W zasadzie kryminał, ale wpleciony weń wątek romantyczny i osadzenie akcji w wiktoriańskiej Anglii czyni tę historię o wiele ciekawszą. Do tego temat przewodni, którym jest rzeka. Znakomity pomysł autorka przekuła w świetną powieść. Jest tu wszystko co lubię - lokalny koloryt, na który składają się miejsca, ale także wspaniale zarysowane postacie. Czyta się wartko. Nie ma tu oczywiście pretensji do tzw. wielkiej literatury. Przyjemna, wciągająca lektura do czytania w wolnych chwilach.
Najwięcej sympatii chyba trzeba mieć to do Rity - położnej, starej panny, która nie chce miłości, bo boi się ciąży lub raczej śmierci w połogu. W końcu jednak ulega szarmanckiemu fotografowi Dauntowi.
Druga z postaci to prawy Robert Armstrong, czarnoskóry gospodarz dobry dla wszystkich stworzeń.
No i Jonathan - syn oberżystów z Radcot, w którym odnajdujemy sympatycznego chłopca z zespołem Downa, który wzorem ojca próbuje zostać gawędziarzem, co niestety mu się nie udaje. Zbyt często zdarza mu się zgubić wątek opowieści.
Pomimo zła, które wydarza się w tej powieści, dostajemy idylliczny obrazek XIX-wiecznej angielskiej prowincji. Postaci są jednoznacznie nakreślone - albo dobre, albo złe. Nie ma nic pośrodku. Jakimś cudem przy takim skonstruowaniu tej książki autorce udaje się uniknąć kiczu. To chyba wiele świadczy o świetnym warsztacie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz