niedziela, 22 września 2024

Warszawska Jesień, koncert inauguracyjny 20.09.2024,

Czytam, że hasłem tegorocznego festiwalu jest przenikanie. Jak wytłumaczono na stronie festiwalowej, chodzi o przenikanie się różnych styli muzycznych. W samym koncercie inauguracyjnym inspiracje miały pochodzić z baroku, hip-hopu, muzyki ludowej, klasycyzmu i audiowizualności. Jest to jednak moim zdaniem założenie nieco naciągane. Użycie instrumentów (suka biłgorajska, fidel płocka), które wyszły z użytku jeszcze w XIX w., to dość okrężna i bardzo pośrednia droga inspiracji twórczością ludową. Na tej samej zresztą zasadzie wytęp miksującej na żywo gramofonistki podciąga się pod hip-hop. Audiowizualności nie dostrzegłem nigdzie. Klasycyzm - owszem, najbardziej w utworze Heleny Tulve, który można czytać jako kontynuację schubertowsko-mahlerowskiej niemieckiej tradycji pieśniarskiej.

Mnie podczas koncertu wykonywane utwory ułożyły się według innego, wyraźnego klucza, który można by za Białoszewskim kolokwialnie określić jako "Szumy, zlepy, ciągi". Zwłaszcza pierwsza część koncertu mogłaby świadczyć o bardzo starannym i przemyślanym doborze wykonywanych dzieł. Wspólna dla nich była umiarkowana dynamika utrzymana w przeważającej części w zakresie od ppp do p. Można również doszukać się pierwszych trzech utworach swoistej oddechowej pulsacji i konsekwentnej metryczności.


Christian Winther Christensen Koncert fortepianowy (2018)*

Rei Nakamura fortepian

Bardzo ciekawy utwór, w którym preparowany fortepian nie wychodzi w zasadzie poza dynamikę pianissimo (pianistka najczęściej trąca klawisze bez ich wciskania). Kompozytor dopasował do niego całą orkiestrę wykorzystaną całkowicie sonorystycznie. Co ciekawe, muzycy oscylują jednak wokół harmonicznych rdzeni, a docierający do słuchacza dźwiękowy konglomerat jest bardzo uporządkowany. Daje się również zauważyć swoisty porządek rytmiczny i frazowy. Christensen chętnie stosuje wielokrotne, jakby ostinatowe powtórzenia, swoiste "ciągi". Kompozytor prowadzi nas poprzez rozrzedzenie rytmu i natężenia dźwięku do absolutnej ciszy. Zanim muzycy umilkną zupełnie, publiczność czeka na coraz rzadsze, coraz bardziej oddalone od siebie uderzenia fortepianowych klawiszy, a cisza na sali staje się równoprawnym elementem utworu.

Helena Tulve Geh bis an deiner Sehnsucht Rand (2024)** na fidel płocką, sukę biłgorajską i oktet wokalny do słów Rainera Marii Rilkego (zamówienie Fundacji Polihymnia)
Maria Pomianowska fidel płocka, suka biłgorajska OKTET WOKALNY SIMULTANEO:
Magdalena Łaszcz sopran
Alicja Giętkowska-Liguz sopran
Ksenia Sawczenko alt
Jagoda Staruch alt
Krzysztof Lorek tenor
Adam Kupper tenor
Paweł Nodzak baryton
Mateusz Kempa bas
Karol Kisiel dyrygent Oktetu Wokalnego Simultaneo

Drugi z utworów również utrzymany w spokojnej dynamice. Oktet wokalny wspomaga tu tylko jeden instrument - fidel, zamieniona w środkowej części utworu na sukę i w końcu znów fidel. Widzę tu - w warstwie wokalnej - chętnie wykorzystywane metryczne "ciągi", powtórzenia. Dominuje jak w poprzednim utworze artykulacja staccato. Lirycznie i melodycznie brzmi - w krótkich frazach, kiedy przedostaje się na pierwszy plan - fidel płocka. Nieco bardziej prymitywnie - suka. Co ważne, widać było u wykonawców, radość ze wspólnego muzykowania.

Paweł Szymański it’s fine, isn’t it? (2020)** koncert na flet i orkiestrę (zamówienie Fundacji Piąta Esencja)

W swoim utworze Paweł Szymański zastosował zabieg odwrotny do zauważalnego w koncercie fortepianowym Christensena "rozrzedzenia dźwięku". Tu mamy do czynienia z jego zagęszczaniem. Dość wspomnieć, że koncert zaczyna się od niewychwytywalnych ludzkim uchem brzmień fletu, w którego stroik flecista dmucha z dużej odległości. Precyzyjnie i koronkowo skonstruowana warstwa orkiestrowa także i tutaj utrzymuje miarowy "puls". 

W utworze Szymańskiego mamy wszakże swoiste "przenikanie". Do partytury wkradła się bowiem polityka. W finale utworu usłyszymy (elektronicznie zmodulowany) sławny cytat o tym, że nikt nie przekona nas, że "czarne jest czarne, a białe jest białe". Ta kompozytorska zuchwałość zaowocowała niespotykaną w muzyce klasycznej od siedemdziesięciu lat ingerencją cenzury. Prawykonanie musiało czekać na lepsze czasy, po tym, jak dzieło usunięto z programu festiwalu Eufonie przed trzema laty. Nie wiadomo, czy ta manifestacja polityczna była potrzebna. Dzieło znakomicie broni się bez wspomnianych słów. W mojej ocenie był to wszak najciekawszy utwór koncertu.

Żaneta Rydzewska Fire (2024)** na orkiestrę

Po przerwie zaś mielimy do czynienia z utworem najmniej chyba wyrazistym. Z wcześniejszymi utworami pokrewne było sonorystyczne potraktowanie instrumentarium. Dużo "Szumów" i "ciągów". Odmienna za to była głośna, wyrazista dynamika.


Mariam Rezaei gramofony

Matthew Shlomowitz, Mariam Rezaei Six Scenes for Turntables and orchestra (2023)* na improwizującą gramofonistkę i orkiestrę
1. Scena pierwsza
2. Screech
(recytacja)
3. Dźwięki organów
4. Milford Graves w niebie
5. Beat juggle shuffle
6. Harp Whip
(recytacja i chór)

To dzieło z zupełnie innego bieguna. Orkiestra w końcu mogła huknąć, były elementy jazzu, heavy metalu, brzmienia jakby z Glenna Millera. Mariam Rezaei wplatała w to gramofony, modulowane tak, że w najlepszym razie porównać je można z brzęczeniami i pohukiwaniem wodnego ptactwa gdzieś na rozległych moczarach północy. Bardzo energetyczne zakończenie świetnego, ciekawego koncertu.

NARODOWA ORKIESTRA SYMFONICZNA POLSKIEGO RADIA W KATOWICACH
Yaroslav Shemet dyrygent

Michael Chabon, Poświata


Zbiega się tu wiele tropów i motywów. Dwa najwyraźniej widoczne:
1. Wnuk odtwarza, odkrywa historię dziadka / babci.
2. Wątek łotrzykowski w ogarniętej wojną Europie. Tu Dziadek autora tropi samego Wernhera von Brauna i jego rakiety V2, stając się trochę literacką kopią Tyrone'a Slothrope'a ("Tęcza Grawitacji" Pynchona). Przy czym autor utrzymuje, że Slotrope był całkowicie zmyślony, a historia jego dziadka prawdziwa.
To książka w istocie wspomnieniowa. Chabon nie stara się tu zatkać dziur w opowieściach dziadka literacką fantazją (o co podejrzewam np. Pasewicza w świetnym skąd inąd "Pulverkopfie"). Ale ta szczerość i surowość relacji (np. spore braki w historii babki) pozostawiają wszakże pewien niedosyt, czego jednak nie można traktować w kategoriach zarzutu. Trudno przecież narzucać autorowi, jak ma opowiadać dzieje własnej rodziny, a już zupełnie nie sposób sugerować mu, by luki wypełniał zmyśleniami.
Ciekawe postaci, zwłaszcza babki.

niedziela, 8 września 2024

Sandor Marai, Żar

Głos ma tylko generał. To on czterdzieści lat czekał na ponowne spotkanie z Konradem i to on w głowie układał całą historię oraz to, co powie, przy ponownym - i ostatnim - spotkaniu. Nawet jeśli padają w powieści słowa Konrada, to one tu nic nie znaczą. Znaczy tylko jego gest - odmowa odpowiedzi na pytanie, czy Krystyna, żona Generała, wiedziała, że Konrad na polowaniu, po którym wyjechał na zawsze, chciał zabić jej męża. Pytanie Generała sugeruje niejako wspólnictwo żony w niedoszłym zamachu. Milczenie Konrada dowodzi dwóch rzeczy:
1. Krystyna wiedziała. Gdyby nie wiedziała, nie byłoby powodu do milczenia. Po czterdziestu latach i śmierci Krystyny Konrad mógł to bez obaw wyjawić.
2. Gdyby zatem Konrad potwierdził, że Krystyna wiedziała, Generał mógłby to odczytać, jako próbę częściowego zrzucenia winy na żonę.
Milczenie było szlachetnym sposobem przekazania pytającemu prawdy. Pozwalało uniknąć zarówno kłamstwa jak i obarczenia winą ukochanej kobiety.
Wyznanie Krystyny zapewne tkwiło w jej żółtym notatniku. Wrzucając go w żar kominka, Generał zapewne domyślił się prawdy.
Generał może czytelnika drażnić. To osoba raczej prosta, o mocnych, niewzruszonych poglądach i silnej wierze w swoje ideały. Nie dopuszcza zapewne i nie potrzebuje innej wersji niż jego własna. Przebija się z jego słów wyniosłość, ale i szczerość.
Drażni także Konrad tym, że nic nie mówi, a jeśli mówi, to powtarza rzeczy, które już powiedział (komunały o tropikach).
Można założyć, że Marai stawia w książce pytanie, czy możliwa jest idealna, bezinteresowna przyjaźń, znosząca bariery wielorakich różnic (pochodzenia, majątku, wrażliwości). Czy przyjaźń taka trwa na zawsze. Paradoksalnie Generał odpowiada twierdząco. Konrad, skryty i uciekający, wydaje się rozumieć, że jest ona mrzonką.
Sytuację powieściową Marai utkał bardzo misternie, tworząc rzecz niezwykle efektowną i skłaniającą zapewne czytelnika do refleksji nad własnymi przyjaźniami.

*************

Wynotowane cytaty


Młodość zawsze spodziewa się ofiary od tych, w których pokłada swoją nadzieję. [s. 34]

To najdotkliwszy cios, jaki fatum może zadać człowiekowi. Pragnienie bycia kimś innym niż tym, kim jesteśmy; silniejsze pragnienie nie może zapłonąć w ludzkim sercu. Bowiem życia nie można znosić w inny sposób niż ze świadomością, że godzimy się z tym wszystkim, co znaczymy dla siebie i dla świata. Trzeba zgodzić się z tym, że jesteśmy tacy lub inni, i wiedzieć - kiedy się z tym godzimy - że za tę mądrość nie otrzymamy pochwały od życia, nie przypną nam do piersi orderu, kiedy wiemy i znosimy to, że jesteśmy próżni, samolubni albo łysi i brzuchaci – nie, należy wiedzieć, że za nic nie otrzymamy nagrody ani pochwały. Musimy to znosić, oto i cała tajemnica. Musimy znosić nasz charakter, naszą naturę, ponieważ doświadczenie i zdolność rozumienia nie zmienią jej wad, samolubstwa, chciwości. Trzeba znosić i to, że nasze pragnienia nie znajdują odzewu w świecie. Że ci, których kochamy, nie kochają nas albo że nie kochają tak, jak się spodziewamy. Trzeba znosić zdradę i niewierność, i to, co liczy się między najtrudniejsze zadania każdego człowieka, trzeba znosić wybitność charakteru lub umysłu drugiego człowieka. [s. 104]

piątek, 6 września 2024

Jesmyn Ward, Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie

Bohaterowie tej książki widzą duchy. Leonie, czarnoskórej narkomance z delty Missisipi, pojawia się jej zamordowany przez białych brat. Żeby się ukazał, Leonie musi być na haju. Inny zabity - niejaki Bogaś - pojawia się jej synowi Jojo. Na końcu duchy widzą wszyscy, cała rodzina Jojo i Leonie: tatko, mamcia, Kayla. Pogubić się można w tym, czego pragną te "duszeczki", aby się dostać do nieba i kto może je odkupić. Ta warstwa książki była dla mnie bardzo męcząca.

Nieco bardziej wciąga wątek obyczajowo-społeczny. Obrazek biednej rodziny z Południa, uzależnienia, rasizm, więzienie. Nie wydaje się wszakże, by proza Ward była tu w jakiś sposób odkrywcza.

Nie przekonuje mnie też tłumaczenie. Jędrzej Polak zaproponował polsko brzmiące ksywki i imiona: Zrzeki, Bogaś itp. brzmiące jakoś sztucznie. Do tego "tatko" i "mamcia" też jakoś drażnią.Może nie drażniłyby, gdyby ta proza była wybitna. Niestety jest tylko przeciętna.

środa, 4 września 2024

Arundhati Roy, Bóg rzeczy małych

Ta objętościowo nieduża książka (300 str.) porusza - czasem wręcz niepostrzeżenie - całą gamę tematów ważnych. Dowodzi to zapewne społecznej wrażliwości autorki, która wszak w swej działalności literackiej skupia się przede wszystkim na publicystyce. 

Na pierwszy plan wysuwa się w moim odczuciu kwestia wciąż żywych w Indiach ograniczeń wynikających z podziału społeczeństwa na kasty. Najsympatyczniejszy z dorosłych bohaterów tej książki - Welutha - jest też postacią najbardziej pokrzywdzoną. Człowiek o złotym sercu, nieprzeciętnych zdolnościach jest jednocześnie pogardzany, bo należy do "parawanów", czyli - jak powiedzielibyśmy dzisiaj - pariasów lub niedotykalnych. Wykluczenie Weluthy - bohatera wszak drugoplanowego - jest jednak osią, wokół której rozgrywa się tragedia stanowiąca główny wątek powieści. 

Ważny jest równie problem toksycznych relacji pomiędzy rodzicami a dziećmi. Świetnie nakreślone postaci bliźniąt Esthy i Rahel mierzą się z psychiczną i fizyczną przemocą ze strony matki. Ich reakcje obronne, przerażenie, próby poradzenia sobie z fundowaną przez dorosłych huśtawką emocjonalną również mają niemałe znaczenie dla rozwoju fabuły.

Roy potrafi zgrabnie wpleść pomiędzy te podstawowe treści cały wachlarz pobocznych wątków i charakterystycznych postaci. Dostaje się religijnym hunwejbinom  za obłudę (Baby Koćamma - była zakonnica, wyjątkowo odrażająca ciotka-intrygantka). Jest kwestia pedofilii (sprzedawca oranżady z kina). Jest dużo poetyckiego kolorytu lokalnego. Opisując bałagan w pokoju Chacka, Roy używa przymiotnika "barokowy". Tę "barokowość" można wszak przenieść na całe Indie i na opowieść autorki. W tej obfitości Roy potrafi jednak zaprowadzić porządek i przeprowadzić czytelnika od początku do końca. Dokąd zmierzamy razem z narratorką mniej więcej wiemy, bo sygnalizuje się nam na początku, że wydarzy się tragedia. Ale jej dokładny przebieg i konsekwencje poznamy na samym końcu.

Roy stworzyła wielce misterną literacką konstrukcję, dowodząc swego nieprzeciętnego talentu.

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...