O poranku w Kościanie odkrywam urokliwe ścieżki nad Obrą ocienione potężnymi klonami - prowadzą aż za miasto. Tu żelazny most kolejowy na nieużywanej trasie do Grodziska. Pierwszy przystanek godny wzmiankowania to Kokorzyn. Przemknęliśmy kiedyś przez tę wieś, omijając wspaniały pałac, który teraz trochę niszczeje, zamieszkały wprawdzie przez kilka rodzin, ale podupadający.
Walcząc z wiatrem i robotami drogowymi, dojeżdżamy do Starego Białcza. Tu barokowa niespodzianka - kościół wybudowany przez J. Catenazziego. Jak to bywa w okolicach Leszna, nieotynkowany, w środku msza, więc nie zwiedzamy.
Podczas tej wycieczki pokonujemy długie odcinki pomiędzy kolejnymi przystankami. W Brońsku na chwilkę zjeżdżamy z trasy przyjrzeć się wiatrakowi - koźlarzowi. Coraz ich mniej i w coraz gorszym stanie, więc miło, że ten jeszcze się jakoś trzyma. W Bielawach nad stawem jemy śniadanie, a Boguś podgląda kopulujące żaby. Tuż za stawem biegnie wąskotorówka Śmigiel - Śniaty - Wielichowo. Jedziemy kawałek wzdłuż torów, a potem polami do Kluczewa. Chata u Kowola trzyma się dobrze, a sklep, w którym z Tomkiem Macusiem kupowaliśmy piwo rozrósł się do rozmiarów bez mała pałacu.
Do pałacu w Siekowie - dziś szpital psychiatryczny - wiedzie boczną drogą malownicza alejka ukryta w żywopłocie grabowym lub wiązowym. Budynek szpitala robi wrażenie. Dobrze, że działa tam ta placówka, bo szkoda byłoby tego ciekawego pałacu. Boguś mówi, że w jego wieżyczce pijałby kawę, gdyby tam mieszkał. Wyjeżdżając główną bramą, spostrzegamy, że byliśmy na terenie ośrodka nielegalnie - wstęp wzbroniony.
Za Siekowem długi odcinek nadobrzańskimi łęgami. Tu jest tak dziko, z dala od cywilizacji, a jednak na mostku północnego kanału Obry płoszymy młodą parkę. Półnagi młodzieniec oddala się w stronę lasu zostawiając na moście dziewczynę w staniku z całkiem obfitym biustem. Młodzieniec też niczego sobie. Szerokie plecy...
We wsi Prochy perełka - drewniany kościół. Wrażenie robi nie tyle sama budowla, wielokrotnie przebudowywana, ile wyposażenie. Kościół był otwarty, a w nim stylowy barokowy ołtarz, a na jednej ze ścian późnogotycka grupa figuralna - Anna Samotrzeć!
Pruszkowo - zarośnięty cmentarz ewangelicki, znów kawałek piaszczystą polną drogą, która doprowadzi nas do parku pałacowego w Rakoniewicach. Założenie dość potężne - pałac jakich pełno, ale folwark duży z olbrzymim spichrzem. Dalej barokowy kościół. Rynek, który dość słabo pamiętałem, zrobił na mnie wrażenie rozmiarem. Powierzchniowo to całkiem spore założenie. Udało się wejść także do zboru ewangelickiego, który dziś jest siedzibą muzeum pożarnictwa. Pan ten sam co przed laty - pełen pasji z pewnością zachęca do ponownych odwiedzin.
Droga do Wolsztyna szosą - ale z wygodną drogą rowerową z boku. Szybko się jedzie. W Rostarzewie się nie zatrzymujemy - byliśmy 2 lata temu.
Wolsztyn niesamowicie tłumny, gwarny, mnóstwo ludzi wszędzie - nad jeziorem, w parku, na rynku na ulicach. Niespecjalnie jednak robi na nas wrażenie. Najbardziej chyba spodobała nam się promenada na palach nad brzegiem jeziora. Tuż przed wejściem na nią witają nas gęgawy, nie przejmujące się tłumem przechodzących ludzi i przejeżdżających rowerów. Mnie poza tym podoba się dworzec. Natomiast rynek rozczarowuje - ratusz bezstylowy zupełnie. Przyjemny za to był obiad w bistro Europa. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłem kotlet mielony (licząc lekko - jakieś 10 lat) do tego mizeria (bdb) i szparagi! Zupa Szparagowa przyzwoita, choć moja lepsza. Boguś miał niezłą kalarepową. Po zwiedzeniu miasta wróciliśmy do nich jeszcze na kawę. Mniam sernik polany wiśniami i bitą śmietaną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz