Pierwszy monolog Werthera, zjechanie sztankiet z dekoracjami i już wiedziałem, że będzie źle. Spektakl zrobiony chyba celowo tak, by trafić do młodego widza. Wciąż zastanawiam się, czy Spiss grała z konwencją, czy po prostu poddała się estetyce teatrzyku szkolnego. Jeśli była to gra z konwencją, to chyba nieudana, skoro rodzą się takie pytania.
Do historii Werthera doklejono dydaktyczną historię o umieraniu z pytaniem o eutanazję. Czy na owo pytanie trzeba odpowiadać wykładem włożonym w usta aktorów?
Przed totalną katastrofą spektakl ten ratuje jako taki pomysł, próba wyciągnięcia ze spektaklu czegokolwiek ponad sam tekst (np. właśnie tematu eutanazji). Gdybyśmy zostali przy samym Goethem, mielibyśmy coś tak nudnego i płaskiego jak niedawna "Lalka" w reż. Rychcika.
Aktorstwo bardzo sztampowe. Nikodem Księżak z początku rozczarowuje, ale rozkręca się i w monologu tuż przed śmiercią nawet troszkę wzrusza. Wykreował w sumie postać takie dzisiejszego rozpieszczonego dzieciaka, który zakochał się beznadziejnie i nie umie sobie z tym poradzić. Nie miał łatwego zadania, bo w spektaklu Marii Spiss bohaterowie nie wchodzą w interakcje między sobą. Tworzą jakby odrębne mikroświaty. Zwłaszcza Lotta zapatrzona chyba siebie i mówiąca zawsze wprost, gdzieś daleko za widownię.
Jak na profesjonalny teatr za dużo potknięć, zająknięć, wchodzenia nie w czas itd...
Oceniłem na 3

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz