niedziela, 27 sierpnia 2023

2023-08-27 Wonieść

Start w Przysiece Starej. Boguś pokazał nam szkołę, do której chodziła jego mama, miejsce urodzenia babci, ale oczywiście największą atrakcją był dla nas pałac z folwarkiem. Nieco zaniedbany, ale wciąż do uratowania. W parku dworskim jest kapliczka neogotycka, dojście do niej było jednak tak zarośnięte, że zrezygnowaliśmy z próby dotarcia do niej. Zamiast tego skręciliśmy w polną drogę prowadzącą do Nielęgowa. Malownicza, pośród drzew, potem przez las. Przed Nielęgowem widać stada krów wypasane na łąkach pod lasem. W samym Nielęgowie można z zewnątrz zwiedzić pałac, w którym jest restauracja. Kiedy przyjechaliśmy, była nieczynna. Na powitanie wybiegły nam dwa wyżły i dwa kundle. Kundle obskoczyły nas i obszczekały, a wyżły obserwowały tylko z daleka. Potem jednak pozwoliły podejść, a nawet pogłaskać. Z kundelkami, które miały o wiele więcej uroku niż wyżły już tak łato nie było. Kiedy chciałem zbliżyć się do jednego, zaczął na mnie warczeć. 

Z Nielęgowa znowu przez las. Na jego brzegu mnóstwo jeżyn. Większość jeszcze nie dojrzała. Te które nadawały się do jedzenia były wspaniale słodkie. Za lasem widać już było wieżę kościoła w Wonieściu. Neogotyk, ale wg opisów na zrębach gotyckich. Wokół kościoła groby zasłużonych okolicznych ziemian. Pruscy, Bojanowscy i Skarżyńscy. Obok kościoła dom z wnęką, w której umieszczono figurę Michała Archanioła. Zrobiłem zdjęcie i przesłałem Miechunce.

Największa atrakcja Wonieścia to jednak pałac Wedermeyerów, secesyjny ze wspaniałą klatką schodową i okiennym witrażem przedstawiającym kasztanowiec. Pałac od wielu lat jest szpitalem neuropsychiatrycznym. Prezentuje się wspaniale i i jest dobrze utrzymany. Z pałacu drogą wzdłuż zbiornika - Boguś mówi, że powstał on w miejscu jeziora, które wyschło w średniowieczu - docieramy do Gryżyny. Neogotycki kościół nie robi zbyt wielkiego wrażenia, za to miły zaskoczeniem jest typowo polski dworek, zamieszkały, będący w miarę dobrym stanie. 

Od Gryżyny do Racotu prowadzi bardzo wygodna i ładna droga rowerowa. Racot znam dobrze, bywałem kilkakrotnie. Tym razem udało nam się jednak wejść na teren stadniny, gdzie odbywały się zawody źrebiąt. Klacze z potomstwem hasały po parkurze, na końcu sędzia komentował zachowanie i wygląd źrebięcia. Sylwia była bardzo zadowolona.

Droga z Racotu do Kościana w większości również posiada ścieżkę rowerową, jednak nie tak malowniczą i wygodną, jak ta z Gryżyny. Po drodze mijamy matkę z grupką dzieci na rowerach. Zajmują całą szerokość drogi, kiedy chcemy ich wyprzedzić, zajeżdżają drogę albo ścigają się z nami. Kiedy dzwonimy, matka nie reaguje. Dziwaczna sytuacja, w dodatku niebezpieczna. Matki zawsze myślą, że posiadanie potomstwa zwalnia je z respektowania jakichkolwiek zasad współżycia społecznego.

W Kościanie nie mamy zbyt wiele czasu. Zaglądamy jedynie do kościoła św. Ducha. Do dziś nie wiedziałem, że istnieje w Kościanie taki kościół. Późnogotycki, z ciekawą grupą pasyjną na belce tęczowej. Dziwne, że Boguś nie zabrał mnie tam wcześniej. Potem już tylko krótka wizyta na rynku, którego wciąż nie mogą skończyć remontować. Od poprzedniej wizyty w czerwcu prace w ogóle nie postąpiły. 

Po powrocie do Poznania idziemy na obiad do Południa, a ja odwiedzam ciocię Jolę. 



sobota, 26 sierpnia 2023

Sandor Marai, Pierwsza miłość, Warszawa 2007 [wyd. Czytelnik]



Zaczyna się ciekawie. Soczysty literacki opis codzienności prowincjonalnego nauczyciela. Choć codzienność ta na początku zostaje złamana przez pobyt w miejscowości kuracyjnej. Refleksje, spostrzeżenia, dokładny ogląd rzeczywistości, przyglądanie się z pozoru nieistotnym szczegółom. Tu widać nawet jakieś pokrewieństwa z Gombrowiczem.
Potem powrót do szkoły i znów obserwacje klasy. Oczywiście także próba portretu psychologicznego głównego bohatera - prof. łaciny "Morsa". Do tego studium rozpadu osobowości, kryzysu psychicznego, dziwne zauroczenie dwójką uczniów (echa "Profesora Unrata" i "Śmierci w Wenecji" - tu też mamy upiększające wizyty u fryzjera, ale "Mors" nie przekracza granicy śmieszności). Dynamika tych wewnętrznych przeżyć trochę mnie jednak nie przekonuje, bo załamanie, do którego dochodzi na końcu książki wydarza się jednak nieco z nagła, jest za słabo ugruntowane. I ten Madar - uczeń policzkujący nauczyciela... A może to już wytwór chorej wyobraźni profesora? Rozwiązanie nie do końca mnie zadowoliło. Ciekawa jednak obserwacja starzejącego się człowieka. 

cytaty:


Kiedy tylko człowiek się psuje. Zostaje sam. Jakby mówił w próżni: nie słychać jego głosu. Nikt go nie rozumie. Chadza tymi samymi drogami, co inni... i nigdzie nie dochodzi. Zawsze w kółko, zawsze dokoła siebie. Jest wokół niego coś, co się rozkłada. [s. 58]

Ten, kto współ-czuje z ludźmi, jest szczęśliwy. Wie, po co żyje. [s. 62]

Dzisiaj zastanawiałem się, jak marny jest człowiek. Zarówno w psie, jak i w Bogu szuka sposobności, aby móc kogoś kochać.

Człowiek dochodzi do punktu, kiedy musi usunąć się z drogi. Nie myśli o tym zawczasu, ani się do tego nie przygotowuje. Pewnego dnia wszystko: ciało, dusza, okoliczności - osiągają pewien punkt, kiedy człowiek musi zejść na bok. Dzisiaj zastanawiałem się nad tym, czy nie jest to aby początek śmierci. Człowiek nie umiera przecież z jednej godziny na drugą, jest to powolny proces, który trwa długo, może nawet latami. Dopóki człowiek się z nim nie pogodzi. [ss. 172-173]

Pójść na emeryturę, wyjechać na wakacje, umrzeć - co to wszystko znaczy? Jak to się stało? Nie rozumiem. Tak minęło to całe, całe życie. Nic nie było. Nic nie będzie. [s. 247]

23-26 sierpnia Budapeszt



Początkowo cieszyłem się na wycieczkę połączoną z udziałem w Mistrzostwach Świata w lekkiej atletyce, mając w perspektywie towarzystwo Moniki i Zbysława. Niestety Moniki nie było, a Zbycha zastąpił Groobcio Ś. Do tego upały 35-stopniowe. Nie zanosiło się na fajny wyjazd.
A zatem pobyt nieciekawy, męczący. Konieczność dopasowywania się do przypadkowych i jednak różnych osobowości i oczekiwań. Do tego hotel położony w podłej okolicy. Codzienna wieczorna droga na stadion przez brzydkie okolice.
Kulinarna klapa - w pobliżu nic poziomowego. Drugiego dnia poszliśmy do rzekomo kultowej jadłodajni Frici Papa. Przed wejściem kolejka chętnych. Obsługa flejtuchowata, wystrój obskurny, jedzenie smaczne, ale wizualnie niezachęcające. Nie poleciłbym nikomu. W tej opinii jestem zresztą odosobniony. Towarzystwo bardzo zadowolone. Na tym tle pozytywnie wyróżniła się restauracja z dnia pierwszego, choć na warunki polskie postawiłbym tróję. Ostatniego dnia - zupełna speluna, kelner pener z papierosem, wszystko brudne. Żarcie przeciętne.
Co zwiedziliśmy? Okolice parlamentu, bazyliki św. Stefana - to w upałach pierwszego dnia. Drugiego - wzgórze Gellerta, ładna panorama na miasto, szczyt niedostępny (roboty budowlane). Stąd blisko do zamku w Budzie. Tu też same remonty. Nie robi wrażenia ta tkanka. Budują jakieś gargamele przy starych budynkach. Śmiesznie wyglądają te barokowe zakrętasy odlane z żelbetu. Do katedry nie wszedłem - koleżeństwo nie chciało. Zwiedziliśmy też wielką halę targową - tu kupiłem salami dla cioci Joli (warto) i pamiątki.
Trzeciego dnia wreszcie każdy chodził sobie sam. Ja jeszcze raz poszedłem na Budę. Szwendanie się uliczkami to mój ulubiony sposób poznawania miast. Natrafia się przy tym na tablice pamiątkowe. Ciekawą i piękną miał Pilinszky (jeden z największych poetów węgierskich w XX w.). Ukazano go palącego papierosa, a dymek układał się we fragment wiersza. Z kolei Rezső Seress, autor legendarnej "Gloomy Sunday" siedzi w łódeczce - fajeczce i gra na pianinie. Dezső Kosztolányi stoi pod drzewkiem. Na koniec udało się wypić palinkę. Nie piłem wina!
Wylot i powrót do Poznania z wielką ulgą. Może kiedyś wrócę, ale nie latem i z Bogusiem, na naszych zasadach.

18.08.2023 Michio Kaku, Wszechświaty Równoległe

Oparte na solidnej bazie naukowej rozważania na temat podróży w czasie i możliwości rozwoju naszej cywilizacji. Owa baza naukowa - podbudowa teoretyczna zajmuje w tej książce pewnie jakieś 3/4 zawartości. Humanista czyta ją z wypiekami na twarzy, bo to jedyny rodzaj literatury, dzięki której można chociaż w przybliżeniu pojąć teorię względności czy teorię kwantową albo teorię strun. Ta właśnie część jest przyczyną rozkoszy czytelniczej. Kaku ma dar opowiadania w prosty i obrazowy sposób. Podobnie było w przypadku "Krótkiej historii czasu" Hawkinga. 


Druga część książki - scenariusze dla ludzkości w obliczu 1) zagłady ekologicznej planety 2) zagłady układu słonecznego w perspektywie zakończenia żywotu słońca 3) zagłady Wszechświata w perspektywie rozszerzenia i ochłodzenia się tegoż, choć oparte na wspomnianej podbudowie teoretycznej, wydają się rozważaniami fantasty i jako takie mnie nie interesują.
Tak czy owak - znakomite kilka dni z astrofizyką i mechaniką kwantową.

wtorek, 15 sierpnia 2023

15.08.2023 Stare Bojanowo - Osieczna - Leszno




Wycieczka zaczyna się w Starym Bojanowie. Lubię takie bogate, stare wsie z wybrukowanymi uliczkami i domami z czerwonej cegły. Zaskoczył nas również dobry stan pałacu. Ze Starego Bojanowa jedziemy polną drogą w stronę Parska. Robimy sobie zdjęcia na balotach, po drodze rosną mirabelki, więc oczywista, że Boguś będzie rwał i jadł. Narwał cały worek, który schował do sakwy rowerowej z zamiarem zrobienia kompotu w domu.
W Parsku ciekawy pałac, choć jeszcze większe wrażenie robi kaplica grobowa von Gersdorfów. Jedzie się do niej krótką alejką od pałacu w cieniu olbrzymich platanów. Do tego przed samym mauzoleum jeszcze wielka topola nad brzegiem strumienia. Największym zaskoczeniem zaś był styl architektoniczny owej kaplicy. To coś na oko z lat 20 XX w., bliskie Bauhausowi i raczej niespodziewane. Cieszy, że miejsce raczej uszanowane w odróżnieniu od innego z mauzoleów - w Witosławiu. Przed Witosławiem jednak najpierw przejeżdżamy przez Spławie. Tutejszego pałacu nie można obejrzeć z bliska, z daleka widać ciekawe ornamenty. Przed wjazdem do parku pałacowego czai się wśród krzewów kolorowy Nepomucen. "Ne pomuk" jeśli chodzi o bukszpan rosnący u jego stóp - całkowicie pożarty przez Cydalima perspectalis.
W Witosławiu również nie można zobaczyć pałacu. Mieści się tam dziś centrum apifitoterapii, które najwidoczniej czasy świetności ma dawno za sobą. Drogą przy rezerwacie Ostoja Żółwia Błotnego, który dawno w owej ostoi wyginął jedziemy do wspomnianego mauzoleum. Zarasta i powoli popada w ruinę. Przyjemnie było posiedzieć wewnątrz, zjeść śniadanie, popatrzeć na gwiaździste sklepienia i odpocząć w chłodzie.
Kolejny pałac, który dało się obejrzeć tylko z daleka to Wojnowice, wykupione przez Mroza z Borku. Hodują tu teraz krowy i powiesili wszelkie możliwe zakazy na płocie, łącznie z zakazem fotografowania.
Nad jeziorami i Samicą jedziemy w stronę Drzeczkowa. Upał da się znieść, bo duża część trasy biegnie nad wodą i w drzewach, a to nieocenione źródło chłodu. Drzeczkowo to chyba najładniejsza z wsi na szlaku. Piękne domy, ciekawy kościół drewniany, folwark i pałac.
Nad Samicą jedziemy wreszcie do Osiecznej. I tu niespodziewana przeszkoda w programie. Na polnej drodze leży chłopak, półprzytomny, brudny, przy nim starszy pan i pies. Pan natknął się na chłopaka chwilę przed nami. Dzwonimy po karetkę. Nie chcą przyjechać, każą nawiązać kontakt z chłopakiem. Idzie to powoli. Dochodzi do siebie bardzo wolno. W końcu dowiadujemy się, jak się nazywa i gdzie mieszka. Starszy pan samochodem jedzie po rodziców. W tym czasie przykrywamy chłopaka ręcznikiem - nie wiadomo, jak długo leżał w tym upale. Wiemy, że miał padaczkę. Dajemy mu wodę, poimy też pieska Lenkę. W końcu przyjeżdża ojciec, podchmielony, niezadowolony, sztorcuje chłopaka, ale nam dziękuje.
W Osiecznej zwiedzamy barokowe kościoły, rynek, zamek, wiatraki, cmentarz na którym spoczywa arcymistrz Tassilo von Heydebrand und der Lasa, sławny XIX-wieczny szachista. Potem przez las jedziemy do wieży widokowej Jagoda 2.
Droga do Leszna wiedzie przez las. Tu niestety upał już daje nam w kość. Rower grzęźnie w piachu, kończy się woda i leje się pot. Szczęśliwie, był to krótki kawałek. Udało nam się dotrzeć do Leszna, gdzie zjedliśmy obiad - zupa kurkowa, sałata grecka i piwo Pniewskie wiśniowe. Po obiedzie zwiedzanie - skupiliśmy się na leszczyńskich kościołach. Były również lody o smaku kremówki papieskiej. Udana, choć męcząca wycieczka.

wtorek, 8 sierpnia 2023

2023-08-07 Manuel Puig, Pocałunek Kobiety-Pająka

Czym jest altruizm, bezinteresowność, idealistyczna walka o sprawę? Któż, biorąc do ręki książkę Manuela Puiga spodziewałby się, że znajdzie w niej odpowiedź na to właśnie pytanie.

W jednej celi siedzą homoseksualista Molina i rewolucjonista Valentin. Pierwszy żyje w świecie filmowych romansów i ckliwych piosenek. Na pierwszy rzut oka płytka osobowość. Drugi dużo czyta, jest pochłonięty ideami walki o sprawiedliwość społeczną. Spędzony razem czas upływa im w tej powieści głównie na tym, że Molina opowiada Valentinowi filmy, które widział, będąc jeszcze na wolności. Snucie tych łzawych i błahych historii umila monotonną więzienną codzienność. W tym niezmiennym środowisku prawie niepostrzeżenie zachodzi przemiana, która w pełni uwidoczni się później, kiedy jeden z bohaterów wyjdzie z więzienia.

Warto zwrócić uwagę na bardzo ciekawą formę tej powieści. Nie ma tu klasycznej epickiej narracji. Niemal całą historię autor oparł na dialogach, jedynie na końcu dodając do nich pewien raport. Do użytych zabiegów formalnych znakomicie dostosował język. Opowieści Moliny brzmią naturalnie, jakby znajomy opowiadał wam swój ulubiony film, zaś przy lekturze wspomnianego raportu naszpikowanego policyjno-urzędniczą nowomową można się nieźle uśmiać.

Ciekawą formę i żywy język dopełnia oryginalny pomysł dramaturgiczny. Zbliżając się do zakończenia, odkrywamy bowiem niewidoczną z pozoru przemianę, jaka zaszła w bohaterach. W mistrzowsko dyskretny sposób Puig przeistacza lekkoducha Molinę w bojownika, który, owszem, pozostaje wierny swoim romansowym ideałom, ale potrafi dla nich poświęcić wszystko i stać się człowiekiem czynu. Surowego i zasadniczego Valentina widzimy zaś pod koniec jako tego, który odpływa w świat bezproduktywnych marzeń.

Odkładając książkę na półkę, możemy odpowiedzieć na postwione na początku tej recenzji pytanie. Czym jest altruizm, bezinteresowność, idealistyczna walka o sprawę? Puig stawia znak równości między tymi pojęciami a miłością.

niedziela, 6 sierpnia 2023

5.08.2023 Dookoła Jeziora Powidzkiego




Poranna prognoza wskazywała, że nie powinno padać. Start w Strzałkowie. Tym razem zobaczyliśmy kawałek wsi, remizę, stary układ urbanistyczny. Nie było jednak czasu na zatrzymywanie się. Również w Kornatach minęliśmy ciekawy domek z neogotyckim frontonem, zupełnie nietypowy jak na wiejską zabudowę.
Pierwszy przystanek w Ostrowie Kościelnym. Duży, drewniany kościół, niestety zamknięty. Dalej Radłowo z położonym na uboczu folwarkiem. Przy polnej drodze pałac z początku XX w. Zaczął ktoś naprawiać dach, ale prace stanęły. Otoczenie bardzo malownicze.
Do Powidza jedziemy przez las. Wypatruję grzybów, ale jeszcze ich nie ma. Nie widać tu wcale kilkudniowych deszczów. W lesie wciąż sucho.
Dojeżdżamy do szosy z wygodną, szeroką drogą rowerową. Zbaczamy do Polanowa, gdzie poza letniskowymi domami trafiamy też na stary dworek, zamieszkały, wynędzniały.
Przy wjeździe do Powidza warto zajrzeć na cmentarz. Pośród nowych nagrobków tu i ówdzie stare, piękne. Ciekawe rzeźby.
Powidzki rynek bardzo ładnie odnowiony i zadbany. Zatrzymujemy się w cukierni na drożdżówkę i kawę. Potem zwiedzamy kościół i zaczyna kropić. Aktualizacja prognozy mówi, że od 15 zaczną się silne deszcze. Modyfikujemy zatem trasę i rezygnujemy z wypadu do Charbina, w którym chcieliśmy obejrzeć pałac. Wzdłuż powidzkiej wąskotorówki ruszamy w drogę dookoła jeziora. Stan torów świadczy o tym, że od dawna nie jeździły tędy kolejki. Szkoda, bo trasa urokliwa. Północny brzeg jeziora dziki, zalesiony. Zgodnie z planem zatrzymujemy się na plaży w Anastazewie, gdzie chciałem się wykąpać. W pochmurny i deszczowy dzień nikt poza nami nie pojawia się na plaży. Towarzyszy nam jedynie żółw czerwonolicy w plastikowej misce. Co tu robi? Kto go tu przyniósł. Po kąpieli zagadka się rozwiązuje. Brzegiem brodząc nadchodzi para emerytów. Zbierają do foliówek małże dla żółwia. Wrzucają je do miski, ale przed obiadkiem starszy pan wpuszcza gada do jeziora na mały spacer.
Chwilę jedziemy ścieżką nad brzegiem. Jedzie się kiepsko, droga nierówna, zryta końskimi kopytami i trzeba omijać gówna. Wjeżdżamy więc do góry na szosę, która okazuje się polną drogą. Odwiedzamy cmentarz ewangelicki w Kierzu. Kilka grobów, najokazalszy należy do rodziny Martin. Obok cmentarza na polu baloty, więc Boguś robi sobie tradycyjną żniwną fotkę. Mija nas grupa młodzieży na elektrycznych crossach.
Przed Giewartowem zaczyna mocno padać. Wydaje się, że tak będzie aż do samej Słupcy. Po zwiedzeniu kościoła i pałacu (w remoncie) ruszamy w stronę Mieczownicy, a pogoda poprawia się. Sama Mieczownica jest najbardziej chyba malowniczym folwarkiem na trasie. Wita nas browar ze stawem, za nim brama wjazdowa do majątku obwieszcza: "Stadnina koni Mieczownica". Pałac mocno podniszczony, obłożony rusztowaniami, ale prace posuwają się raczej wolno. Jeśli przywrócą mu dawną świetność, to budynek wart będzie podziwiania.
Kawałek za Mieczownicą, w Brzozogaju inne malownicze miejsce. Na skraju lasu, otoczony kamiennym murem, porośnięty starymi dębami cmentarz ewangelicki. Tu znów rodzina Martin. Cmentarz większy, bogatszy, lepiej utrzymany. Niedawno były na nim nawet pochówki!
Po drodze do Słupcy jeszcze tylko dwa przystanki - Młodojewo z ciekawym drewnianym, ale zamkniętym kościołem i Koszuty Małe - znów zamknięty drewniany kościół z otoczeniem urządzonym w stylu "patriotycznym". Jakiś kiczowaty ołtarz polowy, rzeźba orła. Do Słupcy stąd rzut kamieniem. Okazuje się, że za chwilkę mamy pociąg, więc nie zatrzymujemy się tym razem w mieście.
Kiedy przejeżdżamy przez Wrześnię, zaczyna na dobre padać.

1.08.2023 Teleny


Przypisywana Wilde'owi pornografia. Kilka wskazówek może rzeczywiście naprowadzać na autorstwo Irlandczyka. Dość elegancki styl, szczegóły kulinarne (wykwintne potrawy) i skupienie uwagi na drobiazgach (majoliki, kryształy itp.). Kontrastuje to z szokującymi nie raz opisami orgii. Zwłaszcza pierwszy z opisów - podły dom publiczny i śmierć suchotniczej prostytutki albo jeden z późniejszych - wypadek z butelką w odbycie.
Z dzisiejszego punktu widzenia zaskakuje wyobraźnia, śmiałość i pomysłowość rozwiązań. W wiktoriańskiej Anglii pod kołderką purytanizmu nieźle się kotłowało. Wydaje się, że trzeba było umieć prowadzić swoistą grę pozorów. Kto się próbował podówczas wyłamać, kończył jak Wilde w Readingn i na marginesie życia publicznego.

wtorek, 1 sierpnia 2023

30.07.2023 Miasteczko Krajeńskie - Białośliwie - Wysoka - Piła




Pomysł rezerwowy, bo nie wypaliła wycieczka do Zielonej Góry. Lądowanie w Dziembówku, krótka droga przez las do Dziembowa. Tu oglądany z zewnątrz kościół, park podworski. Nic specjalnego. Dalej Morzewo z kościołem też nieszczególnym, za to na budynku szkoły wielka tablica z całym rzędem nazwisk osób straconych podczas okupacji. Mają tu nawet ulicę Ofiar Gór Morzewskich. Boguś mówi, że tutejsze egzekucje są dość znane w historiografii.
Z Morzewa jedziemy do Rzadkowa. Zaczynają się ładne widoki. Pagórki, na jednym z nich ciekawy modernistyczny kompleks - szkoła specjalna i DPS. W samym Rzadkowie ładnie położony nad stawem dwór, dziś przedszkole i brzydki kościół. Na dodatek mieli tam odpust, na którym królowały strzelby dla chłopców i gęś Pipa. Wiatraczki dawniej w tęczowych kolorach, dziś jakieś ponure, pomarańczowo-fioletowo-czerwone. Przy samej wsi biegnie szlak kolejowy i wzdłuż niego, skarpą pradoliny Noteci jedziemy w stronę Miasteczka Krajeńskiego.
Okazuje się ono maleńkie, ale malownicze. Prawie przy wjeździe wita nas ciekawy gospodarczy budynek z czerwonej cegły z metalowym daszkiem (chyba młyn). Rynek maleńki, zachowała się jedna szachulcowa chata. Kościół na wzgórzu neogotycki, poewangelicki z pięknymi drewnianymi emporami. Przy kościele zagaduję księdza o drogę do grobu Michała Drzymały. Ksiądz zaś zwraca uwagę na moją maratońską koszulkę. Ksiądz biegacz, dwa razy przebiegł maraton w Poznaniu. Udajemy się na cmentarz. Drzymała leży w cieniu 3 lip i jednego klonu. Z cmentarza na górce ładny widok na Miasteczko.
Zjeżdżamy ze stromej górki do położonego za miedzą Brzostowa. Tu pałac, dobrze utrzymany, siedziba technikum rolnego, obok stary folwark, czuć tchnienie początku XX wieku.
Następna stacja to Grabówno. Tu pałac, niestety niszczejący, ale ładny, z ciekawą fasadą. Obok dworek, należący pewnie kiedyś do majątku dziś jest hotelikiem i restauracją. Jest też neogotycki kościół. Ten duży niszczejący pałac to chyba najciekawszy architektonicznie obiekt wycieczki.
Jadąc do Białośliwia przecinamy tory wąskotorówki. Ścieżka biegnąca wzdłuż kolejki wydaje się kusząca. Ruszamy nią i mamy przygody. Najpierw dopada nas rozwścieczony pies. Mnie mija, ale Bogusiowi nie daje spokoju, podgryza mu buty. Po chwili z zarośli wyłaniają się właściciele, którzy nie bardzo reagują. Druga przygoda sympatyczniejsza - najpierw słyszymy turkot, a potem zza zakrętu wyjeżdża ciuchcia. Parowozik i dwa wagoniki. Tory doprowadzają nas wreszcie do Białośliwia, gdzie największą atrakcją jest skansen kolei wąskotorowej. Można również podziwiać szachulcowy spichlerz. Kościół, jak większość napotkanych, z początku XX w., mało atrakcyjny.
Kolejna stacja - Nieżychowo. Żeby trafić do folwarku, musimy przejechać obok Orlika, na którym trwa mecz. Folwark, duży, bogaty, ciekawy i zadbany. Jest tam teraz jakaś firma. Również jakaś instytucja przejęła pałac, który jednak niedawno zmodernizowano bez szacunku dla cech historycznych.
Ostatni przystanek przed Piłą to Wysoka. Tu wreszcie jakiś porządniejszy kościół. Dość bogaty barok, trochę w stylu franciszkanów z Góry Przemysła, ale oczywiście skromniejszy. Szachulcowa dzwonnica. Rynek brzydki, dużo samochodów, chaotyczna wielostylowa zabudowa.
Potem długa droga do Piły, pedałuje się coraz ciężej. Mały odpoczynek w lesie. Jest dość wilgotno, więc rozglądam się za kurkami, ale jeszcze się nie pojawiły.
Tuż przy wjeździe do Piły restauracja Stolarnia. Wygląda ciekawie i ma ciekawe menu. Rosół całkiem niezły, na drugie wahałem się między golonką po bawarsku a sałatą z łososiem. Wybór drugiej opcji okazał się bardzo dobry, oprócz sałaty i łososia były w tym daniu borówki amerykańskie, biała porzeczka, arbuz, melon, brzoskwinia i suszony pomidor. I wszystko bardzo dobre.
W Pile zaglądamy do modernistycznego budynku Szkoły Policji, a potem idziemy na kawę przy rynku. Stamtąd prosto na dworzec.

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...