Taka rozmowa po filmie.
Ja: Strasznie to pesymistyczne.
Boguś: Raczej optymistyczne.
Ja: No tak. Żeśmy się z tego bagna wygrzebali.
Bo tego w polskim filmie nie było. To w sumie bardzo ciekawe, że kinematografia powojenna, zwłaszcza ta tworzona w czasach, kiedy państwowa ideologia temu sprzyjała, nie rozprawiła się ze szlachtą. Efekt Trylogii i paru jeszcze innych najbardziej utrwalonych w zbiorowej percepcji Polaków utworów skutkował masowym utożsamieniem się z "Kmicicem". I potem co drugi korzeni swoich szuka, klejnociku, herbiku. I tu nagle w XXI wieku odkrycie robią, żeśmy wszyscy z chłopstwa.
Film konsultowany z prof. Leszczyńskim, ale miejscami wręcz wierzyć się nie chciało w pokazane na ekranie zwyrodnienie polskiego ziemiaństwa u schyłku I RP.
Znamienne też słowa rotmistrza Dunina (Więckiewicz): Bóg, honor, ojczyzna. Dla czego u was honor na drugim miejscu? Zamiast dobro ojczyzny, u was mrzonki o osobistym honorze, a potem Matuszka Rassija porządek przywracać musi...
Dobra rodowe same na tym ekranie. Wspomniany Więckiewicz celowo na Stalina upozowany, stonowany braciakowaty Braciak, jednak bardzo przekonujący w roli Kościuszki, Wspaniała, westernowa Grochowska w roli twardej pułkownikowej. I ciekawe epizodziki - Segda choćby.
Dobre, choć mogłoby być jeszcze lepsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz