sobota, 24 stycznia 2026

Baśń dla wkur...onych, Teatr Nowy w Poznaniu

Wchodzimy na widownię i od razu wiadomo, gdzie się znaleźliśmy - w d...pie. Scenografia przedstawia bowiem wnętrze końcowego odcinka jelita grubego, zaś z tyłu sceny, w jej centrum widzimy otwór. Po spektaklu rodzi się pytanie, czy to wynik tak daleko posuniętej przewrotności reżysera, który wiedział, z jakiej proweniencji tekstem pracuje.

Zaczyna się jak standup, nawet śmieszny, ale bawiący w najprostszy i najpłytszy zarazem sposób: wulgaryzmami i odwołaniami do fekaliów. Potem akcja grzęźnie w strumieniu świadomości bohaterów wypełnionym refleksjami na temat codzienności, imitującymi niekiedy intelektualne wyrafinowanie, ale w rzeczywistości niewiele widzowi przekazującymi. Rozumiem, że w czwórce postaci, szarych nieudaczniczek i nieudaczników w średnim wieku widz ma odnaleźć siebie. Ale to, co dociera do nas ze sceny, dojrzały widz doskonale wie. Potem mamy (któryż to już raz w teatrze!) rozmowę ze sztuczną inteligencją, a na końcu jakiś rytuał przejścia (oczywiście poprzez otwór odbytniczy) przenoszący nas w klimaty barwnych witkacowskich halucynacji albo w universum filmów s-f pokroju "Avatara". 

Zadziwiające, że świetną grę pięciorga aktorów (czwórkę ludzi uzupełnia Jacuś - wewnętrzne dziecko jednego z protagonistów), znakomitą scenografię i fenomenalną wręcz reżyserię świateł i animacji zmarnowano na tak słaby tekst. Choć w trakcie spektaklu przechodziłem męki, wyszedłem z teatru pełen podziwu dla scenicznego warsztatu całego zespołu. Życzę im, by te wspaniałe możliwości mogli zaprezentować w połączeniu z lepszym materiałem dramatycznym.

 

Baśń dla wkur...onych

reż. Piotr Ratajczak

Scenografia:

Marcin Chlanda

Kostiumy:

Marcin Chlanda

Muzyka:

Anna Stela

Choreografia:

Arkadiusz Buszko

Video:

Marcin Chlanda

Reżyseria światła:

Marcin Chlanda

Asystent reżysera:

Józef Piechowiak, Marta Mirska

 

 

środa, 14 stycznia 2026

Solaris, Teatr Polski we Wrocławiu

Teatr Polski zaproponował widzom wierną tekstowi adaptację powieści Stanisława Lema. Czytelnik nie powinien być zaskoczony tym, co dzieje się na scenie. A jednak spektaklowi Michała Zdunika doskwiera jeden poważny brak. Mamy Kelvina, Harey, Snauta i innych, ale realizatorom zapodział się gdzieś protagonista równie ważny - ocean. To przecież ten twór stanowił przedmiot zainteresowania wszystkich mieszkańców stacji na Solaris, to z nim próbowano nawiązać kontakt, to w nim doszukiwano się ukrytego sensu i nieznanej formy inteligencji. Umykają tym samym filozoficzne pytania o naszą wyjątkowość we wszechświecie i o to, czy rzeczywiście jesteśmy "koroną stworzenia". Oglądając wrocławską adaptację miałem wrażenie, że chodzi w niej wyłącznie o usunięcie ze stacji "nieoczekiwanych gości" - wytworów umysłu Kelvina, Snauta czy Sartoriusa. Zaprzepaszczona została więc głębia tekstu Lema.

Nie mogłem oprzeć się również wrażeniu, że uszyto ten spektakl grubą fastrygą. Niemal wszystko na scenie toczy się tak, że trudno skupić uwagę na bohaterach, tym, co w danym momencie dzieje się między nimi. Trudno wyczuć puls tego przedstawienia i dostroić się do jego tempa. Nie pomagają w tym pomysły aktorskie, zwłaszcza na postaci Harey i Snauta. Nerwowość na granicy histerii, a w przypadku byłej dziewczyny Kelvina dodatkowo dziwna mechaniczność to patent zbyt prosty, by mógł przekonać widza. Doszyte do tekstu Lema wstawki z poezją Ginczanki, Baczyńskiego czy Tetmajera były pomysłem ciekawym, ale ostatecznie nie wzmocniły przekazu oferowanego przez wrocławski zespół.

Tytułowa planeta w powieści Lema krążyła wokół układu dwóch słońc emitujących światło o różnych widmach. Istniał dzień błękitny i dzień pomarańczowy. Załoga stacji musiała dostroić się to tego nietypowego z ziemskiego punktu widzenia cyklu. Dziwne, że twórcy nie wykorzystali Lemowskiego pomysłu w inscenizacji. Tu przecież otwierało się wielkie pole do popisu w dziedzinie scenicznego oświetlenia. Tymczasem operowanie światłem jest jednym z najmniej efektowych aspektów wrocławskiej "Solaris". Zdarzało się wręcz, że aktorzy ginęli w niedoświetlonych połaciach sceny, co raczej nie było zamysłem reżysersko-scenograficznym, lecz zwykłą niedbałością.

Dużym atutem "Solaris" na Świebodzkim jest za to muzyka. Chorał do greckich tekstów Pseudo Dionizego Areopagity znakomicie wykonany, ciekawie zinstrumentowany harmonijnie łączył się z klimatem wyludnionej stacji kosmicznej zagubionej gdzieś na planecie pokrytej olbrzymim oceanem plazmy.

 

    adaptacja i dramaturgia – Ewa Mikuła
    reżyser – Michał Zdunik
    scenografia – Aleksandra Reda
    kostiumy – Marta Kopańska
    muzyka – Zuzanna Falkowska
    choreografia – Monika Szpunar i Karolina Graca
    reżyseria światła – Ewa Garniec
    wideo – Izumi Yoshida
    asystentka reżysera i obsługa thereminvoksu – Klementyna Umer

 

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Keiichiro Hirano, Pewien mężczyzna, Warszawa 2022 [wyd. Czytelnik]

Bardzo ciekawie skonstruowana powieść. Właściwie szkatułkowa fabuła. Na pierwszym planie mamy prawnika Kido. Na drugim Makoto Harę, w którego sprawie Kido prowadzi dochodzenie. Obu zaś łączy stygmatyzacja. Jak przezwyciężyć to niechciane i niezawinione naznaczenie? Hara, napiętnowany jako syn mordercy, decyduje się na zmianę tożsamości. Kido, prześladowany z powodu koreańskiego pochodzenia, fantazjuje o takiej zamianie. Jego myśli krążą wokół podobnych sytuacji, a nawet tropów literackich, wśród których odnajdziemy motywy z "Przemian" Owidiusza.
Samo dochodzenie, odkrywanie prawdziwej tożsamości Makoto Hary, jest znakomitym zabiegiem mającym utrzymać zaciekawienie i uwagę czytelnika. Te wątki autor przeplata scenkami rodzajowymi z życia japońskiej rodziny -  przechodzącego kryzys małżeństwa z małym dzieckiem. Nie brak również refleksji oscylujących wokół tematu tożsamości. 
Otrzymujemy przy tym bardzo ciekawy obraz współczesnej Japonii. Poznajemy specyfikę tamtejszej ksenofobii. Wydaje się, że nasz polski język nienawiści jest jednak w miarę łagodny, jeśli zestawić go z antykoreańskimi wystąpieniami opisanymi w powieści Hirano. To marna pociecha dla polskiego wrażliwego czytelnika. Zauważmy jednak, że przenikliwe pisarskie spojrzenie i możliwość dokonania odniesień do własnego otoczenia może być źródłem dużej czytelniczej przyjemności. 

@@@@@@@@@@@@@@@@@@@

wynotowane cytaty:

- Stygmat, czyli co właściwie?
- Jakaś cecha, która staje się podstawą do dyskryminacji, wyrażania niechęci czy ataków. Samo w sobie nie musi to być nic złego, tylko na przykład jakiś znak szczególny na twarzy. Może to być też przeszłość kryminalna czy wychowanie.
- A, o to chodzi.
- Tak. Kładzie się nacisk tylko na to, a ignoruje całą resztę cech człowieka. A przecież ludzie są z natury wielowymiarowi. [s. 142]


To samo z prawnikami czy Japończykami. Nie mogę znieść tego, że tożsamość człowieka sprowadzana jest do jednego tylko aspektu i staje się przedmiotem manipulacji w rękach innych ludzi. [s. 143]


- Wszyscy zanadto cenią sobie ten świat. To takie myślenie życzeniowe. Dlatego obwiniają innych, gdy są nieszczęśliwi. I nie czerpią żadnej satysfakcji z własnego życia. [s. 144]

środa, 7 stycznia 2026

Stanisław Lem, Solaris

Wreszcie przeczytałem i właściwie cieszę się, że dopiero teraz, kiedy jestem po lekturach różnych książek przybliżających laikom podstawy kosmologii czy fizyki molekularnej. Pozwala to docenić fachowe wykorzystywanie przez zdobyczy nauki dostępnych w okresie pisania książki. 

Pomimo archaizmów jest to wciąż fascynująca i nadal mocno futurystyczna opowieść, w której spekulacje na temat możliwych w przyszłości kontaktów z innymi cywilizacjami są tak samo istotne jak refleksja nad człowieczeństwem i tym, co wyróżnia nas spośród innych istot. 

Jest to tak dobrze i sprawnie napisane, że nawet to, co dla wielu czytelników jest zmorą, w powieści Lema wciąga. Mam tu na myśli mistrzowskie opisy całkowicie fantastycznych oceanicznych tworów. Pisarz robi to tak, że można je sobie wyobrazić, a czytanie tych wielostronicowych zawiłych tekstów w ogóle nie nudzi.

Czego mi zabrakło w "Solaris"? Pewien niedosyt budzi otwarte zakończenie. Spodziewałem się raczej zupełnej klęski Kelvina. Jak potoczą się jego losy, w zasadzie nie wiadomo. Z pewnością jednak takie zakończenie bardziej pasuje do wymowy całego dzieła, z którego wynika, że nasze oczekiwania wobec kontaktu z innymi cywilizacjami rozminą się z rzeczywistością. Nie bądźmy zatem niczego pewni. 

czwartek, 1 stycznia 2026

Jerzy Pilch, Wiele demonów, Warszawa 2013 [wyd. Wielka Litera]

Lubię takie zbiegi okoliczności, które łączą miejsce akcji z miejscem czytania. Nie czytałem wprawdzie "Wielu demonów" w Wiśle (w powieści przechrzczonej na Sigłę), ale niedaleko, niedaleko, w sąsiedztwie ewangelickich kościołów, pastorówek i jedynego w Polsce pomnika Marcina Lutra.

Ten luterański anturaż nadaje oczywiście powieści Jerzego Pilcha swoistego kolorytu. Autor portretuje swoją rodzinną miejscowość jako przestrzeń głęboko przenikniętą tradycjami i obyczajami religijnymi. Dla katolików nieco egzotyczną i tajemniczą jak - takie mi się nasuwa skojarzenie - Drohobycz Brunona Schulza. Wszystko doprawione jest humorem bardzo pokrewnym czeskiemu, który wpleść można nawet w rozmowy o sprawach najtrudniejszych. Przykładem może być brawurowo skonstruowany dialog Wzmożkowej i Fryca Moitschka zamykający powieść i jednocześnie rozwiązujący zagadkę zniknięcia Oli Mrakówny, która wydaje się głównym wątkiem książki Pilcha. 

Do tego cała galeria oryginałów: naczelnik poczty - lokalny patriarcha, jego żona - starka Zuzka (archetyp śląskiej matrony utrzymującej w porządku cały siglański mikroświat), pastor Mrak i jego zbuntowane córki, żulik Józek Lumentiger, wspomniana Wzmożkowa (kapitalnie zarysowany wątek toksycznego matkowania synowi - poecie Juliuszowi).

Takiej bezwzględnej, ironicznej, ale zarazem ciepłej wiwisekcji lokalnej społeczności mógł dokonać tylko wywodzący się z niej pisarz. "Wiele demonów" to z pewnością jedna z najważniejszych pozycji w dorobku Jerzego Pilcha i jednocześnie powieść, która może spodobać się szerokiemu gronu czytelników.

%%%%%%%%%%%

Wynotowane cytaty

Wszystkie przebudzenia straszne. Straszne, bo do śmierci, do rzeczywistości, w której śmierć istnieje. Przebudzenia coraz potworniejsze, bo do życia, które sie kończy, koniec coraz bliższy; tak bliski, że reszta pobytu nie ma znaczenia, w najlepszym razie jest obserwowaniem wtasnego spadania. Jesteś człowiecze kamykiem ciśnietym w czeluść, gap się na siebie, nic wiecej. Jedno, co możesz zrobić, to w jako tako ułożonych słowach zdawać sprawę z lotu. Z końcówki lotu, bo długo uważałeś, że nie lecisz, nieświadomość była słodka - cóż z tego - minęła. [s. 164]

Swoją drogą: dlaczego Pan Bóg mówi niewyraźnie? Dlaczego jego ulubionym środkiem wyrazu jest bełkot lub bohomaz? Zwierzęcy wrzask nad doliną coś znaczy? Pękniecia tynku na suficie układaja sie w strzałki? Na Boga! Wymyślcie wreszcie takie bóstwo, żeby działało! Albo przynajmniej mówiło po naszemu. [s. 272]

Intensywność zabija strach. [s. 301]

Gdy się samemu świata nie zostawi, on nas zostawi, a zanim zostawi, skatuje, okaleczy, poniży i do wszelkiego upadku przywiedzie. [s. 314]

Bóg jest mistrzem barw ochronnych. [s. 429]

Wkroczymy w rzeczywistość, która istotnie jest w koncertach i sonatach, odgadniemy hasła, odczytamy szyfry i wszystko się zmieni. Wstąpimy w białe miasta, które są w muzyce, zanurzymy w jej rzeki, siądziemy na jej pociemniałych od upału werandach. Nie będzie to aż tak trudne, może nawet jeden gest starczy? [s. 441]

Żadna zresztą tragedia, życie to jest: raz, dwa, bardzo rzadko: trzy. Przedtem i potem nieobecność na ziemi, czyli śmierć. Po śmierci nie żyjesz, ale zanim się urodzisz, też nie żyjesz. Zdecydowaną większość czasu nie żyjesz, całe wieki nie żyjesz, przez liczne wieczności nie żyjesz... Im więcej nie żyjesz, tym bardziej z nagle ci danym życiem się certolisz, chcesz to nieskończenie krótkie życie za wszelką cenę wydłużyć, a przecież ono nawet pięciokrotnie, nawet dziesięciokrotnie dłuższe dalej będzie śmiesznie krótkie... [ss. 471-472] 

 

 

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...