środa, 3 maja 2023

2023.05.02 Płaszcz, Sinobrody i Turandot

Płaszcz i Zamek Sinobrodego to dwie części wieczoru w Opera di Roma. Połączenie dość nietypowe. Treliński robiąc w Warszawie i MET swojego "Sinobrodego" w połączeniu z "Jolantą" Czajkowskiego, mówił, że kluczem do obu dzieł jest temat światła. Wydaje się, że zestawienie rzymskie posłużyło się podobnym kluczem. Światło zapałki jako sygnał dla zakochanych w operze Pucciniego i obecność Judit jako światło dla ponurego zamku i jego właściciela u Bartoka. 

Zestawienie nierówne, ale pod koniec satysfakcjonujące dla tych, którzy dali radę przebrnąć przez dość przeciętną pierwszą część. Z dzisiejszej perspektywy werystyczne jednoaktówki chyba nie wytrzymują porównania z późniejszymi dziełami (wczesnym Straussem czy właśnie Bartokiem), wydają się mniej uniwersalne.

Inscenizacyjnie obie części wieczoru tworzą spójną całość. W migawkowych scenach libretta "Płaszczu" nie ma jednak przestrzeni do uwypuklenia emocji. Tu wszystko dzieje się jednak dość szybko, a akcja jest mocno skondensowana. Mimo to Gregory Kunde (Luigi) potrafił znaleźć tyle miejsca, by skupić uwagę widza na swojej postaci. To najbardziej wyrazisty protagonista tej części wieczoru. Warunkami fizycznymi niekoniecznie pasujący do swej roli, bardziej przypomina Cania z "Pajaców" niż kochanka z barki. Z burzą złotych, długich włosów, odmienny od całej kompanii jawi się niby jakiś zbawiciel dla zagubionej i zmęczonej życiem u boku Michelego Giorgietty. Z pewnością nie jest to kochanek wesoły, ale dojrzały, znający życie. Zupełnie "pod prąd" historii skreślonej przez Adamiego. Ten kontrast zupełnie mi nie przeszkadza, tym bardziej, że przyjemnie słucha się tego prawie 70-letniego(!) tenora. Kilka poprzednich realizacji z jego udziałem mocno mnie rozczarowało. Tym razem jednak Amerykanin brzmi bardzo ładnie. W średnicy i dolnym rejestrze jego głos przypomina nieco dojrzałego Pavarottiego. Wysoki rejestr znaczą dźwięki trochę "wyciskane", ale i tak kreacja Kundego to najjaśniejszy punkt "Płaszcza". Ciekawy jest też Luca Salsi (Michele), zwłaszcza w monologu zazdrości, w którym wymienia potencjalnych kochanków żony. Giorgietta Marii Agresty wypada w tym zestawieniu dość sztampowo, a jej sopran, choć brzmi bez zarzutu, to jednak nie olśniewa. 

Dwójka solistów zaangażowanych do drugiej części wieczoru kreuje zdecydowanie bardziej elektryzującą historię. Walorem Szilvii Vörös jest przede wszystkim krystaliczny, silny mezzosopran. Węgierka kreuje postać bardzo silną, władczą, pewną swej miłości do poślubionego właśnie męża, gotową na wyzwania, na spotkanie z prawdą, która docierała do niej wcześniej w postaci pogłosek. Chciałoby się jednak usłyszeć i zobaczyć w tej interpretacji więcej niuansów. Vörös to jednak śpiewaczka młoda. Można liczyć na to, że w przyszłości wyposaży swoje role w większą głębię. 

Zjawiskowo wypada Michaił Petrenko (Sinobrody), przy czym uwagę zwraca zwłaszcza jego aktorstwo. Wokalnie tworzy bardzo staranną interpretację, ale w jego głosie słychać niekiedy oznaki zmęczenia. Udała mu się wszakże bardzo rzadka sztuka. Doskonale połączył śpiew z próbą zarysowania psychologicznego rysu swojej postaci. W teatrze chyba wszystko już było, więc odejście od sztampowego wizerunku brutala nie wydaje się w "Sinobrodym" specjalnie nowatorskie, ale jeśli ma się do czynienia z takim budowaniem postaci jak u Petrenki, to jednak można poczuć bijący ze sceny powiew świeżości. Widzę w tej roli przestępcę seksualnego świadomego swoich win i chcącego jednocześnie zerwać z mroczną stroną swojego "ja". Spotkanie z Judit to dramat nieuchronności tego, co stać się musi. Wszelkie wysiłki księcia, uległość, rozpacz zdadzą się na nic. Judit dołączy do swoich poprzedniczek...

Warstwie inscenizacyjnej reżyser nadał charakter kolażu technik scenicznych oraz skojarzeń kulturowych. Jako że akcja rozgrywająca się na barce Michelego płynie symbolicznie ku śmierci, widzimy w tle sceny malowidło przypominające "Wyspę umarłych" Böcklina. Z kolei "Zamek Sinobrodego" rozpoczyna kilka taktów "Śmierci i dziewczyny" Schuberta. Skojarzenia uprawnione, choć niezbyt oryginalne. Trudno ocenić ten kolaż dwóch oper jako jedną całość. Gdybym miał wybierać, bez wahania przyszedłbym tylko na drugą część wieczoru.

*******

Tego samego dnia zdołałem jeszcze odsłuchać najnowszego nagrania studyjnego "Turandot", nagranego w Rzymie pod batutą A. Pappano. Bardzo przyzwoita propozycja. Żałować tylko należy, że nagranie nie powstało 5 lat temu. Głos Kaufmanna, choć tutaj na bardzo wysokim poziomie, wcześniej brzmiałby bez wątpienia jeszcze lepiej. Nie ma też wątpliwości, że na żywo ten zespół nie byłby w stanie wykreować tak dobrego efektu. Duże wrażenie zrobiła na mnie interpretacja "Non piangere Liu", niesłychanie liryczna, z dramatycznym zakończeniem. Do tego wspaniała jak zawsze Jaho jako Liu. Radvanovsky bardzo dobra, choć walory Turandot można moim zdaniem właściwie ocenić w warunkach scenicznych, a nie w studiu. 

Wielki plus to pierwsze w historii nagranie, które uwzględniło całość zakończenia napisanego przez Franco Alfano. Dotychczas "kanoniczną" wersją było zakończenie tegoż kompozytora, odchudzone jednak przez Toscaniniego o jakieś 100 taktów. Powszechnie narzeka się na robotę ucznia Pucciniego. Po jednokrotnym wysłuchaniu nagrania Pappano odnoszę jednak wrażenie, że to "odchudzenie" dokonane przez Toscaniniemu wcale nie przysłużyło się całości. A robota Alfano, bez późniejszych ulepszeń, brzmi świeżo, ciekawie i nie sprawia wrażenia "byle do przodu", które towarzyszyło słuchaniu najbardziej rozpowszechnionej wersji zakończenia tej opery.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...