poniedziałek, 23 lutego 2026

Bruno Schulz. Fetyszysta, Teatr im. Fredry w Gnieźnie, scen. i reż. Jan Jeliński

To jeden z tych spektakli, w których trzeba najpierw przejść przez mękę, by ostatecznie doświadczyć satysfakcji z całości. Całe szczęście nie była to adaptacja opowiadań Schulza, lecz próba opowiedzenia o tym artyście (nie tylko jego twórczości, ale także życiu) z perspektywy dzisiejszego odbiorcy. 
Do świata Brunona Schulza Jan Jeliński wprowadza nas przez "Sklepy Cynamonowe", spotykamy Adelę, ojca, matkę. Nikt jednak nie kreuje na scenie magicznej atmosfery galicyjskiego miasteczka. Środki aktorskiego wyrazu są na wskroś współczesne, scenografia raczej abstrakcyjna (w każdym razie nie schulzowska), a całość opowiadana jest przede wszystkim z perspektywy trzecioosobowego narratora z mocno zredukowaną akcją sceniczną. Zakładam, że większość widzów (w tym piszący te słowa) spodziewała się jednak czegoś innego i do pewnego momentu odczuwała swego rodzaju znużenie. 
Ale gdzieś w połowie powoli następuje coś, dzięki czemu spektakl nabiera innego wymiaru. Zamiast na schulzowskim uniwersum reżyser i scenarzysta zaczyna  skupiać uwagę po prostu na Brunonie. Mam wrażenie, że Jan Jeliński stawia pytanie, co w Schulzu mogłoby naprawdę zaciekawić Polaków i Polki w XXI wieku. Odpowiedź może brzmieć: Schulz bez osłonek, opowiedziany wprost, pokazany poprzez motywacje niezaciemnione, szczere. Chodzi tu o dotarcie do intymnych szczegółów pomijanych lub wręcz ukrywanych przez promotorów jego twórczości. Jeliński mówi przy tym wprost, że jest to tylko jedna z możliwych interpretacji tej postaci i jej twórczości. 
Dzięki tej wiwisekcji Schulza wykonywanej z pozycji odległych o niemal 100 lat tekst dramaturgiczny zaczyna nabierać rumieńców. Wspomaga go również atrakcyjnie aranżowana wizualna strona spektaklu. Przy zastosowaniu stricte teatralnej maszynerii udaje się przenieść widzów do zimowego Zakopanego, a dzięki dobrze wplecionym w sceniczną akcję materiałom video odwiedzamy sypialnię Zofii Nałkowskiej. Zaludnienie sceny postaciami takimi jak właśnie Nałkowska, Witkacy czy Jerzy Ficowski jeszcze bardziej wzbogaca spektakl, dodaje pikanterii i jest również źródłem humoru.
Jest to też przedstawienie dobrze zagrane. Odważnie wciela się w Brunona Michał Karczewski tworząc bohatera świadomego swoich potrzeb, ale potrzebującego również więzi z drugim człowiekiem. Wrażenie robią bardzo intymne sceny z Nałkowską (Joanna Żurowska). Mroczną atmosferę wypełnioną miazmatami popędów i zahamowań kontrują komiczni Witkacy (Mateusz Korsak) i Ficowski (Maciej Hanczewski). Wśród postaci z opowiadań Schulza na czoło zdecydowanie wybija się Wojciech Siedlecki (ojciec). 

piątek, 20 lutego 2026

Edmund White, Hotel de Dream

Apokryficzna opowieść o ostatnich dniach Stephena Crane'a. Zamysł ciekawy: pod koniec XIX wieku istniały granice, których nie mogli przekraczać nawet pisarze nurtu naturalistycznego. Choć pisywano i wydawano literaturę o ludziach ze społecznego marginesu, w tym o kobietach lekkiego obyczaju, nie do pomyślenia było wydanie w oficjalnym obiegu książki o prostytuujących się mężczyznach. Nie wiadomo nic, by spod pióra Crane'a wyszło coś na ten właśnie temat, ale White zadaje pytanie, czy przedwcześnie zmarły pisarz mógł interesować się tymi kwestiami. Dwukrotnie w "Hotelu de Dream" pojawia się motyw zniszczenia historii o męskiej prostytutce. Najpierw do zniszczenia dzieła na ten temat namawia Crane'a James G. Hunneker, później zapiski zmarłego niszczy sam Henry James. 
Pomysł na swoją powieść zaczerpnął White właśnie z lakonicznej wzmianki Hunnekera, krytyka i przyjaciela Crane'a o przypadkowym spotkaniu autora z chłopakiem - pierwowzorem Elliotta. Wszystko, co mamy dalej w "Hotelu de Dream" to wyłącznie fantazja White'a. 
Niestety z ciekawego zamysłu, by dopuścić do głosu, to co przed stu laty wyartykułowane zostać nie mogło, wyszedł produkt literacko rozczarowujący. Historia Elliotta i Theodore'a jest pospolita i mało wciągająca. Niewiele odkrywamy również w biograficznym wątku poświęconym Crane'owi. Za największą wartość "Hotelu de Dream" uznać możemy próbę przypomnienia czytelnikom postaci nieco zapomnianego już dziś autora "Szkarłatnego godła odwagi".

niedziela, 15 lutego 2026

Carlo Emilio Gadda, Poznawanie cierpienia, Warszawa 2016 [wyd. PIW]

Interesująca w tej książce jest jej konstrukcja. Główny wątek powieści dotyczy relacji matki i jej 45-letniego neurotycznego syna. Opowiedziana historia kończy się śmiercią kobiety, w której udział syna jest co najmniej niejasny (z nieopublikowanego zakończenia wynika ponoć, że to nie on zabił matkę). Gadda kreśli dość szeroki kontekst tej niezbyt obfitej fabuły. Mamy więc opis obywatelskiej straży pilnującej lokalnych domostw przed złodziejami. Podejrzewamy, czy abonament, który owej straży należy uiszczać, nie jest czasem haraczem... Zanim poznamy relację syna i matki przyglądając się tej dwójce bezpośrednio, dowiadujemy się co nieco od innych. Służba  daje złe, ale raczej zgodne z prawdą świadectwo o synu, miejscowy lekarz próbuje go wybielać. 

Tę, jako się rzekło skromną fabułę wypełnia autor barokowymi wręcz opisami, nie przeoczając żadnych drobiazgów. Pełno tu dygresji, zabaw słowami, refleksji uciekających gdzieś w rejony filozofii. Wszystko to jest dla czytelnika wielkim wyzwaniem. Brakuje jednak chyba motywu, który nieuchronnie rozpraszaną uwagę czytelnika przyciągał z powrotem do kart tej książki. Być może tym, którzy w matce lub synu odnajdują refleksy własnego życia, lektura ta może przynieść więcej satysfakcji. Mnie nieco znużyła.

@@@@@@@@@@@@@@@@

wynotowane cytaty

Och, światło wzdłuż drogi pokoleń!... które cofa się, cofa... pozbawione blasku... światło niezmiennych przeobrażeń. Ale w ciągu dni, w duszach, jakaż twórcza nadzieja!... i abstrakcyjna wiara, uparta miłość. Każde działanie jest obrazem, ... chustą, godłem, chorągwią na wietrze... Światło, światło cofa się... a podjęte dzieło wzywa naprzód, naprzód swoich walecznych: aby dotrzeć do pierzchającego zachodu... I bolesny jest oddech pokoleń, z nasienia w nasienie, z herbu w herb. Aż po wątpliwą metę. [s. 55]

- Sen?... A cóż panu szkodzi sen? To wewnętrzny niepokój, chwilowe urojenie...
- Nie wiem, doktorze; widzi pan... śnić to może zapomnieć, przestać istnieć! Odrzucić sklerotyczne wyobrażenia dialektyki, patrzenie na wszystko poprzez siłę...
- Poprzez siłę?... jaką siłę?
- Systematyzującą siłę charakteru... tę chwalebną lampę naftową, która dymi nam w środku... i filuje...i robi nas czarnymi od kłamstw, od środka... kłamstw godnych uznania, tłustych, jak najkłamliwszych... i ma dobre zdanie o sobie, tylko o sobie... Ale sen to głęboka rzeka, która spływa z dalekiego źródła, a rano aż kipi prawdą... [s. 93]

wtorek, 3 lutego 2026

Der Besuch der alten Dame, Schauspiel Leipzig

Szwajcarski klasyk w wersji przeniesionej do naszych czasów. Jak wyglądałaby wizyta Klary Zachanassian dziś? Zapewne byłaby relacjonowana przez social media. Na spektaklu przygotowanym przez lipski zespół musimy więc równolegle śledzić akcję sceniczną i zrzuty wyświetlaczy telefonów, które mają przy sobie wszyscy aktorzy. Dla starszych widzów bywa to wyzwaniem, młodzież (a tej na widowni było bardzo dużo) nie ma z tym problemu. 
Szczęśliwie Nuran David Calis potrafił dobrać odpowiednie proporcje wirtualnej domieszki do tradycyjnego teatru. Przedstawienie ma momenty "cyfrowego detoksu", spowolnienia i refleksji. Do takich, pięknych wizualnie, scen należy samochodowa przejażdżka Alfreda Illa z rodziną czy przechadzka Alfreda i Klary w miejscowym lesie.
Użycie telefonów wyposażonych w aplikacje społecznościowe wnosi jednak do spektaklu swoisty ładunek. Czytanie hejtu, który wylewa się na Alfreda Illa w wyniku ujawnionych przez Klarę rewelacji sprzed 40 lat, jest doświadczeniem dojmującym. Postać sklepikarza stała nam się już w pewien sposób bliska. Bliska na tyle, by skierowana przeciw niej cyfrowa nagonka przestała być wydarzeniem abstrakcyjnym, a stała się czymś, co dotyka kogoś, kogo znamy. To właśnie Ill stoi w centrum dramatu Dürrenmatta, choć jest bohaterem uprzedmiotowionym i biernym. Akcja toczy się wokół niego i w większości bez jego udziału. Odtwarzający tę postać Roman Kanonik odnalazł w Illu zaskakująco wiele odcieni. To wielka sztuka wyposażyć bohatera w cechy, których nie da się explicite wywieść z lektury tekstu dramatycznego. Nie widzimy więc na scenie tylko cwaniaczka i tchórza, który w młodości popełnił podłość, a teraz próbuje uciec od konsekwencji. Ill w kreacji Kanonika jest wobec siebie brutalnie szczery, uznaje swoją winę, potrafi też dostrzec miałkość swojej - przyjemnej dotąd - egzystencji. Nie łudzi się i nie oszukuje sam siebie. W ten sposób wygrywa, choć przecież kończy marnie. 
Chciałoby się zobaczyć na scenie podobnie wielowymiarową Klarę Zachanassian. Niestety od początku do końca mamy do czynienia wyłącznie z gwiazdą, która wpada na chwilę do Güllen. O wiele ciekawiej wypadły inne kobiece role, zwłaszcza nauczycielka Larissy Aimée Breidbach i niesamowicie efektowna Teresa Schergaut w roli żony Illa.

poniedziałek, 2 lutego 2026

Der fliegende Holländer, Oper Leipzig

Holender Tułacz wystawiony przez Operę w Lipsku to widowisko, które rozmachem i pomysłowością może przyciągnąć do teatru nie tylko miłośników sztuki operowej, ale również widzów, którzy przygodę z dramatem muzycznym dopiero zaczynają. Akt pierwszy może przywodzić na myśl "Moby Dicka". Holender opowieść o swoich przeklętych losach (Die Frist ist um...) snuje bowiem pośród olbrzymich wielorybów. Zdarza się, że te wielkie ssaki giną wyrzucone na brzeg przez ocean. Jak wiadomo, tytułowy bohater znajduje się w zgoła przeciwnej sytuacji. Nie może umrzeć, dopóki nie zostaną odkupione jego winy. Jest to zestawienie pomysłowe, choć na granicy kiczu.

Wyrazistą symbolikę reżyser i scenograf Michiel Dijkema wykorzystuje również w drugim akcie. Tu dziewczęta przędą nici, ale nie wełniane, a jedwabne. Widzimy kokon, z którego wykluwa się barwny motyl. Tym motylem jest Senta, która dojrzewa do miłości i małżeństwa. 

Akt trzeci jest najbardziej widowiskowy. Statek Holendra wpływa ze sceny na widownię. Publiczność nagle znajduje się pod ogromnymi żaglami. Na sali słychać okrzyki zachwytu. Nie brak również innych teatralnych sztuczek. Senta jest wciągana wysoko na reje, z których w końcowej scenie spada. Holender zaś dosłownie obraca się w proch. Znów znajdujemy się na granicy kiczu, ale nie możemy odmówić tej inscenizacji znakomitego przygotowania technicznego oraz wierności partyturze. Nieco słabiej było z aktorską warstwą przedstawienia. Tutaj sztampa mieszała się ze zbyt mocno chyba eksponowanym komizmem.

Muzycznie spektakl powinien zadowolić nawet najbardziej wymagającą publiczność. Można wszakże zgłosić kilka uwag. Ivan Repušić poprowadził uwerturę w nieco zbyt szybkim tempie, które jednak uspokoiło się później i pozwoliło rozkoszować się efektownym dźwiękowym światem muzyki Wagnera. Znakomicie wypadły chóry, zgromadzono również świetnych solistów. Wrażenie robiła zwłaszcza para protagonistów. Zarówno Egils Silins (Holender), jak i Ingela Brimberg (Senta) to śpiewacy, którzy lwią część kariery mają już za sobą, ale wciąż udowadniają, że są mistrzami swojego fachu. Silins jest Holendrem pierwszorzędnym, doskonale brzmiącym i jeśli coś można zarzucić jego roli to chyba wyłącznie zbytnią posągowość w warstwie aktorskiej. Ingela Brimberg przeciwnie, jest bardzo żywiołowa, do tego zachwyca świeżością głosu, choć najwyższe dźwięki skali są u niej nieco wykrzyczane. Tej dwójce świetnie sekunduje Erik - Brendan Gunnell, tenor bardzo szlachetnie brzmiący, pewny i elegancki. Piękną basową barwę zaprezentował Randall Jakobsh, śpiewał on jednak frazą mało kojarzącą się z Wagnerem, bardziej sprawdzającą się raczej w repertuarze buffo. 

 

30.01.2026 | 19:30 | Opernhaus

niedziela, 1 lutego 2026

Tydzień kina niemieckiego

W tym roku udało mi się obejrzeć dwa filmy, dla których wspólnym mianownikiem było osadzenie akcji w małym Heimacie, gdzieś na głębokiej niemieckiej prowincji. Zarówno tytułowa fryzyjska wysepka Amrum, jak i będąca miejscem akcji "Wpatrując się w słońce" wieś gdzieś w regionie Altmark, są miejscem posiadającym niezwykły czar, zamieszkiwanym przez dość surowych ludzi, którym owej surowości dodaje posługiwanie się dialektami dalekimi od książkowej niemczyzny. Im dalej możemy się cofnąć w czasie, tym oczywiście robi się surowiej. Największe wrażenie robi więc środkowoniemiecka wieś z okresu I wojny światowej. Amrum końca II wojny też ma swój egzotyczny urok.
Na "genius loci" nie da się wszakże oprzeć całości akcji. I choć "Amrum" może pochwalić się bardziej zwartym scenariuszem, to jednak większe wrażenie robi powolna, kontemplacyjna wręcz narracja "Wpatrując się w słońce". Film ten oglądamy niejako oczami kilku dziewczynek, które dorastały w Altmarku w różnych okresach od 1914 po dzień dzisiejszy. Reżyserce, Maschy Schilinski, udaje się przekonująco oddać specyfikę każdego z okresów. Szczególnie mocno oddziałują obrazy ze schyłku epoki wilhelmińskiej oraz z czasów NRD. Wszechobecna w tym filmie jest śmierć, która przychodzi po ludzi w każdym wieku i jest niejako nieodłącznym "elementem krajobrazu". Jej wszechobecność nie zmienia faktu, że film Schilinsky jest przepiękną afirmacją życia.
"Amrum" nie niesie już tak potężnego ładunku emocjonalnego. Jest nieco polukrowanym wspomnieniem chłopca, który w ostatnich dniach wojny przechodzi swoisty kryzys związany z upadkiem autorytetu dorosłych, w tym przypadku głównie matki - gorliwej nazistki oraz swojego mentora z Hitlerjugend. Irytująca bywa naiwność tego dziecka i bliska ckliwości fabuła. Wielkim plusem są zaś zdjęcia i pieczołowicie zrekonstruowane mikrouniwersum wysepki wiosną 1945.

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...