niedziela, 30 listopada 2025

Torgny Lindgren, Legendy, Warszawa 2024 [wyd. ArtRage]

Najpierw ustalasz reguły gry! mówi pisarz. A potem narzekasz, że musisz ich przestrzegać! [Legendy, s. 78]. 

Albo ich nie przestrzegasz, jak bohaterowie opowiadań Torgny Lindgrena. Jako że są wytworami fantazji pisarza, stać ich nawet na łamanie praw natury, zarówno tych fizycznych (chodzenie po wodzie, podnoszenie nadludzkich ciężarów), jak i moralnych.

Dopóki żyjemy, Bóg przynależy do nas, mówi w jednym z opowiadań Jozue. I to on - biblijny patriarcha - nakazuje wstrzymać słońce i zrzucić kamienie na Gibeonitów. Zatem człowiekowi, koronie stworzenia, wolno wszystko. Wszelakie prawa stanowi on sam i nie ma praw absolutnych, bo zawsze znajdzie się jednostka, która istniejące reguły zaneguje. Taka, zdaje się, pesymistyczna myśl przewodnia płynie z opowiadań szwedzkiego pisarza.

Legendy to tytuł dość przewrotny. Przyzwyczajono nas, że w legendach występek, choć przejściowo triumfuje, zostaje w końcu ukarany. U Lindgrena nie ma kary, wyrządzone zło nie zostaje naprawione. Występek przyjmowany jest wręcz z milczącą aprobatą, a niekiedy nawet bywa nagradzany, jak to ma miejsce w historii o rolniku Otto, który zagarnia sąsiadom ziemię, przesuwając niepostrzeżenie kamienie graniczne.

Życie jest zupełnie pozbawione sensu, rzekł mierniczy. To dlatego porządek jest nieodzowny. 
Ja sądzę, stwierdził Otto, że życie ma sens.
Gdyby życie miało sens, rzekł mierniczy, nie byłyby potrzebne prawa ani granice.
[s. 46]

Należałoby z przytoczonej wyżej rozmowy wywieść, że w świecie przedstawionym Lindgrena ów sens wynika z motywów danej jednostki, jej uniwersum, imperatywu wewnętrznego, partykularnych celów. Porządek taki czyni z jednostki osobę boską.

A co znaczy wierzyć?
To myśleć: ona jest wszystkim, a ja niczym.
[s. 87]

Ubóstwiony bohater wszystkim, pozostali - niczym. Tak właśnie dzieje się w opowiadaniach Lindgrena. Otoczenie jest niezwykle bierne, a bohaterowie zwykle nie napotykają oporu. W naszym, realnym świecie takie postawienie spraw doprowadziłby niechybnie do Hobbesowskiego stanu natury. Wnioskujmy zatem, że jednostkowy sens dla społecznego organizmu jest jednak bezsensem. Ostatecznie żywot jednostki jest krótki,  jej pragnienia ulotne, a usiłowania daremne, co dobitnie autor potwierdza w ostatnim w zbiorze opowiadaniu o Buddzie. Mimo to nieustannie próbujemy stawiać opór...

W ludzkiej zuchwałości objawia się tęsknota natury, by wrócić do stanu sprzed stworzenia i osiągnąć spokój. [s. 27] 

A tym stanem jest chaos? Nicość? W mikroskali ograniczonej do naszego niewielkiego wszak globu rezultatem ludzkiej zuchwałości okazać się może zagłada planety. Refleksja nad prawami i granicami może zastąpić czytelnikowi morał, który zwykle w legendach, baśniach czy przypowieściach wyłożony jest w sposób wyraźny. 

Trzynaście opowiadań Torgny Lindgrena, to teksty krótkie i napisane prostym, przystępnym językiem. Niosą mimo to ogromny ładunek myślowy. To właśnie cechuje mistrzów pióra.  

piątek, 28 listopada 2025

Magdalena Tulli, W czerwieni

W gęstej, bardzo obrazowej, niemal poetyckiej prozie Magdaleny Tulli, bohaterem jest wymyślone miasto Ściegi. Obserwujemy jego rozkład. Od porządku ustalonego w Belle Epoque do chaosu czasów po Wielkiej Wojnie. 

Bogactwo smaków, zapachów, kolorów, utensyliów, bibelotów przypomina cudne opisy Petra Stancika z "Młynu do mumii". O ile jednak u czeskiego pisarza ta feeria szczegółów jest dopełnieniem fabuły, o tyle u Tulli jest literackim celem samym w sobie. Brak fabuły jest tu niestety dotkliwy. Są jej zalążki, które rwą się i prują wraz ze śmiercią kolejnych bohaterów. Żadna z postaci, która pojawia się na kartach powieści nie ma szansy stać się pierwszoplanowym bohaterem. Bliżej tu zatem Tulli do Piotra Szewca i jego "Zmierzchów i poranków", w których protagonistą także staje się miasteczko.

Zagracenie tego literackiego świata niestety ciąży. Remedium mogłoby być skupienie się od czasu do czasu na jakimś pojedynczym motywie. Tego jednak w książce Magdaleny Tulli nie odnajdziemy. Docenić musimy z pewnością walory językowe i mistrzowską frazę. I musimy czekać, aż pojawi się książka, w której dojmująca historia (jak z "Włoskich szpilek") spotka się z takim właśnie secesyjnym mikrokosmosem. 

poniedziałek, 24 listopada 2025

E. L. Doctorow, Ragtime

Pisana według amerykańskiej sztancy, tak by stać się materiałem na scenariusz filmowy, posiada jednak wiele zalet:

1. Autor puszcza wodze fantazji, dzięki czemu odnajdujemy w tej powieści sceny tak brawurowe, jak ta, w której młodszy brat matki wypada z szafy, z której podglądał Evelyn Nesbit masowaną przez Emmę Goldman.

2. Jest znakomitą panoramą Stanów Zjednoczonych początku XX w. Obejmuje wszystkie warstwy społeczne od lumpenproletariatu aż po szczyt piramidy społecznej (J.P. Morgan).

3. Bezkompromisowo rozprawia się z amerykańskim rasizmem. Coalhouse Walker pomimo zbrodni, których dokonywał w akcie zemsty za upokorzenia, budzi sympatię czytelników. Na przeciwnym biegunie mamy rasistę - idiotę, strażaka Conclina. 

Da się wyczuć krytyczne podejście do mitu Stanów Zjednoczonych jako ojczyzny wolności, mekki ludzi przedsiębiorczych, miejsca powszechnego dobrobytu. Wydaje się jednak, że krytycyzm Doctorowa, choć wyraźny, nie jest jednak tak głęboki i wielowymiarowy jak choćby w twórczości Faulknera. Trzeba więc "Ragtime" włożyć na półkę z literaturą rozrywkową. Dobrą, ale jednak rozrywkową. 

wtorek, 18 listopada 2025

Sebastian Barry, Czas starego boga

Aż się nasuwa stwierdzenie: historia współczesnego Hioba (abyśmy nie mieli wątpliwości, autor opatrzył książkę cytatem z Księgi Hioba). Stary, osamotniony człowiek. Miał wszystko, a zostały mu tylko wspomnienia. Na początek poznajemy te dobre wspomnienia, a potem, najpierw małymi porcjami, wkradają się te złe. Aż wreszcie na koniec zwala się na czytelnika cała lawina nieszczęść, które stały się udziałem Toma Kettle'a. 

Wyglądają one na dopust boży, bo nic w narracji prowadzonej śladem wspomnień Toma nie zapowiada tak dramatycznych wydarzeń. Być może Tom - detektyw z zawodu przecież (!) - nie dostrzegał niepokojących sygnałów. To wręcz niewiarygodne. Lecz kogo za tę wiarygodność winić? Toma czy Sebastiana Barry'ego?

Co mi przeszkadzało w tej książce? Zdecydowanie jej styl. Barokowo zakręcone i długaśne, efektowne zdania, homeryckie porównania i specyficzny, taki lekko gwarowy, ni to poufały, ni to protekcjonalny język, którym posługują się bohaterowie. Stylizacja językowa jest zapewne wielkim wyzwaniem dla tłumaczy, a anglosascy pisarze lubują się w tego typu zabawach słownych.

Lektura będzie ciekawa z punktu widzenia rozliczeń z kościołem, które w Irlandii zaczęły się szybciej niż u nas. Z literackiego punktu widzenia nie stanowi jednak fascynującej przygody. 

 

środa, 12 listopada 2025

Jonatan Littel, Łaskawe

Czy Max Aue da się lubić?

Można znaleźć w sieci fragment recenzji Krzysztofa Vargi, w którym czytamy, że podczas lektury "Łaskawych" czasem czujemy sympatię do Obersturmbannführera Aue. Otóż nie! Wolałbym, żeby Varga nie wypowiadał się w imieniu czytelników. Nie ma bowiem, w mojej ocenie, fragmentu, w którym można by poczuć sympatię do tej osoby. Littel dba o to, by jakiekolwiek pozytywne uczucia względem głównego bohatera zdusić, zanim zdołają wykiełkować. 

Aue jest nazistą z przekonania i do samego końca. Jego jedyne wątpliwości są natury estetycznej. Ten miłośnik poezji, muzyki klasycznej i dobrych  trunków wolałby z pewnością nie odwiedzać obozów zagłady, nie patrzeć na mord w Babim Jarze, nie zadawać się z prymitywami pokroju Blobela, Hössa czy nawet Himmlera. Wierzy jednak Führerowi, więc przystaje na to, co się dzieje kosztem męczących go nieustannie mdłości.

Jednak nie tylko uwikłanie głównego bohatera w zbrodnię holocaustu czyni z niego postać antypatyczną. Wielce problematyczna jest również jego historia rodzinna. Aue nosi w sobie głębokie poczucie krzywdy. Porzucony przez ojca, twierdzi, że odtrąciła go matka i to na nią zrzuca winę za swe traumy. Trudno mu wszakże współczuć. Odbieramy go jako osobnika niedojrzałego, który nie przepracował przeszłości i swoje relacje rodzinne zamroził w emocjonalności trzynastolatka. Niedojrzała jest również jego postawa społeczna. I nie chodzi tu nawet o ślepe posłuszeństwo zbrodniczym przełożonym (wszak nie odbiegał w tym zakresie od rzeszy podobnych mu Niemców), ale o bierność i potrzebę bycia kierowanym przez innych. Aue nie zrobiłby kariery w SS, gdyby nie popychali go mentorzy i przyjaciele: Thomas, Leland i Mandelbrod. 

Choć antypatyczny, jest jednak Aue atrakcyjną postacią literacką. Po pierwsze dlatego, że znajduje się w ważnych miejscach i momentach historii, zna ważne postaci. Nie odczuwamy przy tym przesytu, jakiegoś literackiego "przesolenia", jak to na przykład miało miejsce z Erykiem Stamelmannem z "Doliny Radości" Chwina, którego historia była po prostu niewiarygodna. Po drugie, jest szczęściarzem, wychodzi zawsze z opresji, w czym pomagają mu niekiedy (a niekiedy utrudniają) epizody ewidentnego szaleństwa (ugryzienie Hitlera w nos!). Miejscami nieprawdopodobne zachowania czytelnik może tolerować chyba właśnie dlatego, że w czasie zbiorowej fiksacji, jaką był narodowy socjalizm, ekstrawagancje Auego wydają się wpisywać w ogólny nurt. Ta nuta szaleństwa i fart stawiają naszego SS-Obersturmbannführera w jednym szeregu z takimi postaciami jak Tyron Slothrope z "Tęczy Grawitacji" Pynchona czy porucznik Hoszowski z "Warunku" Rylskiego. Zwłaszcza ten ostatni. Przedzieranie się Maxa i Thomasa z Drawska do Berlina pod koniec zimy 1945 jako żywo przypomina ewakuację Hoszowskiego i Rangułta z Rosji w 1812 r. 

Inne, choć dalekie, literackie pokrewieństwo jest proweniencji Kafkowskiej. Bohater ma problem z rodzicami. Ma również problem z prawem - Auego regularnie nachodzą dwaj policjanci, którzy nieustępliwie, pomimo kolejnych sądowych umorzeń, próbują doprowadzić do jego skazania w związku z niewyjaśnioną śmiercią matki i ojczyma. Nie wiadomo przy tym, czy nasz bohater jest winien. Zagadka zabójstwa rodziców nie zostaje rozwikłana. Możemy jednak założyć, że padli ofiarą napadu szaleństwa później wypartego przez Maxa.

Max Aue jest człowiekiem swoich czasów. Nie budzi naszej sympatii, bo budzić jej nie może chyba żadna postać z powieści Littela. Stosunkowo najłaskawiej autor potraktował kobiety. Tu spośród szeregu odhumanizowanych, zautomatyzowanych wręcz funkcjonariuszek, sekretarek, gospodyń wyróżniają się dwie - Una i Helena, siostra i przyjaciółka Maxa. Są dalekie od ideologicznego zaczadzenia, ale pozostają bierne. Una wiedzie łatwy żywot żony bogatego arystokraty, a Helena pozostaje zakochana w Maxie, nawet kiedy dowiaduje się o jego udziale w eksterminacji. 

Littel wnikliwie i ze swadą sportretował III Rzeszę. "Łaskawe" pozostają unikatem bo prezentują perspektywę zbrodniarzy i pokonanych w tej wojnie. Jesteśmy przyzwyczajeni do narracji zwycięzców, a jeśli do głosu dochodzą Niemcy, to jest to zwykle głos uznający winę i poszukujący historii tych nielicznych "sprawiedliwych" (vide Kirst, Fallada, Böll, Hegi i wielu innych). Pomimo przyjętej perspektywy nikt nie powinien mieć wątpliwości co do intencji autora. Oczywistym jest, że Littel potępia nazizm, a ewentualne kontrowersje czy zarzuty związane z epatowaniem erotyką łamiącą wszelkie tabu powinny zejść na plan dalszy wobec bezlitosnego obnażenia szaleństwa, w którym pogrążyły się Niemcy czasów Hitlera.

niedziela, 9 listopada 2025

Flatlandia, czyli Kraina Płaszczaków, Teatr im J. Szaniawskiego Wałbrzych

Teatralny eksperyment z tekstem niełatwo adaptującym się na scenę. Brakuje tu tradycyjnej akcji, nie ma raczej miejsca na aktorskie popisy, a na pierwszy plan wysuwa się wyzwanie intelektualne. Widz musi uruchomić wyobraźnię, abstrakcyjne myślenie, wyciągnąć z pamięci prawidła geometryczne i wyruszyć w podróż na poszukiwanie kolejnych wymiarów. Do tego bowiem skłania ten spektakl - do wyobrażenia sobie, że można nasz 3-, a nawet 4-wymiarowy świat obserwować z perspektywy jeszcze większej liczby wymiarów, do których z racji naszych ograniczeń fizycznych i percepcyjnych nie jesteśmy w stanie dotrzeć.

Należy się więc uznanie dla realizatorów za podjęcie się tego ambitnego zadania. Mam jednak wątpliwości, czy poza ową refleksją filozoficzno-matematyczną, coś w pamięci widza pozostanie na dłużej. Nie będą to mało efektowne permutacje obrazu scenicznego rzucane na ekran odgradzający aktorów od widzów. Nie będą to mało efektowne geometryczne choreografie. 

Warto było przypomnieć tekst Abbotta. I to największa wartość tego spektaklu. 

 

Flatlandia, czyli kraina płaszczaków

adaptacja: Rebecca Pierrot, Krzysztof Garbaczewski
reżyseria, scenografia, wideo, muzyka: Krzysztof Garbaczewski 

Bugonia, reż. Jorgos Lantimos

Chyba najbardziej odjechany film Lantimosa. Jesteśmy przyzwyczajeni, że ten reżyser wrzuca nas za każdym razem w środek nietypowej (dystopijnej, szalonej, groteskowej czy wręcz surrealistycznej) sytuacji. Ale w "Bugonii" miesza z sobą aż dwa porządki, niewpasowujące się w to, co mieścilibyśmy w ramach normy. 
Mamy więc świat Teddy'ego, którego odbieramy jako świra cierpiącego na poważne zaburzenia osobowości, oraz świat "obcych", którzy zawładnęli ziemią, czego biedni ziemianie nie są w stanie spostrzec.
Wymieszanie światów skutkuje wymieszaniem gatunków (thriller, komedia, S-F, dramat społeczny) i jest to mieszanka swoiście wybuchowa. Koronkowy scenariusz, znakomicie zrealizowany. Układanka z precyzyjnie odmierzonymi ingrediencjami, nawet takimi jak muzyka (genialna!). Finałowe "Where have All The Flowers Gone" Marleny Dietrich! Dezynwoltura, hucpa, ale w żadnym momencie nie ma poczucia, że coś tu przedobrzono. 
A co najważniejsze film stawia również diagnozę naszej cywilizacji w fazie turbokapitalizmu i antropocenu. I nie jest to diagnoza, która pozwala na pomyślne rokowania. 

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...