Pod koniec lektury odkryłem, że jest to trochę La divina commedia à rebours. Odwrotnie niż Dante, Grass zaczyna od Raju. A tym rajem w jego powieści jest dzieciństwo głównych bohaterów spędzone po obu brzegach wiślanego przekopu, czyli pomiędzy Świbnem a Mikoszewem. Lata III Rzeszy to czyściec, w którym Eddie Amsel i Walter Matern schodzą na plan dalszy. Na porównanie z "Boską Komedią" naprowadza nas sam Grass w III części swojej powieści, w której każe Maternowi zjechać do kopalni i cytuje najbardziej znane zdanie Dantego: Lasciate ogni speranza... W tej części Matern próbuje ukarać kompanów za grzechy z części II. Sam też jest w pewien sposób ukarany przez Amsela za zdradę i przyłączenie się do bandy SA, która porachowała kości Eddiemu. Jesteśmy więc tam, gdzie pokutuje się za swoje winy - w piekle.
Najmocniejsze strony książki to te, na których Grass ożywia stary Gdańsk i okolice. Robi wrażenie także opis wojny, a zwłaszcza upadku Rzeszy, opowiedziany z perspektywy Prinza, owczarka Hitlera. Matern zaś w wojennych dziejach staje się kimś na kształt Tyrone'a Slothrope'a z "Tęczy Grawitacji" Pynchona - everymanem, wszędobylskim abnegatem. Sama zaś wojna z jej okropieństwami jako scena niesamowitych przygód musi zostać poddana romantyzacji.
Najsłabiej wychodzą Grassowi, podobnie jak w "Turbocie", opisy teraźniejszości. Budowa powieści jest przy tym dość "strukturalistyczna", co niestety nie zawsze jest zaletą. Niekończące się wyliczenia, enumeracje, podziały męczą niekiedy bardzo. Mimo wszystko warto Grassa czytać, bo to literatura gęsta, której trzeba poświęcić wiele czasu, ale z której na pewno w czytelniku coś pozostanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz