach. Boguś poczęstował mnie swoją pizzą. Zakalcowate ciasto. Dość paskudna.



sobota, 16 września 2023

15.09.2023 Skończ z tymi kłamstwami


Ekranizacja powieści Philippe'a Bessona. Ani jego powieści, ani tego filmu z pewnością nie można zaliczyć do arcydzieł. Bardzo sztampowy. Być może poruszy starszą publikę, wśród której znajdzie się pewnie niejeden pan nadal siedzący w szafie. W całym seansie najciekawsza i najzabawniejsza była sytuacja pozaekranowa. Przed nami w kinie usiadło dwóch mężczyzn. Uznałem, że para. Kiedy w piątej minucie filmu doszło do sceny zbliżenia męsko-meskiego, panowie z rzędu przed nami uciekli w popłochu z sali. Boguś twierdzi, że pomylili sale i na pewno chcieli iść na "Oppenheimera". Jeśli to pomyłka, to iście freudowska. 

Po filmie miły wieczór w Bratankach na winie i langoszu paprykowym. Boguś jadł fenomenalną zupę cebulową. Muszę wrócić tam na tę zupę.

14.09.2023 Leonie Swann, Sprawiedliwość owiec

Nie czytam kryminałów. W tym wypadku skłonił mnie podtytuł książki "Filozoficzna powieść kryminalna". Skąd ta przydawka "filozoficzna"? Nie ma jej w oryginalnym tytule "Glennkill. Ein Schafskrimi". Może dlatego, że parę owiec, bohaterek książki snuje metafizyczne rozważania o otchłani? Na wyrost ta filozofia. Historyjka, prosta, w żaden sposób nie porywająca. Umieszczenie akcji w prowincjonalnej irlandzkiej mieścinie daje wielkie pole do popisu. W takich miejscach genius loci snuje się jak wieczorna mgła przy ziemi, wystarczy go tylko dobrze uchwycić. Tak jak to po mistrzowsku zrobiła Diane Setterfield w "Była sobie rzeka". Zwierzęta jako bohaterowie powieści dają z kolei możliwość autorom do zaprezentowania talentu satyrycznego. Nic z tego. Czasem może przemknie przez twarz czytelnika jakiś wątły uśmieszek, ale to tyle. Obawiam się, że nic z tej książki nie zapamiętam.

niedziela, 10 września 2023

10.09.2023 Wapno

Start w Laskownicy Małej. Tuż obok, w Laskownicy Wielkiej, orientuję się, że już tędy kiedyś jechałem. Odbijam na Łukowo. Pałac do niedawna zrujnowany odzyskuje dawny blask. Renowacja przebiega jak się zdaje z szacunkiem dla historycznej tkanki. Niestety efekty można podziwiać z daleka, zza płotu. Niedaleko pałacu cieszy oko piękny krajobraz - bujna zieleń nad stawami rybnymi i wrzask ptactwa wodnego. Z dala widać mnóstwo łabędzi.

Kolejny przystanek to Czeszewo. Kościół gotycki, szkoda, że otynkowany. Obok ukryty w krzakach pałac. Nieco dziwny. Typowo dworkowy z doklejoną masywną wieżą z krenelażem. Obrośnięty samosiejkami. Niewiele widać z zewnątrz. W Kujawkach ciekawy budynek z czerwonej cegły, też jakiś rodzaj dworku. Dalej jedyny las na tej trasie. 

Do Wapna dociera się malowniczo wijącą się pomiędzy pagórami drogą. Najpierw wita mnie wieża ciśnień, potem spichlerz ze stawem, zupełnie zielonym. Samo Wapno, jak można się było spodziewać, podupadło po katastrofie górniczej i zamknięciu kopalni. Duży jak na taką dziurę dworzec świeci pustkami, w pobliżu górnicze wagoniki z datą katastrofy przypominają historię tego miejsca. Do kopalni soli można bez przeszkód wjechać. Potężne budynki robią duże wrażenie. Jednym z ciekawszych budynków w tej wsi jest też coś, co było wcześniej chyba domem kultury. Portyk z kolumnami w kształcie amerykańskich prekolumbijskich bóstw. 

Obok Wapna równie ciekawa miejscowość - Srebrna Góra. Właśnie dlatego wybrałem tę trasę, wiedząc, że Boguś w tej samej chwili będzie w Srebrnej Górze w Górach Sowich. Zrobiłem sobie zdjęcie przy tabliczce na wjeździe do miejscowości i wysłałem mu z podpisem: "Szach mat, Żmijo!". Wieś piękna - okazałe założenie pałacowe - XVIII-wieczny pałac z dwiema dworkowymi oficynami po bokach. Vis a vis klasycystyczny kościół na wzgórzu. Soczysta zieleń, bujne drzewa. Idealne miejsce na drugie śniadanie. 

Dalej upalny powrót w stronę Wągrowca. Po drodze całkowita ruina pałacu w Smuszewie. Widać jeszcze szczątki ozdobnego frontonu. Wszystko się jednak rozpada. Wdziera się natura. Za kilka lat nie będzie nic. Sąsiedni pałac w Wiśniewie, zdecydowanie mniejszej urody, miał więcej szczęścia. Widać, że ostatnio wymieniono okna, ale budynek stoi pusty.

Polami jadę w stronę Tarnowa Pałuckiego. Przyjemny zagajniczek w Plebance. Mam nadzieję, że kościół w Tarnowie będzie otwarty. Niestety nie udaje się. Trasa do Wągrowca jest najmniej przyjemna Ruchliwa szosa. W Wągrowcu czasu jest tylko tyle, by kupić i wypić piwo 0%.

W drodze powrotnej spotykam w pociągu te same osoby, które jechały rano w przeciwnym kierunku. Młodą kolarkę już któryś raz spotykam na tej trasie. Rodzice z dziatwą na rowerkach i w wózku rowerowym walczą z wyjącymi pociechami. Po ojcu widać, że ma już dość. Matka bardziej wytrwała. Hałaśliwa grupa seniorów dosiada się niestety do mnie. Jedyna pani w tym gronie opowiada jakieś dyrdymałki i tańczy. Facet obok mnie śmierdzi i wygłasza wykłady o lekach, o grzybach o własnościach silikonu. Na Garbarach wręcz uciekam z pociągu.



9.09.2023 Kruszwica


Zabieramy na wycieczkę debiutantkę - Karolinę D. Przyjemnie i wesoło jedzie się pociągiem, choć na wejściu konduktorka straszy, że nie wpuści, bo są tylko 4 haki, a my nie mamy biletów na rower.
Wysiadamy w Kołodziejewie. Tu dwór i kościół. Potem gruntową drogą przez kujawskie pola. Mamy szczęście do tych dróg bo większość ocieniona jakimiś drzewami. Na początku akurat nadarzyły się grusze. Nazrywaliśmy więc owoców.
Docieramy do Głogówca. Działa tu chyba jakiś rzeźbiarz ludowy. Przy drodze mnóstwo powalonych pni, z których tenże wyczarował jakieś anioły, syreny i inne dziwy. NA końcu wsi folwark z ciekawym pałacem. Podczas te wycieczki będzie nam zawsze towarzyszył dreszczyk emocji, bo będziemy wchodzili na posesje opatrzone zakazem wstępu. Po drodze są jeszcze Strzelce z dworem i kościołem drewnianym - zamkniętym.
Pokonując groblę na Jeziorze Pakoskim, widzimy, jak niski poziom ma ten akwen i Noteć Zachodnia. Południowy kraniec jeziora (Jezioro Bronisławskie) to wręcz błotnista kałuża, do tego śmierdząca i zazieleniona.
Strzelno robi wrażenie mieściny bardzo podupadłej. Oczywiście dwa romańskie kościoły odpicowane na wysoki połysk odcinają się bardzo od reszty miasta. Trzeba mi było zwiedzać Strzelno na dwa razy. Lat temu 11 udało mi się zajrzeć do kościoła klasztornego (św. Trójcy). Widziałem wówczas sławne kolumny. Tym razem podczepiliśmy się pod wycieczę nauczycieli i zajrzeliśmy do wnętrza rotundy św. Prokopa. Kiedy grubasek przewodnik opowiadał pierdółki o cudach świętego Prokopa - kojarzyciela małżeństw, wdrapaliśmy się z Sylwiuszem po drabince na emporę. Zasiadał tam Łokietek, Jagiełło i Napoleon. Teraz my.
- Święty Prokopie daj mi po chłopie. Może być garbaty, byle bogaty - oto znak, że należy opuścić rotundę, bo przewodnik obniża loty. W parku przy tutejszym pałacu jemy śniadanie i ruszamy dalej. Znów polne drogi, a porośnięta starodrzewiem aleja przy Polanowicach jest przepiękna. W tejże wsi miły młody pan na portierni folwarku pozwala nam podejść do pałacu, który jest dość okazały i posiada wieżę - obserwatorium astronomiczne. Kolejna gęsto zadrzewiona aleja doprowadza nas do samej Kruszwicy.
Szkoda, że miasto mające tak wielką atrakcję turystyczną jest tak zaniedbane. No, ale przynajmniej Mysia Wieża dostarcza emocji. Wyświetlane z rzutnika myszy gonią odwiedzających. Duża i ładna atrakcje jest pod samą Kruszwicą. Pałac w Kobylnikach. Akurat trwał tam festiwal poezji. Niestety mający chyba za sobą lata świetności. Bywali tu drzewiej bardziej znani poeci (Józef Baran), teraz chyba tylko lokalne sławy.
Kolejny folwark - Szarlej - znów zwiedzamy z dreszczykiem. Tutejszy dwój nie jest już tak okazały jak poprzednie, ale Sylwii udaje się wejść do środka. Ostatni dwór na trasie to Łojewo - odrestaurowany i zamieszkały.
W drodze do Inowrocławia niespodzianka. Mijamy niepozorny różowy domek. Na nim mosiężna tablica "Tu urodził się Jan Kasprowicz". W środku małe muzeum, bez żadnych eksponatów. Jest za to pani - chodzące kompendium wiedzy o Janie Kasprowiczu. Dowiadujemy się, że dom powstał na miejscu starej chałupy wiele lat po urodzeniu poety. Mieszkała w nim siostra Kasprowicza i jej rodzina. Pani zdążyła nam opowiedzieć losy Jana mniej więcej do matury. Potem musieliśmy pożegnać się i pędzić na pociąg. Udało się jeszcze zahaczyć o Rynek, zjeść lody.
Na dworcu powtórka z rozrywki, konduktorka krzyczy, że nie wpuści nas z rowerami. Nie rozumiem, po co ten teatr, skoro koniec końców wpuszczają.
Dzień kończymy miłą kolacją w Południu. Empanady a'la caprese, ja do tego zupę mazurską. Kamila zabija swym cudnym uśmiechem, a na końcu obdarowuje nas chlebem. Byliśmy ostatnimi klientami, a zostało i jeszcze mnóstwo chleba. Gdy wychodzimy, potańcówka w rytmie tanga trwa w najlepsze.

8.09.2023 Majgull Axelsson, Dom Augusty

Coś w rodzaju sagi skandynawskiej, ale osadzonej w XX wieku. Pod kątem rozprawy z przeszłością, dzieciństwem pozbawionym miłości rodzicielskiej, kojarzy mi się bardzo ta powieść z "Czerwonymi szpilkami" Magdaleny Tulli. Mam jednak wrażenie, że literatura Tulli jest wyższej próby. U Axelsson widać za to mocne zainteresowanie psychologią. Skutek braku miłości w dzieciństwie to emocjonalne zamknięcie, najbardziej widoczne u Alicji, uzależnienie od seksu - druga strona medalu (Andżelika). Najbardziej zagadkową i skomplikowaną postacią jest zaś Augusta. Z jednej strony kochająca Izaaka i synów, z drugiej okrutna i zimna dla córki.
Kompozycyjnie dość ciekawa książka, mieszająca chronologię i trzy różne płaszczyzny czasowe (młodość Augusty - okolice Wielkiej Wojny, młodość Alicji - lata 50' i teraźniejszość - młodość Andżeliki - koniec XX w.). Dużą wartością jest też umiejętność wnikliwej obserwacji, skupienie na detalach. Dobrze się czyta, ale nie jestem pewien, czy coś z tej powieści pozostanie ze mną na dłużej.

niedziela, 3 września 2023

2 września 2023 Złotów

Nogi nie chciały mnie od samego rana nieść, jednak wybraliśmy się na dawno planowaną wycieczkę do Złotowa. Start w Okonku, który pomimo malowniczości okazał się dziurą mocną podupadłą. Ciekawe okolice kościoła, niektóre kamienice nawet duże, ale wszystko mocno zaniedbane. Na rzeczce czarnej kaczka albinoska. 

Szosą przez las do Lędyczka, który również jest nieco zapomniany, a dawną świetność trzeba zeskrobywać spod warstwy zmurszałych tynków... Ładnie tu nad Gwdą, która utrzymuje wysoki poziom. Przy kościele pomnik, chyba bohaterów Wielkiej Wojny, dziś z zatartymi śladami niemieckiej historii. 

Na szosie złotowskiej szaleje wiatr, który wieje nam w oczy. Zbaczając to w lewo, to w prawo, zaglądamy do kolejnych zapomnianych wsi.

Grodno - za pagórami, po betonowych pływach można dojechać do stadniny koni z pałacem, który po restauracji zatracił atrakcyjność starego zabytku.

Krzywa Wieś - położona w kotlince perełka z kościołem ceglastym, drewnianą kuźnią i brukowanymi uliczkami. Maleńka, kilkanaście domów.

Bielawa - pofolwarczne założenie. Ciekawy pałac, mocno podupadający, częściowo zamieszkały. Oby przetrwał...

Wreszcie Radawnica - tu otrząsamy się z atmosfery rozpadu. Wieś była ośrodkiem polskości w 20-leciu. Uniwersytet Ludowy działający w starym pałacu lśni i pięknie funkcjonuje. Folwark obok nieco podupadły, ale jaki malowniczy! Gęsi pasą się przy oborze z gotyckimi szczytami. Obok poewangelicki chyba kościół z ciosów kamiennych. Malowniczy, ale po zaglądnięciu przez okienko do środka, widać, że od kilkunastu co najmniej lat zupełnie nieużywany. Wystarcza neogotycka świątynia położona w innej części wsi. 

Przed wjazdem do Złotowa zbaczamy jeszcze do Dzierżążenka. Kusi nas gruba, ceglasta podstawa starego wiatraka. W samym mieście wita nas pałac Działyńskich. Przydałby mu się mały remont. Potem barokowy, dość bogaty kościół, niedaleko na placu drugi neoklasyczny, poniemiecki, obok neogotyckie więzienie. Zjeżdżamy nad jezioro, docieramy do cmentarza i kościoła św. Rocha. Ładny neogotyk, na ścianach kościoła i na niektórych grobach widać znak Rodła - symbol Polonii w Niemczech. W parku Adama Mickiewicza wieszcz ukazany tak, jak prawie nigdy się go nie pokazuje. Młody poeta w pelerynie, oparty o głaz. Kwintesencja romantyzmu. 

Po drodze na rynek kilka zabytków z początku wieku - Rada Miejska, a obok Dom Polski. Przed nim ławeczka ks. Bolesława Domańskiego. Przechodzące licealistki włączyły nam tajemny guzik, dzięki któremu, pomnik księdza zaczął przemawiać. Usłyszeliśmy tedy 5 Prawd Polaków z przemówienia wygłoszonego w 1938 roku. 

  1. „Jesteśmy Polakami”
  2. „Polak Polakowi Bratem!”
  3. „Wiara Ojców naszych jest wiarą naszych dzieci”
  4. „Co dzień Polak Narodowi służy”
  5. „Polska Matką naszą – nie wolno mówić o Matce źle!”.

Rynek nie wyróżniał się niczym specjalnym. Były tu trzy knajpy, więc postanowiliśmy coś zjeść. Jako że ludzie siedzieli tylko w jednej - barze Miś - weszliśmy tamże. Po informacji, że na kotleta trzeba czekać 45 minut, udaliśmy się na poszukiwanie innego lokalu. Wylądowaliśmy w restauracji Cechowej, dość przyjemnej. Pierś z kurkami, opiekane ziemniaczki i surówka z młodej kapusty. Bez rewelacji, ale też bez zawodu. 

Po obiedzie pojechaliśmy zobaczyć budynek starostwa i pomnik Piasta. Niedaleko był też dworzec, ładny budynek, niestety niszczejący. W mieście zajrzeliśmy jeszcze ponownie nad jezioro, w miejsce, w którym niegdyś stał zamek. Pozostało po nim dosłownie kilka kamieni. Malowniczy mostek wiedzie nas do skansenu, a dalej droga do Jastrowia.

Po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy wysadzonym w styczniu 1945 moście na Gwdzie. To dziś atrakcja, zatrzymują się tam wycieczkowicze. Z mostu nasypem, po którym kiedyś biegły tory jedziemy w stronę Jastrowia. Wjazd od strony Złotowa zaskakuje. Po drodze dość bogate wille z początku XX w. Ciekawy budynek szkoły, plac przy kościele i główna ulica również noszą ślady świetności. Odnajdujemy także kirkut z zachowanymi macewami. Było to z pewnością przed wojną ładne miasteczko. 

Dworzec sympatyczny, czekamy 20 minut na spóźniony pociąg. Obawy Bogusia o rzekomym przepełnieniu były na szczęście płonne. Wracamy do domu zmęczeni i zadowoleni. 



1 września 2023, Cicha dziewczyna, reż. Colm Bairéad

Cicha dziewczyna

Prosta historia. To sztuka zrobić dobry film w oparciu o tak prosty węzeł dramaturgiczny. Siłą tego obrazu są jednak przede wszystkim emocje, tym silniejsze, że w środowisku, w którym normą i obyczajem jest nieobnoszenie się z nimi, nawet najmniejsze wzruszenie ma energię wulkanicznej erupcji. Nie wiem, czy ten emocjonalny chłód, który był także tematem i etykietą "Duchów Inisherin" (innego z filmów oglądanych w tym roku) to jakaś irlandzka specjalność, ale po obejrzeniu tych dwu obrazów, trzeba chyba odetchnąć z ulgą, że wychowywało się w środowisku, gdzie było więcej ciepła.
Duża biegłość operatorska, dbałość o szczegóły i piękno kadru. Zabrakło jedynie "błysku", którego zawsze szukam w książkach, filmach. Błysku, który przenosi solidną, fachową robotę na poziom maestrii.

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...