niedziela, 26 maja 2024

Carlos Fuentes, Wszystkie szczęśliwe rodziny, Warszawa 2007 [Świat Książki]

Rodzina jest "podstawową komórką społeczną". Jeśli więc mamy opowiedzieć o życiu w jakimś zakątku świata, najlepiej zrobić to z perspektywy rodzin, które ten zakątek zamieszkują. Carlos Fuentes we "Wszystkich szczęśliwych rodzinach" pisze w ten sposób o swoim ojczystym Meksyku.

Zaczerpnięty z Tołstoja tytuł jest oczywiście przewrotny, bowiem rodziny zamieszkujące karty tej książki są - znów za Tołstojem - "nieszczęśliwe na swój sposób". A nieszczęśliwe, bo Meksyk to kraj targany przemocą, o czym najdobitniej zaświadczają quasi poetyckie interludia pomiędzy poszczególnymi opowiadaniami, które autor nazywa tu "chórami". Rodziny Fuentesa, żyją w koleinach wytyczonych przez przewroty polityczne, kulturę machismo, narkotykowe porachunki, itd., itp. Na domiar złego są to "komórki" zlepione przypadkiem, z elementów które do siebie nie pasują. Łączą ludzi, którzy mają o sobie fałszywe wyobrażenia i nie mogą znaleźć wspólnego języka. Gdyby jednak harmonijnie łączyły dobranych partnerów, nie stałyby się tworzywem wybitnej literatury. 

Każda z opisanych przez autora rodzin jest w jakimś aspekcie dysfunkcyjna, wadliwa, nieszczęśliwa. Z poszczególnych opowiadań Fuentes składa panoramę Meksyku. Bolesną, przenikliwą i bardzo aktualną. Wiekowy już podczas tworzenia tego zbioru autor wykazuje się niezwykłym słuchem społecznym. Śmiało eksploruje grupy, które z racji wieku (nastolatkowie) czy pozycji społecznej powinny być mu raczej obce. Powstaje w ten sposób literacki przewodnik po współczesnym Meksyku, wiernie oddający specyfikę tego kraju, ale pozwalający czytelnikom spoza Ameryki Łacińskiej szukać podobieństw w swoim własnym otoczeniu.

Pośród wielu mistrzowskich opowiadań dwa przykuły moją uwagę w sposób szczególny. Pierwsze mówi o trzech synach, drugie o trzech córkach. Wspólna dla obu jest postać ojca, który swoim latoroślom autorytarnie planuje przyszłość. Synowie z pierwszego opowiadania buntują się, córki z drugiego się podporządkowują. Oto kultura machismo w pigułce. Fuentes bezlitośnie demaskuje ten niszczący społeczny schemat w swoim zbiorze.

Wynotowane cytaty:

  • Ukrzyżowanie. Crucifictio. Crucifictio. Na jedno wychodzi. Krzyż jest fikcją. [ss. 86-87]
  • Ale przeszłość jest jak chmura, która zasnuwa niebo nad głowami tak niepostrzeżenie, że umyka to naszej uwadze. Aż do dnia, w którym zaczyna padać. [s. 157]
  • Władza bierze się z tchórzostwa, ponieważ sami nie odważamy się po nią sięgnąć. Władza to ciepła papka, którą musimy nakarmić bezbronnego, przeciętnego biedaka bez wyobraźni, ubogiego duchem idiotę. Jemu właśnie wkładamy na głowę koronę, a w rękę sceptr, których sami boimy się użyć. Władca jest wykrzywionym odbiciem naszej bezsilności. [s. 396]


poniedziałek, 20 maja 2024

Hanya Yanagihara, Małe życie

Pisane wg amerykańskiego patentu na literaturę, ale z dużą wrażliwością psychologiczną. Jest to wnikliwe studium traumy wynikającej z wykorzystania seksualnego w dzieciństwie i sieroctwa. Można też nazwać tę książkę hymnem na cześć przyjaźni. Mamy bowiem do czynienia z opisem przyjaźni niezłomnej, odpornej na uniki i narowy osoby straumatyzowanej, której przyjaciele pomagają w zmaganiach z demonami przeszłości. 

Szczególne wrażenie zrobiła na mnie część poświęcona staraniom Harolda o adopcję Jude'a. Wiarygodnie nakreślona niedostępność emocjonalna głównego bohatera, swoiste próby, jakim poddaje swoich bliskich. Jednocześnie wzrusza czułość przyjaciół. 

Mocne i przekonujące również były fragmenty, w których Jude próbuje nawiązać relacje z Kylem. Kończy się to tragicznym wejściem w rolę ofiary i kolejnym wykorzystaniem. 

Z pewnością powieść Yanagihary adresowana do czytelników o "mocnych nerwach", doceniających fachowe zagłębienie się w meandrach psychologicznych.

Razi nieco wątek romansowy pomiędzy Willemem i Judem (nagle po 20 latach odkrywają, że się jednak kochają) oraz wymęczone zakończenie. Po 800 stronach męki i walki autorka uśmierca niezniszczalnego dotąd bohatera, by móc wreszcie postawić kropkę.

sobota, 11 maja 2024

2024-05-11 Herve Le Tellier, Anomalia, Warszawa 2021 [wyd. Filtry]

Notka wydawcy określa Le Telliera mianem spadkobiercy Pereca. Rzeczywiście, pierwsza część książki, w której poznajemy kilkanaście pozornie niepowiązanych ze sobą postaci przypomina prozę kultowego prozaika (to trochę, jak historie mieszkańców kamienicy z "Życie. Instrukcja Obsługi"). I niestety, tak jak w przypadku Pereca, przeżywam ostatecznie rozczarowanie. 

Oczywiście, należy docenić pomysł (pojawienie się zduplikowanego samolotu ze zduplikowanymi pasażerami), rożne gry z konwencją, nawiązania do kultury wysokiej, popularnej i aktualnej polityki (fantastycznie zdemaskowana bufoneria Donalda Trumpa) itd. Wydaje się jednak, że im bliżej końca, tym bardziej energia twórcza autora wyczerpywała się. 

Końcówka wymęczona, rozwiązania nijakie. Nie dostrzegam głębszego przekazu tego tomu poza dostarczeniem czytelnikowi rozrywki.

Oceniłem na 4

____________

Wynotowany cytat

  • Tęsknota to straszna łajdaczka. Pozwala wierzyć, że życie ma sens. [s. 194]

niedziela, 5 maja 2024

05.05.2024 Emily Bronte, Wichrowe Wzgórza

Zwraca uwagę bardzo dobry warsztat pisarski, który potrafił tak wyważyć pewne nieodzowne podówczas elementy stylu powieściowego (np. opisy przyrody), że lektura w żadnym momencie nie jest nużąca. Fantastycznie operuje Bronte technikami narracyjnymi, zwłaszcza radząc sobie przy zmianach narratorów (Lockwood, Nelly Dean, Zilia) oraz przy przeskokach czasowych.

Co do samej treści, a zwłaszcza naszkicowania postaci miałem zastrzeżenia co do bezgranicznej naiwności jednych bohaterów (Izabela Linton, Katy Linton) oraz bezradności innych (Nelly, Edgar). To dzisiejszemu czytelnikowi może wydać się zupełnie nierealistyczne. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę kontekst historyczno-społeczny: izolacja poszczególnych majątków, brak mediów, kiepska oświata na prowincji, nie dziwota, że dziewczyny zakochiwały się w ledwo napotkanych mężczyznach, którzy przywodzili je do zguby. 

Wciągająca, barwna. Warta przeczytania. Oceniłem na 5

środa, 1 maja 2024

28.04.2024 Pan Tadeusz, Teatr Nowy w Poznaniu, reż. Mikołaj Grabowski

Bardzo nie chciałem na to iść i mile się w sumie "rozczarowałem". Była to - pomimo krytycznych recenzji - całkiem udana inscenizacja. 

- Dobrze, że Grabowski nie podszedł do tekstu "na kolanach" i że potraktował materiał w zasadzie jako komedię. 

- Osadza akcję na Litwie pocz XIX w., ale aktorzy bardziej przypominają bohaterów dzisiejszych seriali. To może się podobać młodym widzom.

- Wielką wartością spektaklu jest grana na żywo muzyka Zygmunta Koniecznego. 

- Trochę dłużyzn w pierwszej połowie, potem zdecydowanie bardziej wciągające i pomysłowe przedstawienie. 

- Aktorstwo na wysokim poziomie, zwłaszcza Tadeusz Jana Romanowskiego i kilka epizodów, m.in. Julii Rybakowskiej czy Zbyszka Grochala.

29.04.2024 Marlen Haushofer, Ściana

Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po tę książkę, gdyż z zasady unikam tego typu literatury ze względu na swoistą wtórność. Motywy tu zawarte już wcześniej dostatecznie dobrze opracowano. Z jednej strony mamy archetyp Robinsona Cruzoe, z drugiej motyw poszukiwania jedności z naturą, którego podjął się np. Thoreau w "Waldenie". 

Co zrozumiałe, po II Wojnie Światowej, kiedy pojawiła się możliwość globalnej zagłady, wywołana użyciem broni jądrowej, literatura wzbogaciła się o przetworzenie wspomnianych motywów w wersji skrajnie katastroficznej. Haushofer nie jest jedyną, która wpadła na ten pomysł. Czytałem - teraz nie przypomnę sobie ani autora (choć był to na pewno niemiecki obszar językowy) - książkę o bardzo podobnej fabule, powstałą mniej więcej w tym samym czasie. 

Mamy zatem bohaterkę, która w wyniku kataklizmu zostaje całkowicie sama na świecie. Pomijając pewne logiczne niedociągnięcia, założenie takie (samotny człowiek vs przyroda) prowadzi do bardzo przewidywalnych i jednocześnie ograniczonych rozwiązań fabularnych. Żeby to była dobra literatura, musiałoby dojść do jakiegoś przełamania (być może w rodzaju deus ex machina). W znanych mi przykładach do tego jednak nie dochodzi. Uważam zatem tego rodzaju dzieła za ślepą uliczkę. 

Plusy tej książki to pewna czułość, z jaką bohaterka odnosi się i pisze o swoich zwierzętach. Są tu zalążki przemyśleń, które mogłyby nas poprowadzić do głębszej refleksji na temat rodzaju ludzkiego. Niestety nie są przez autorkę rozwijane. 

Minusy: moim zdaniem jakoś to niezborne psychologicznie. Ludzkość kończy się jednego dnia. Rozmyślania na temat bliskich, ich losu itd. ograniczone są do minimum. Próba wyjaśnienia katastrofy nigdy w zasadzie nie następuje. Po kilku zderzeniach ze "ścianą" bohaterka - narratorka rezygnuje z jakichkolwiek działań poza tymi związanymi z codziennym przetrwaniem. Nie bada, jaki obszar został przy życiu, nie podejmuje prób wyrwania się z tej okropnej przecież opresji. Wspomina kilkakrotnie o podkopaniu się pod "ścianą", ale nigdy nie przeprowadzi w tym kierunku żadnego eksperymentu. Jest porażająco bierna. Być może wcale nie chce wracać do dawnego życia?

Czy można czytać tę książkę na poziomie metaforycznym? Pewnie można. Co zatem możemy powiedzieć przenosząc się na taki poziom analizy? Że człowiek to samotna wyspa? Że niewiele wiemy? Że nie potrafimy wyjść poza nas samych. Gdybym miał pewność, że takie było założenie u początku dzieła, być może podszedłbym do niego z mniejszą rezerwą.

Oceniłem na 3.

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...